21.05.2025, 14:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.05.2025, 14:54 przez Millie Moody.)
– Jesteś kurwa nienormalny – roześmiała się serdecznie, bo czarny humor Thomasa, którym obsypywał ich beznadziejne chwile wprawiał ją w niezdrową wesołość. A może właśnie w zdrową? Może właśnie w taką, gdzie to nie łzy i szloch przynosiły rozluźnienie, a właśnie lekko tylko histeryczny śmiech. Powiedziałaby też coś więcej o tym jak jest dumna ze swojej pierwszej rekrutacji, ale zamiast tego dodała: – Liszek jest najlepszy z nich wszystkich. Tylko nie graj z nim w pokera, bo Cię zostawi w samych gaciach. Albo sam zostanie w samych gaciach. Nigdy nic pomiędzy. Wiesz co... nigdy nie graj z nim w pokera beze mnie. Chcę przy tym być– zachichotała niekontrolowanie, ale zaraz się ogarnęła, gdy ramiona zatrzęsły się ostrzegawczo. Cienka granica. Gdzieś tam w mieście, czekały na nią widma. Miała wrażenie, że za moment jakieś wyjrzy przez okno do środka. – No... więc tak, to mój ulubiony lekarz, a to Tomuś, klątwołamacz, runolog i fan herbat z grzybów Morfiny. Jestem przekonana, że się polubicie. A teraz panowie... zostawię Was na moment i ogarnę co z pozostałymi bidokami, a potem przyjdę wpychać wam pączki. Bądźcie grzeczni. – Pochyliła się do Thomasa, żeby cmoknąć go w jakąś wolną od szkła część twarzy, a następnie - w swoistym odruchu bezwarunkowym - bliźniaczy całus powędrował na jakąś wolną od farby część twarzy Basiliusa. To zapewne było zmęczenie, bo Miles nie ogarnęła do końca co się zadziało, tylko wyszła z pokoju zostawiając lekarza i pacjenta samych sobie.
Miała swoje zmartwienia na głowie, tak jej umysł już podążał do tych biedaków porozmieszczanych w różnych przestrzeniach cukierni. Idąc za przykładem Bazyliszka z poprzedniej miejscówki, zabrała jakieś krówki na przełamanie lodów i skuteczną zasłonę dymną wobec faktu, że była ujebana popiołem, węglem i czerwoną farbą, która się do niej trochę przylepiła z powodu powitalnego uścisku z Prewettem. Ale i tak próbowała się uśmiechać i przejść po ludziach dopytując czy czego im nie trzeba...
Ocaleńcy podchodzili do niej nieufnie i najprawdopodobniej gdyby nie krówki, to chuja by wskórała. Szczęśliwie poza słodkościami, rozpoznał ją też dzieciak, którego całą rodzinę udało im się tu sprowadzić, a języki rozsypały się, że może jakieś koce, że woda. Miles nie ociągała się wcale i wzięła chłopaka do pomocy. Ogarnęła na zapleczu garnek do którego wpadło kilka liści uspokajającego zielska, szczęśliwie zawczasu udało się pobrać wodę, nim studnie zaczęły służyć jedynemu słusznemu celowi - gaszeniu domów. Trochę czasu jej zeszło na uzupełnianiu kubków, lub kształtowaniu prowizorycznych naczyń na potrzeby biedaków. Skutecznie też szło jej niemyślenie, na temat losu ich i tych, których nie udało im się uratować. Myślami uciekała do pokoju w którym Thomas był opatrywany przez Basiliusa. Myślami uciekała do pokera w którego mogliby zagrać. Ta myśl łagodziła rysy jej twarzy i sprawiała, że pocieszający uśmiech był bardziej szczery. Wszystkich ich tutaj czekało jakieś jutro. A feniks... ten miał w zwyczaju odradzać się z popiołów.
Miała swoje zmartwienia na głowie, tak jej umysł już podążał do tych biedaków porozmieszczanych w różnych przestrzeniach cukierni. Idąc za przykładem Bazyliszka z poprzedniej miejscówki, zabrała jakieś krówki na przełamanie lodów i skuteczną zasłonę dymną wobec faktu, że była ujebana popiołem, węglem i czerwoną farbą, która się do niej trochę przylepiła z powodu powitalnego uścisku z Prewettem. Ale i tak próbowała się uśmiechać i przejść po ludziach dopytując czy czego im nie trzeba...
Charyzma ◉◉○○○, pytam ludzi o potrzeby
Rzut N 1d100 - 47
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Ocaleńcy podchodzili do niej nieufnie i najprawdopodobniej gdyby nie krówki, to chuja by wskórała. Szczęśliwie poza słodkościami, rozpoznał ją też dzieciak, którego całą rodzinę udało im się tu sprowadzić, a języki rozsypały się, że może jakieś koce, że woda. Miles nie ociągała się wcale i wzięła chłopaka do pomocy. Ogarnęła na zapleczu garnek do którego wpadło kilka liści uspokajającego zielska, szczęśliwie zawczasu udało się pobrać wodę, nim studnie zaczęły służyć jedynemu słusznemu celowi - gaszeniu domów. Trochę czasu jej zeszło na uzupełnianiu kubków, lub kształtowaniu prowizorycznych naczyń na potrzeby biedaków. Skutecznie też szło jej niemyślenie, na temat losu ich i tych, których nie udało im się uratować. Myślami uciekała do pokoju w którym Thomas był opatrywany przez Basiliusa. Myślami uciekała do pokera w którego mogliby zagrać. Ta myśl łagodziła rysy jej twarzy i sprawiała, że pocieszający uśmiech był bardziej szczery. Wszystkich ich tutaj czekało jakieś jutro. A feniks... ten miał w zwyczaju odradzać się z popiołów.