21.05.2025, 14:14 ✶
Krzyk Lany odbijał się w jej głowie. Krzyk Lany rwał jej duszę na kawałki. Ją też tak kiedyś odciągano od łóżka zimnej matki. Jej płacz, jej krzyk, zapewnienia, że mama wciąż śpi, że zaraz się obudzi, jeszcze raz, ostatni raz... Kopała, szarpała się, nie chciała by ją zabierali, wolała być pogrzebana razem z nią, razem z kobietą, której włosy niegdyś były czarne jak krucze skrzydło, a złociste oczy piękniejsze od lśniących pierścieni, sprzedawanych na leki dla niej i alkohol dla ojca. Krzyk Lany budził te demony, ale Miles ostatecznie była Moody i jakby chciała i wątpiła i wciąż zastanawiała się czy praca w Brygadzie była jej, to kilkanaście lat służby, kilkanaście lat wycierania chodników i radzenia sobie z przeróżnymi sytuacjami przemówiło teraz zasłaniając oczy małej wewnętrznej dziewczynce, która nigdy nie mogła prawdziwie opłakać swojej matki, bo musiała być twarda. Bo musiała dorosnąć i zająć się domem. Bo musiała sobie poradzić w świecie, który jej nie chciał. W czterech pustych ścianach należących do mężczyzn podążających za obowiązkiem.
Mimo wszystko objęła ciasno wątłe ramiona kobiety, gdy korytarz za nimi zawalił się, gdy tylko wytoczyły się na ulicę, a cały budynek runął z impetem nie pozostawiając najmniejszych złudzeń co do losu, który spotkał każdego kto był w środku.
– Zabiorę Cię w bezpieczne miejsce – wyszeptała w jej włosy śmierdzące pożarem, wyszeptała w jej ból. Słowa pociechy nie przychodziły jej do głowy. Nie mogła pozwolić sobie na więcej empatii gdy Londyn płonął, gdy tyle było jeszcze do zrobienia. Nie mogła pozwolić sobie na łzy. Zachowała tyle przyzwoitości, by nie pouczać kobiety, że musi być twarda, zagryźć zęby i iść do przodu. Że ludzie umierają na całym świecie a dziś... dziś zginie wielu. Zacisnęła wargi i usadowiła ocaloną na drążku swojej miotły. Była drobna, ale istota, którą ocaliła od śmierci w kamienicy była drobniejsza. Dystans przebyły nad głowami panikujących ludzi. Nie był jakiś odległy: Prawa Czasu, znała do nich drogę, wiedziała przecież że stacjonuje tam osoba, której karierę śledziła od początków własnego zainteresowania wróżbiarstwem. Wiedziała, że jest tam też ktoś o wiele, wiele ważniejszy - Peregrinus, jej kuzyn, bratnia dusza. Jest w środku? Nie jest? Czy założył maskę i wyruszył torturować miasto? To pytanie zadawała sobie od dwóch tygodni, gdy w końcu dotarło do niej, że niektórzy z jej bliskich, którzy nie są w zakonie, mogą być... po drugiej stronie lustra.
W duszy podziękowała wszystkim bogom, którzy zechcieli słuchać dziękczynień tej piekielnej nocy, pośród nieprzebranych chórów błagań. Pobladły mężczyzna otworzył przed nią drzwi, odpowiadając na rytmiczne walenie do środka i przyjął rozdygotaną Lanę. W kilku słowach wyszeptanych do ucha zrelacjonowała mu los kamienicy oraz matki, którą pozostawili za sobą. W milczeniu odcisnęła pocałunek na jego czole, pozostawiając za sobą czarne popiołem odciski, brud który mógł z siebie później zmyć, miłość, która miała z nim zostać do świtu.
– Uważajcie na siebie. Ja... muszę wracać do pracy. Postaram się przypilnować aby ogień do Was nie sięgnął – dodała, nie mając świadomości, że nad Prawami rozciąga się już protekcja jej wrogów. Kto wie... może dzięki temu było to tej nocy najbezpieczniejsze prywatne miejsce w Londynie?
Mimo wszystko objęła ciasno wątłe ramiona kobiety, gdy korytarz za nimi zawalił się, gdy tylko wytoczyły się na ulicę, a cały budynek runął z impetem nie pozostawiając najmniejszych złudzeń co do losu, który spotkał każdego kto był w środku.
– Zabiorę Cię w bezpieczne miejsce – wyszeptała w jej włosy śmierdzące pożarem, wyszeptała w jej ból. Słowa pociechy nie przychodziły jej do głowy. Nie mogła pozwolić sobie na więcej empatii gdy Londyn płonął, gdy tyle było jeszcze do zrobienia. Nie mogła pozwolić sobie na łzy. Zachowała tyle przyzwoitości, by nie pouczać kobiety, że musi być twarda, zagryźć zęby i iść do przodu. Że ludzie umierają na całym świecie a dziś... dziś zginie wielu. Zacisnęła wargi i usadowiła ocaloną na drążku swojej miotły. Była drobna, ale istota, którą ocaliła od śmierci w kamienicy była drobniejsza. Dystans przebyły nad głowami panikujących ludzi. Nie był jakiś odległy: Prawa Czasu, znała do nich drogę, wiedziała przecież że stacjonuje tam osoba, której karierę śledziła od początków własnego zainteresowania wróżbiarstwem. Wiedziała, że jest tam też ktoś o wiele, wiele ważniejszy - Peregrinus, jej kuzyn, bratnia dusza. Jest w środku? Nie jest? Czy założył maskę i wyruszył torturować miasto? To pytanie zadawała sobie od dwóch tygodni, gdy w końcu dotarło do niej, że niektórzy z jej bliskich, którzy nie są w zakonie, mogą być... po drugiej stronie lustra.
W duszy podziękowała wszystkim bogom, którzy zechcieli słuchać dziękczynień tej piekielnej nocy, pośród nieprzebranych chórów błagań. Pobladły mężczyzna otworzył przed nią drzwi, odpowiadając na rytmiczne walenie do środka i przyjął rozdygotaną Lanę. W kilku słowach wyszeptanych do ucha zrelacjonowała mu los kamienicy oraz matki, którą pozostawili za sobą. W milczeniu odcisnęła pocałunek na jego czole, pozostawiając za sobą czarne popiołem odciski, brud który mógł z siebie później zmyć, miłość, która miała z nim zostać do świtu.
– Uważajcie na siebie. Ja... muszę wracać do pracy. Postaram się przypilnować aby ogień do Was nie sięgnął – dodała, nie mając świadomości, że nad Prawami rozciąga się już protekcja jej wrogów. Kto wie... może dzięki temu było to tej nocy najbezpieczniejsze prywatne miejsce w Londynie?
Koniec sesji
Latanie na miotle, bycie Moody
zakończenie uzgodnione z @Peregrinus Trelawney
zakończenie uzgodnione z @Peregrinus Trelawney