22.05.2025, 09:02 ✶
– Dzień i kolejne dni – przytaknęła Brenna, spoglądając na wuja. Mogło się wydawać, że ten koszmar się kończył wraz z ogniami, które zostały wreszcie ugaszone, ale z niego nie było przebudzenia. Czekało ich i wszystkich londyńczyków rozpaczliwe poszukiwanie krewnych i przyjaciół, opłakiwanie zmarłych, rozgrzebywanie gruzów w poszukiwaniu rannych i ciał. Braki w zaopatrzeniu właściwie wszystkiego, przepełnione sale szpitalne i strach, który wisiał nad Anglią od Beltane, ale teraz zgęstniał i przybrał niemalże namacalną postać.
Otaczały ich ciemności. I pomyśleć, że na przełomie roku siedemdziesiątego i siedemdziesiątego pierwszego Brenna sądziła jeszcze, że gorzej być nie może: świat raz za razem udowadniał jej, że się myliła.
– Zrobimy po prostu, co możemy – dodała, lekko ściskając jego ramię, bo przecież to było wszystko, co robić mogli: przecież alternatywą byłoby położenie się po prostu i czekanie na śmierć, a tego żadne z nich nie miało w planach. – Niczego nie potrzebują? Jakichś eliksirów i tak dalej? – spytała jeszcze, zanim zniknęli. W normalnych okolicznościach pewnie bardziej przejęłaby się tym, że Asena, tak ważna dla wuja, została ranna: ale tej nocy jeśli kogoś poskładał uzdrowiciel i mówił, że będzie z nim wszystko dobrze, to znaczyło, że ta osoba miała względne szczęście.
Trzask.
Brenna akurat w piwnicy Rejwachu do tej pory nie bywała, ale to co zobaczyła, niezbyt ją zaskoczyło czy odstraszyło. Pracowała w Brygadzie dostatecznie długo, aby takie miejsca nie były dla niej czymś nowym: zwłaszcza na początkach pracy trafiała często nie tylko do wilgotnych piwnic, ale też wręcz do melin. Ludzie, którzy schronili się tu przed ogniem, też nie byli zaskoczeniem – na Nokturnie mieszkali głównie ci, którzy nie mieli innego wyboru albo ci, którzy byli gotowi żerować na innych. Byli tacy, którzy prowadzili w miarę normalne życie, jak choćby niektórzy pracownicy Woodyego, ale Brenna raczej nie spodziewała się zastać tutaj tego ranka żadnych uprzejmych nauczycielek czy matek z dziećmi. Wiedziała też, że pewnie gdyby nie była u boku właściciela, i nie wyglądała tak, że nie dało się jej właściwie rozpoznać, może musiałaby łapać za różdżkę.
– Ktoś jest ranny? Ubrania, opatrunki, trzeba coś takiego załatwić w pierwszej kolejności? – spytała cicho, głównie damy o jadowitym spojrzeniu, bo akurat najbliżej niej się znalazła. A no i blisko był ten związany, ale jakoś miała wrażenie, że skoro Woody go związał, to ten nie będzie chętny do rozmowy. Brenna prawie cieszyła się, że jej własne ubrania prezentowały się gorzej niż te, które kobieta miała na sobie: inaczej pewnie w odpowiedzi mogłaby się spodziewać wybuchu i oskarżeń…
charyzma, rozmowa z panią w kryjówce
Otaczały ich ciemności. I pomyśleć, że na przełomie roku siedemdziesiątego i siedemdziesiątego pierwszego Brenna sądziła jeszcze, że gorzej być nie może: świat raz za razem udowadniał jej, że się myliła.
– Zrobimy po prostu, co możemy – dodała, lekko ściskając jego ramię, bo przecież to było wszystko, co robić mogli: przecież alternatywą byłoby położenie się po prostu i czekanie na śmierć, a tego żadne z nich nie miało w planach. – Niczego nie potrzebują? Jakichś eliksirów i tak dalej? – spytała jeszcze, zanim zniknęli. W normalnych okolicznościach pewnie bardziej przejęłaby się tym, że Asena, tak ważna dla wuja, została ranna: ale tej nocy jeśli kogoś poskładał uzdrowiciel i mówił, że będzie z nim wszystko dobrze, to znaczyło, że ta osoba miała względne szczęście.
Trzask.
Brenna akurat w piwnicy Rejwachu do tej pory nie bywała, ale to co zobaczyła, niezbyt ją zaskoczyło czy odstraszyło. Pracowała w Brygadzie dostatecznie długo, aby takie miejsca nie były dla niej czymś nowym: zwłaszcza na początkach pracy trafiała często nie tylko do wilgotnych piwnic, ale też wręcz do melin. Ludzie, którzy schronili się tu przed ogniem, też nie byli zaskoczeniem – na Nokturnie mieszkali głównie ci, którzy nie mieli innego wyboru albo ci, którzy byli gotowi żerować na innych. Byli tacy, którzy prowadzili w miarę normalne życie, jak choćby niektórzy pracownicy Woodyego, ale Brenna raczej nie spodziewała się zastać tutaj tego ranka żadnych uprzejmych nauczycielek czy matek z dziećmi. Wiedziała też, że pewnie gdyby nie była u boku właściciela, i nie wyglądała tak, że nie dało się jej właściwie rozpoznać, może musiałaby łapać za różdżkę.
– Ktoś jest ranny? Ubrania, opatrunki, trzeba coś takiego załatwić w pierwszej kolejności? – spytała cicho, głównie damy o jadowitym spojrzeniu, bo akurat najbliżej niej się znalazła. A no i blisko był ten związany, ale jakoś miała wrażenie, że skoro Woody go związał, to ten nie będzie chętny do rozmowy. Brenna prawie cieszyła się, że jej własne ubrania prezentowały się gorzej niż te, które kobieta miała na sobie: inaczej pewnie w odpowiedzi mogłaby się spodziewać wybuchu i oskarżeń…
charyzma, rozmowa z panią w kryjówce
Rzut Z 1d100 - 75
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.