23.05.2025, 23:00 ✶
Cóż, plan Mildred był stosunkowo prosty: wpakować ocalałych na miotły, przetransportować do klubokawiarni i liczyć, że tam wszyscy zostaną objęci odpowiednią opieką. O ile Nora to wszystko wytrzyma, pomyślał pół-trzeźwo Erik, starając się nie zapędzić zbyt daleko w swoich rozmyślaniach. Czasem miał problem z zapamiętaniem sobie tego, że Nora przecież funkcjonowała w Zakonie Feniksa równie głęboko co i on czy Brenna. Może nie pchała się do walki z czarnoksiężnikami przy pierwszej możliwej okazji, ale aż nazbyt dobrze wiedziała, co to znaczy ryzyko. Jakoś przetrwa. Oni wszyscy musieli jakoś przetrwać, prawda? Innej opcji nie było.
— Widzimy się na dole, Millie — rzucił na pożegnanie, posyłając jej twarde spojrzenie.
Erik pokiwał głową i skierował miotłę w stronę chodnika; starał się utrzymać pułap lotu mniej więcej na poziomie drugiego i pierwszego piętra w zależności od sytuacji w powietrzu. Nie chciał ryzykować pikowania ponad dachami kamienic. Jak dotąd udało im się wypatrzeć parę pomniejszych odnóg pożaru na samych szczytach budynków, toteż wolał nie ryzykować, że języki ognia wezmą sobie na cel jego miotłę z nieprzytomną czarownicą. Lepiej było trzymać się ziemi. Im bliżej chodnika, tym lepiej. A przynajmniej upadek będzie mniej bolesny, skomentował bezgłośnie Longbottom, rozglądając się czujnie na prawo i lewo.
Czarownica na szczęście nie odzyskała nagle świadomości, więc utrzymanie jej w bezpiecznej pozycji było względnie łatwym zadaniem. Na tyle łatwym na ile mogło być, biorąc pod uwagę, że szybowali pośród ulic magicznego Londynu w samym środku pożaru, który strawił całkiem sporą liczbą budynków. Longbottom wodził co raz wzrokiem na boki, nie chcąc dać się zaskoczyć przez jakiś nieoczekiwany incydent. Na Merlina, jak tutejsi mieszkańcy mieli po prostu wrócić do normalnego życia po tej nocy? Czy ktokolwiek będzie w stanie wrócić do normalności na następny dzień? Tydzień? Miesiąc? Rok?
Beltane mogło być paskudne, ale ówczesny atak Śmierciożerców był przynajmniej ograniczony w swej skali. A ten koszmar... Powiedzieć, że odciśnie piętno na Londynie to mało powiedziane. Bliżej temu było do znakowania bydła poprzez wypalenie na nich identyfikatora właściciela. Czy taki właśnie był cel tego wszystkiego? Dobitne pokazanie społeczności czarodziejów kto tutaj rozdawał karty? Biorąc pod uwagę wszystko, czego doświadczyli czarodzieje na przestrzeni ostatnich miesięcy... Był w stanie w to uwierzyć.
Mężczyzna odetchnął z ulgą, gdy wylądował gładko pod lokalem Nory. Bezpieczni. Zarówno on, jak i nieznana mu kobieta uratowana z poddasza. Mimowolnie uniósł wzrok w górę, jakby spodziewał się, że Mildred będzie tuż za nim, jednak w pierwszej chwili nigdzie jej nie zauważył. Nie chcąc tracić czasu, Erik wniósł nieprzytomną kobietę do środka klubokawiarni i ułożył ją na jednym z przygotowanych na szybko posłań, jakie udało się przygotować reszcie ekipy. Nie mógł już bardziej pomóc kobiecie: nie znał się na eliksirach, nie znał się na magii leczniczej. Mógł tylko patrzeć. Albo wrócić na ulicę. Erik wziął głęboki oddech. To zdecydowanie nie był jeszcze koniec.
— Widzimy się na dole, Millie — rzucił na pożegnanie, posyłając jej twarde spojrzenie.
Erik pokiwał głową i skierował miotłę w stronę chodnika; starał się utrzymać pułap lotu mniej więcej na poziomie drugiego i pierwszego piętra w zależności od sytuacji w powietrzu. Nie chciał ryzykować pikowania ponad dachami kamienic. Jak dotąd udało im się wypatrzeć parę pomniejszych odnóg pożaru na samych szczytach budynków, toteż wolał nie ryzykować, że języki ognia wezmą sobie na cel jego miotłę z nieprzytomną czarownicą. Lepiej było trzymać się ziemi. Im bliżej chodnika, tym lepiej. A przynajmniej upadek będzie mniej bolesny, skomentował bezgłośnie Longbottom, rozglądając się czujnie na prawo i lewo.
Czarownica na szczęście nie odzyskała nagle świadomości, więc utrzymanie jej w bezpiecznej pozycji było względnie łatwym zadaniem. Na tyle łatwym na ile mogło być, biorąc pod uwagę, że szybowali pośród ulic magicznego Londynu w samym środku pożaru, który strawił całkiem sporą liczbą budynków. Longbottom wodził co raz wzrokiem na boki, nie chcąc dać się zaskoczyć przez jakiś nieoczekiwany incydent. Na Merlina, jak tutejsi mieszkańcy mieli po prostu wrócić do normalnego życia po tej nocy? Czy ktokolwiek będzie w stanie wrócić do normalności na następny dzień? Tydzień? Miesiąc? Rok?
Beltane mogło być paskudne, ale ówczesny atak Śmierciożerców był przynajmniej ograniczony w swej skali. A ten koszmar... Powiedzieć, że odciśnie piętno na Londynie to mało powiedziane. Bliżej temu było do znakowania bydła poprzez wypalenie na nich identyfikatora właściciela. Czy taki właśnie był cel tego wszystkiego? Dobitne pokazanie społeczności czarodziejów kto tutaj rozdawał karty? Biorąc pod uwagę wszystko, czego doświadczyli czarodzieje na przestrzeni ostatnich miesięcy... Był w stanie w to uwierzyć.
Mężczyzna odetchnął z ulgą, gdy wylądował gładko pod lokalem Nory. Bezpieczni. Zarówno on, jak i nieznana mu kobieta uratowana z poddasza. Mimowolnie uniósł wzrok w górę, jakby spodziewał się, że Mildred będzie tuż za nim, jednak w pierwszej chwili nigdzie jej nie zauważył. Nie chcąc tracić czasu, Erik wniósł nieprzytomną kobietę do środka klubokawiarni i ułożył ją na jednym z przygotowanych na szybko posłań, jakie udało się przygotować reszcie ekipy. Nie mógł już bardziej pomóc kobiecie: nie znał się na eliksirach, nie znał się na magii leczniczej. Mógł tylko patrzeć. Albo wrócić na ulicę. Erik wziął głęboki oddech. To zdecydowanie nie był jeszcze koniec.
Koniec sesji
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞