24.05.2025, 23:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.05.2025, 23:50 przez Millie Moody.)
Miles skinęła głową, zadanie zostało przyjęte do realizacji, bo choć Brenna była młodsza, to jednak wyższa stopniem no i doświadczeniem chociażby w nadzorowaniu spraw zakonowych. I pomimo wspomianych omamów, dla Miles wciąż to Longbottomówna była tą rozważną, a Miles może nie tyle co romantyczną co jebniętą, chociaż - co całkiem prawdopodobne - w niektórych słownikach oba słowa funkcjonowały jako synonimy.
– Słowo się rzekło. Przystanek nie jest tak daleko. Dobra młody, bierzesz matkę, ja dziewczyny. Pokażesz na co Cię stać. – Miotły nie były najświeższej jakości - w końcu Miles wyciągnęła je wprost z odmętów zapomnianych artefaktów Quinne the byłej Longbottom, ale chciała odwrócić uwagę młodego, podbić jego ego, żeby chciał postroszyć piórka i nie myślał o dziejącym się na ulicy chaosie. Pożoga trwała w najlepsze, ludzie odbijali się od siebie, ale oni mieli całkiem spore szanse lawirując niewiele nad nimi tak, żeby nie ładować się prosto w dym. – Zasłońcie twarze jakąś chustą czy szmatą! – Poinstruowała ich jeszcze, po czym (niemal w komplecie) odleciała spod kamienicy transportując rodzinę mugolaków prosto do zabezpieczonej klubokawiarnii, gdzie mieli punkt służący do ukrywania mugolaków i w sumie nie tylko, bo część twarzy znała i wiedziała, że i inne statusy krwi się tam zagnieździły. Ogień nie wybierał. Rozhulany wiatrem i zbyt suchym latem zbierał wciąż swe żniwo. Dla Miles liczyło się tylko to, że kilka kolejnych dusz być może doczeka świtu. Właściwie gdy tylko matka z dziewczynkami przekroczyła próg, razem z chłopakiem zawrócili na powrót, po ojca i sąsiada.
– Słowo się rzekło. Przystanek nie jest tak daleko. Dobra młody, bierzesz matkę, ja dziewczyny. Pokażesz na co Cię stać. – Miotły nie były najświeższej jakości - w końcu Miles wyciągnęła je wprost z odmętów zapomnianych artefaktów Quinne the byłej Longbottom, ale chciała odwrócić uwagę młodego, podbić jego ego, żeby chciał postroszyć piórka i nie myślał o dziejącym się na ulicy chaosie. Pożoga trwała w najlepsze, ludzie odbijali się od siebie, ale oni mieli całkiem spore szanse lawirując niewiele nad nimi tak, żeby nie ładować się prosto w dym. – Zasłońcie twarze jakąś chustą czy szmatą! – Poinstruowała ich jeszcze, po czym (niemal w komplecie) odleciała spod kamienicy transportując rodzinę mugolaków prosto do zabezpieczonej klubokawiarnii, gdzie mieli punkt służący do ukrywania mugolaków i w sumie nie tylko, bo część twarzy znała i wiedziała, że i inne statusy krwi się tam zagnieździły. Ogień nie wybierał. Rozhulany wiatrem i zbyt suchym latem zbierał wciąż swe żniwo. Dla Miles liczyło się tylko to, że kilka kolejnych dusz być może doczeka świtu. Właściwie gdy tylko matka z dziewczynkami przekroczyła próg, razem z chłopakiem zawrócili na powrót, po ojca i sąsiada.
przewaga: latanie na miotle