Jeśli nikt nie nadał ci sensu istnienia, to prędzej czy później zaczniesz go szukać sobie sam. Mógł tylko zgadywać, ale przypuszczał, że ta droga była usłana niczym więcej jak rozczarowaniami. Maddox miał to szczęście, że bardzo szybko przekonał się po co znalazł się tutaj pośród innych zmor nocy. Klątwa odbierała całkiem sporo smaku w życiu hybrydy, z tym nie mógł dyskutować. Za to jednak w sposób niemalże antropologiczny sankcjonowała takiego dajmy lykana w konkretnym miejscu. Wszystkie te sztuczne podziały nie miały żadnego znaczenia. Biedny może zarobić, a bogaty wszystko stracić. Czystość krwi, słusznie zresztą, mógł nazwać wyłącznie konceptem. To kapitał kulturowy czynił tych mitycznych chłopców w garniturach lepszymi od innych, wyłącznie w ich percepcji. Wszystkie te konstrukty społeczne istniały wyłącznie w głowach ludzi. On sam tej całej wyższej klasy nienawidził w podobny sposób co Baldwin. Chyba tylko wobec bogaczy nie potrafiłby dotrzymać swoich sztywnych reguł. Mając przed sobą takie upasione cudzymi galeonami kurwisko we fraku, mógłby się okazać jeszcze bardziej okropnym sadystą niż ten platynowy chłopiec. Lecz Greyback mógłby dostrzec tu pewną nieścisłość percepcji bękarta Armanda. Hipokryzję można by rzecz. Bo z jego perspektywy wyglądało to trochę tak jakby biedny arystokrata nienawidził bogatych arystokratów, za to, że są arystokratami. Gdyby Maddox był chociaż w połowie tak zaprawionym sadystom, utopiłby go we własnym morzu kryzysu tożsamościowego. Jednak miał odrobinę wyrozumiałości dla słabszych, sam przecież był kiedyś nastolatkiem. Doskonale rozumiał jak uciążliwa i męcząca jest ścieżka w poszukiwaniu siebie. Szczególnie jeśli za ojca ma się narcystyczną ikonę podziemia. Miałby nawet kilka zdań otuchy od starczego kolegi na jego bolączki. Gdyby tylko nie był tak okropnie nieznośną, jęczącą pizdą.
Już po pierwszych sekundach pożałował, że dał się pokusić na obicie mu tej biadolącej mordy. Malfoy był żenująco uciążliwy nawet jak był w dobrym humorze. A teraz kiedy tak zawodził, jak szczenię oderwane od sutka matki był koszmarny. Brzmiał tragicznie, może chociaż smakował inaczej? Z jednej strony spodziewał się, że będzie to najgorsza rzecz jaką spróbował do tej pory, biorąc pod uwagę jak zepsuty do szpiku kości starał się być. Z drugiej jednak, po cichu być może, zaskoczy się i odkryje na języku ten sekret, za którym podążała ulica. Jakby uwielbienie przez parias mieliby mieć naprawdę głęboko w swoich genach, a za tym słodkość ukryta pod szkarłatem. Prawda była zwyczajnie rozczarowująca. Przeciętność nad przeciętnościami. Oczywiście miał swój specyficzny aromat, który zapamięta już po kres swoich dni. Podziemne Ścieżki na szczęście nie były bezkresne i jeśli będzie chciał znajdzie go nawet ukrytego w najciemniejszej dziurze. Poza tym nic szczególnego. Ani słonej nuty która tłumaczyłaby jego mordercze zapędy do zażynania, kiedy nadarzyła się okazja. Nawet krzty lukru wrażliwego poety, zrodzonego z uwielbienia do piękna, sztuki i artyzmu. Płaski, jałowy, bez smaku.
- Napisz o tym wiersz. Może ci ulży. Zakpił sobie nad nim, uśmiechając się szyderczo. Taki był chyży i przebiegły, kiedy ofiara leżała na wyciągnięcie różdżki. A jeden cios wyciągnął z niego to co najbardziej oburzające w roli kata. Rozczarowanie, że przemoc ma dwa końce. - Przyjmij ból z gracją jaką chciałeś ją zadać. Będziesz bardziej kompletny. Rzucił dodatkowo, tym razem bardziej pouczająco. W tych czasach kurwy i kurwiarze nawet cierpieć z godnością nie potrafili. Co za świat. Nawet butelka się skończyła, rzucona w kąt. Nieprzydatna to odtrącona, tak wyglądał świat przeciętnego Malfoya. Mógł sobie kpić z jego braku indywidualizmu, że bez własnej woli, że milczeć i wyrównaj szereg. Gdyby miał własną wolę zabiłby go tu i teraz, na miejscu. Za zbyt bliskie konotacje z wyższą sferą. Za bycie uciążliwą szczekaczką. Za brak kręgosłupa moralnego. Na ich wspólne szczęście nie żył wyłącznie dla siebie, kierując się własnymi potrzebami. Pszczoła nie tracą czasu na przekonanie much, że miód jest lepszy od gówna.
Strzelił karkiem obserwując jak ten chłopiec teatralnie wręcz przeżywa zwykły cios. Przez moment na wzgląd na jego zacięcie nawet liczył się z tym, że może będzie próbował mu oddać. Jednak szybko zrozumiał, że chyba rola umęczonego ranami Chrystusa bardziej pasuje mu do temperamentu. Pokręcił głową z rozczarowaniem, ale właściwie uśmiechnął się rozbawiony jego pomysłowością. Nawet w chwili zagrożenia myślał kreacją nad sztuką. Nic bardziej Malfoyowego w tym tygodniu raczej już nie zobaczy. Widok platynowego chłopca z rozwalonym nosem, który jednocześnie cierpi, ale też podnieca się na własny umęczony widok. Podniósł w końcu tego swojego brygadzistę i ułożył go na krześle, tak jak planował od początku. Nad głową widniał mu napis z krwi na ścianie. Przesłanie do kolejnych jego profesji. By następni którzy będą chcieli zagrozić kolektywowi wilkołaków, przemyślą dwa razy zanim coś zrobią.