26.05.2025, 00:22 ✶
Przyszłość rozpychała jego żyły, z których wynaczyniała się przepowiednia, pozostawiając po sobie krwawą wybroczynę niepamięci. Czuł, jak coś innego przejmuje kontrolę nad jego ciałem. Coś starszego od niego samego. Coś potężniejszego. Cień spowił jego twarz, skrytą pod maską, kiedy straszliwym szeptem zaczął sączyć słowa profecji przez zaciśnięte zęby. Coś wypalało mu gardło od środka, jakby mówił ogniem, a nie słowami. Wciąż pozostawał na tyle nawykłym do tych wrażeń, że nie nie stracił przytomności, nie zasłabł: zdołał utrzymać się na nogach, choć musiał w tym celu oprzeć się o osmoloną ścianę. Zdał sobie sprawę, że nie pamięta, co zobaczył w płomieniu swej wizji. Alexander zacisnął zęby, czując znajome, piekące uczucie w gardle, jakby wciągnął dym prosto do płuc: nagły ucisk w klatce piersiowej zdawał się rozrywać żebra od środka. Przez lata nauczył się tłumić te sensacje na tyle, by nad nimi zapanować. Zatoczył się, zanosząc się kaszlem, który zgasł jednak, gdy zasłonił twarz ramieniem. Nie upadł tylko dlatego, że w ostatniej chwili podtrzymał się muru. Wolną rękę wsunął do kieszeni płaszcza, gdzie zamiast różdżki, odnalazł pomiętą kartkę. Zamrugał gwałtownie. Wcisnął tam wcześniej, gdy stali jeszcze przy płonącym stosie ksiąg, przypatrując się płomieniom. Przesunął po zadrukowanym papierze opuszkami palców, nie był jednak w stanie niczego przeczytać, odróżnić zlewających się ze sobą wyrazów. Tekst rozmywał mu się przed oczami. Wszystko falowało, choć nie jak tafla wody, ale jak powietrze nad dogasającym płomieniem, jak popiół wirujacy nad pogorzelskiem. Prędzej czy później, każdy prorok kończy tak samo, pomyślał Alexander. Krztusi się popiołem, podczas gdy jego własne wizje pochłaniaią go jak płomienie.
Niegdyś tak trudno było mu znieść świadomość, że nieważne, co zrobi, nie zmieni niczego w perspektywie przyszłości. Zamierzał jednak umrzeć próbując, i ta myśl zmieniała wszystko, dla niego. Nawet wtedy, gdy wiedział, że nie jest w stanie oprzeć się wyrokom losu, nie potrafił przestać się opierać. Wiedział, co się wydarzy, jakby wyczytał to z ksiąg sybillińskich, wiedział też, że niczego nie może zmienić, ale mimo wszystko, próbował, jak gdyby w książce, czytanej wciąż na nowo i na nowo, miało na niego tym razem czekać inne zakończenie.
Teraz już wiedział, że nie będzie innego zakończenia. Nie mogło być innego zakończenia.
Nie było innego zakończenia.
Wyciągnął w stronę stojącej obok dziewczyny pomiętą stronnicę Hrabiego Monte Christo, gwałtem oderwaną od grzbietu książki. Była pognieciona, nadpalona w tych kilku miejscach, w których na białe kartki spadły wciąż tlące się odpryski bijącego od ogniska żaru. Znaczyły ją ślady popiołu i jego palców. Znaczyła ją krew. Przesiąkła przez materiał jego rękawicy, przez prowizoryczny opatrunek na ramieniu, ale Alexander nie dbał już o to, że ma na dłoniach krew. Zacisnął palce Scylli na stronnicy wyrwanej ze środka historii o hrabim, zamykając jej dłoń w swojej dłoni. Na dłużej, jak gdyby wręczał jej coś cennego. Jak gdyby sprawdzał, czy świat nie rozpadnie się, jeśli tylko ten gest potrwa wystarczająco długo.
– Imiona są jak przepowiednie. Nie my je sobie wybieramy. Zostają nam dane – wyszeptał chrapliwie. Mężczyzna bez imienia, bez korzeni, który sam siebie musiał budować z legend, bo jego tożsamość dawno została wypalona ogniem. – Daj mi moją przepowiednię, a ja dam ci swoje imię tak, jak daje się obietnicę.
Odsunął od siebie delikatnie dłoń dziewczyny, puściwszy ją wtedy dopiero, gdy zaciśnięta pięść znalazła tuż przy jej piersi – jak gdyby miała zamknąć jego słowa w swoim sercu. Zostało już tak niewielu tych, którzy wciąż mieli serca. Jeszcze mniej tych, którzy pamiętali, że wciąż je jeszcze mają.
– Alexander. Mów mi Alexander.
Niegdyś tak trudno było mu znieść świadomość, że nieważne, co zrobi, nie zmieni niczego w perspektywie przyszłości. Zamierzał jednak umrzeć próbując, i ta myśl zmieniała wszystko, dla niego. Nawet wtedy, gdy wiedział, że nie jest w stanie oprzeć się wyrokom losu, nie potrafił przestać się opierać. Wiedział, co się wydarzy, jakby wyczytał to z ksiąg sybillińskich, wiedział też, że niczego nie może zmienić, ale mimo wszystko, próbował, jak gdyby w książce, czytanej wciąż na nowo i na nowo, miało na niego tym razem czekać inne zakończenie.
Teraz już wiedział, że nie będzie innego zakończenia. Nie mogło być innego zakończenia.
Nie było innego zakończenia.
Wyciągnął w stronę stojącej obok dziewczyny pomiętą stronnicę Hrabiego Monte Christo, gwałtem oderwaną od grzbietu książki. Była pognieciona, nadpalona w tych kilku miejscach, w których na białe kartki spadły wciąż tlące się odpryski bijącego od ogniska żaru. Znaczyły ją ślady popiołu i jego palców. Znaczyła ją krew. Przesiąkła przez materiał jego rękawicy, przez prowizoryczny opatrunek na ramieniu, ale Alexander nie dbał już o to, że ma na dłoniach krew. Zacisnął palce Scylli na stronnicy wyrwanej ze środka historii o hrabim, zamykając jej dłoń w swojej dłoni. Na dłużej, jak gdyby wręczał jej coś cennego. Jak gdyby sprawdzał, czy świat nie rozpadnie się, jeśli tylko ten gest potrwa wystarczająco długo.
– Imiona są jak przepowiednie. Nie my je sobie wybieramy. Zostają nam dane – wyszeptał chrapliwie. Mężczyzna bez imienia, bez korzeni, który sam siebie musiał budować z legend, bo jego tożsamość dawno została wypalona ogniem. – Daj mi moją przepowiednię, a ja dam ci swoje imię tak, jak daje się obietnicę.
Odsunął od siebie delikatnie dłoń dziewczyny, puściwszy ją wtedy dopiero, gdy zaciśnięta pięść znalazła tuż przy jej piersi – jak gdyby miała zamknąć jego słowa w swoim sercu. Zostało już tak niewielu tych, którzy wciąż mieli serca. Jeszcze mniej tych, którzy pamiętali, że wciąż je jeszcze mają.
– Alexander. Mów mi Alexander.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Hrabia Monte Christo, rozdział 70. Chleb i sól.