26.05.2025, 09:42 ✶
Moment potem jak zawłaszczyła go dla siebie, jak przyciągnęła go lepiej niż jej zwierzęcy magnetyzm przyciągał wszelkiej maści zwyrodnialców (przynajmniej w jej rozumowaniu świata), moment potem ze srogim jebnięciem uderzyła nadżarta płomieniem belka i szereg akompaniujących jej ceglanych dachówek. Łoskot był niewyobrażalny, ale Miles zachowała trzeźwość (HA!) umysłu i pokierowała sprawnie zaklęciem tak, że zatrzymała aurora tuż przed swoim nosem. Nie było to przyjemne, żołądek nienawykły do tej formy przemieszczania się mógł zaprotestować, ale lepiej żeby żołądek protestował, niż rołupana czaszka.
- Kurwa mać głuchy byłeś czy co! Zajebisty dzień na jebane samobójstwo, tak stać i wgapiać się w zabawki, chciałeś zajebać jedną dla...- urwała w połowie zdania, gdy stojący już na ziemi mężczyzna obrócił się ku niej, a w dojrzałej przystojnej twarzy rozpoznała ojcowski grymas takiej jednej stażystki, którą chciała nauczyć życia i nie ogarnęła, że...
wBletchley był kumplem jej ojca, co jednoznacznie dyskwalifikowało go jako kogokolwiek, kogo można byłoby lubić. Aura zajebistości starego otczała starsze pokolenie śledczych i Moody skutecznie unikała tych wspaniałych ludzi widzącym w nim wszystko to, czego jej nie było dane nigdy zobaczyć.
Przełknęła ślinę, ale nie odwróciła wzroku. Harde złote oczy osadzone w szczupłej twarzy rzucały w niego gromy. Mildred Moody, poszkodowana Beltane, miesiąc w śpiączce, dwa miesiące w wariatkowie. Wypuszczona z odsiadki miesiąc temu, legitymizująca się zwolnieniem na głowę, które uniemożliwia jej służbę. Pochodząca z rodziny z tradycjami, męska linia wypchana aurorami, ona sama krawężnik od 13 lat. Beznadziejny przypadek. Ale nie była słaba. Słabi giną, a ona jak karaluch żyła. Utytłana sadzą, z różdżką w ręku z miotłą przytwierdzoną na plecach. Ubrana w mugolskie dresy, ze skórzaną torbą przewieszonąprzez ramię wyglądała jak dziewczynka która urwała się ze szkoły, a nie rekonawlescentka, z której duszy nie dało się wyrwać służby, jak było to niemożliwe z żadnego Moody'ego. Była zupełnie inna niż Hestia. Była dzieciakiem na polu walki.
- Dobra chuj, wiem, że nie próbował pan okraść sklepu sir. Co się tam stało? - wskazała ręką w stronę nadpalonego gruzowiska.
- Kurwa mać głuchy byłeś czy co! Zajebisty dzień na jebane samobójstwo, tak stać i wgapiać się w zabawki, chciałeś zajebać jedną dla...- urwała w połowie zdania, gdy stojący już na ziemi mężczyzna obrócił się ku niej, a w dojrzałej przystojnej twarzy rozpoznała ojcowski grymas takiej jednej stażystki, którą chciała nauczyć życia i nie ogarnęła, że...
wBletchley był kumplem jej ojca, co jednoznacznie dyskwalifikowało go jako kogokolwiek, kogo można byłoby lubić. Aura zajebistości starego otczała starsze pokolenie śledczych i Moody skutecznie unikała tych wspaniałych ludzi widzącym w nim wszystko to, czego jej nie było dane nigdy zobaczyć.
Przełknęła ślinę, ale nie odwróciła wzroku. Harde złote oczy osadzone w szczupłej twarzy rzucały w niego gromy. Mildred Moody, poszkodowana Beltane, miesiąc w śpiączce, dwa miesiące w wariatkowie. Wypuszczona z odsiadki miesiąc temu, legitymizująca się zwolnieniem na głowę, które uniemożliwia jej służbę. Pochodząca z rodziny z tradycjami, męska linia wypchana aurorami, ona sama krawężnik od 13 lat. Beznadziejny przypadek. Ale nie była słaba. Słabi giną, a ona jak karaluch żyła. Utytłana sadzą, z różdżką w ręku z miotłą przytwierdzoną na plecach. Ubrana w mugolskie dresy, ze skórzaną torbą przewieszonąprzez ramię wyglądała jak dziewczynka która urwała się ze szkoły, a nie rekonawlescentka, z której duszy nie dało się wyrwać służby, jak było to niemożliwe z żadnego Moody'ego. Była zupełnie inna niż Hestia. Była dzieciakiem na polu walki.
- Dobra chuj, wiem, że nie próbował pan okraść sklepu sir. Co się tam stało? - wskazała ręką w stronę nadpalonego gruzowiska.