22.05.2025, 08:47 ✶
Brennie nie podobało się to równie mocno jak Jonathanowi i tak jak on miała paskudne poczucie, że okropnie zawiodła – przecież była tuż obok, a nie zdążyła nawet spróbować rzucić zaklęcia. W dodatku zostawiali teraz tę kobietę w pobliżu zaatakowanego domu, ciężko ranną, pod opieką sąsiadki, bo nie chciała, aby zabrali ją stąd w jakieś inne miejsce: nie mogli mieć nawet pewności, czy kobieta przetrwa tę noc. A nawet jeżeli… będzie cierpiała.
– Powiem Norze, co i jak, sprawdzę, czy wszystko z nimi w porządku. Możemy tam znaleźć innych, chyba że chcesz polecieć sprawdzić, co z Woodym, może uda się kogoś złapać i posłać też do Tessy, jak nie, to sama tam zaraz pobiegnę… – rzuciła Brenna, wskazując na klubokawiarnię, pod którą się znaleźli i która – o ulgo – wciąż stała. Dach był lekko nadpalony, ale to wszystko, wyglądało na to, że budynek albo wyszedł z sytuacji obronną ręką, albo Nora dała radę go ochronić. I Brenna bardzo chciała upewnić się, że z nią i z Mabel wszystko dobrze: modliła się też, aby Sam był z nimi, na miejscu, cały i zdrowy. Bo czy Warownia jest zupełnie bezpieczna, nie miała już pewności: nie, skoro Julian mówił, że na Dolinę też spadły popioły.
Może też do Nory już zgłosili się inni.
Może był tam nawet jej brat.
Musieli się jakoś organizować, prawda?
– I błagam, nie chodź po ulicach dzisiaj sam – dodała jeszcze, bo Jonathan należał do tego gatunku ludzi, którzy byli gotowi dosłownie iść w ogień, by pomóc innym, a w dodatku jeszcze chyba głęboko wierzył we własną nieśmiertelność. Nie żeby Brenna była dużo rozsądniejsza od niego, ale nie mogła się powstrzymać: musieli być na ulicach i pomóc gasić wybuchające pożary, nie oznaczało to jednak, że przestała się o nich martwić.
A potem wpadła na moment do klubokawiarni, poświęcając cenne dwie minuty na upewnienie się, że wszystko w porządku, na tyle, na ile mogło być w płonącym Londynie, zanim pobiegła dalej.
– Powiem Norze, co i jak, sprawdzę, czy wszystko z nimi w porządku. Możemy tam znaleźć innych, chyba że chcesz polecieć sprawdzić, co z Woodym, może uda się kogoś złapać i posłać też do Tessy, jak nie, to sama tam zaraz pobiegnę… – rzuciła Brenna, wskazując na klubokawiarnię, pod którą się znaleźli i która – o ulgo – wciąż stała. Dach był lekko nadpalony, ale to wszystko, wyglądało na to, że budynek albo wyszedł z sytuacji obronną ręką, albo Nora dała radę go ochronić. I Brenna bardzo chciała upewnić się, że z nią i z Mabel wszystko dobrze: modliła się też, aby Sam był z nimi, na miejscu, cały i zdrowy. Bo czy Warownia jest zupełnie bezpieczna, nie miała już pewności: nie, skoro Julian mówił, że na Dolinę też spadły popioły.
Może też do Nory już zgłosili się inni.
Może był tam nawet jej brat.
Musieli się jakoś organizować, prawda?
– I błagam, nie chodź po ulicach dzisiaj sam – dodała jeszcze, bo Jonathan należał do tego gatunku ludzi, którzy byli gotowi dosłownie iść w ogień, by pomóc innym, a w dodatku jeszcze chyba głęboko wierzył we własną nieśmiertelność. Nie żeby Brenna była dużo rozsądniejsza od niego, ale nie mogła się powstrzymać: musieli być na ulicach i pomóc gasić wybuchające pożary, nie oznaczało to jednak, że przestała się o nich martwić.
A potem wpadła na moment do klubokawiarni, poświęcając cenne dwie minuty na upewnienie się, że wszystko w porządku, na tyle, na ile mogło być w płonącym Londynie, zanim pobiegła dalej.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.