26.05.2025, 11:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.05.2025, 11:58 przez Alexander Mulciber.)
Alexander przyglądał się Scylli z powagą przemieszaną z pobłażaniem. Przypominała mu małe, przestraszone zwierzątko, które mógłby zamknąć w dłoniach; nie po to, aby je skrzywdzić, lecz po to, aby poczuć, jak bicie jego serduszka uspokaja się pod ich statecznym dotykiem. Czy to on ją przestraszył, czy jego przepowiednia? Co za różnica, pomyślał, pozwalając wybrzmieć ciszy, która zapadła między nimi – między jednym uderzeniem serca, a drugim – póki nie wysłuchali jej echa.
Było coś rozczulającego w tym, że prosiła broczącego krwią człowieka o kroplę krwi.
W tym, że prosiła. W tym, że prosiła tylko o kroplę.
W tym jak próbowała mu się przeciwstawiać i jak stawiała żądania, starając się o swoje, ale jednocześnie nie potrafiła pozbyć się prośby z głosu i spojrzenia.
W tym że wciąż, przerażona, opierała się przed tym, co jego nie przejmowało niczym więcej jak obojętnością, bo Alexander przestał się opierać.
Ona nie chciała więcej niż tylko kropli krwi. On nurzał w niej dłonie, jak gdyby dokonywał ablucji.
Wcześniej jego opór był heroiczny, nawet jeśli wydawał się daremny. Ale w tym świecie nie było miejsca dla herosów. Herosi żyli tylko na kartach mitologicznych opowieści. Opierali się bogom, choć nigdy po to, aby zwyciężyć, bo jaki człowiek mógłby zwyciężyć z bogiem? Opierali się po to, aby zostać przez swych bogów zapamiętanymi.
Zwycięstwo było niczym, gdy do zbawienia i do potępienia zawsze prowadziła ta sama droga. Przez opór, zawsze przez opór... Ale on już przestał się opierać. Przestał walczyć z przeznaczeniem, choć walczył z nim przez całe swoje życie.
Zastanawiał się, czy to akt odwagi, czy tchórzostwa. Zastanawiał się też, gdzie się podział młodzieniec, który prędzej pozwoliłby się spalić, wkraczając między płomienie, niż przyznał do przegranej z pokorą. Tamten młodzieniec chciał stać się herosem, ale gdzieś po drodze stracił swój heroizm, stając się tym, czego niegdyś nienawidził. Prorokiem, który biernie akceptował wyroki przeznaczenia, nie próbując się od nich odwoływać, jak gdyby jego przepowiednie nie były jedynie wskazówkami, a prawem. Czy jego akceptacja była wyrazem kapitulacji, czy zrozumienia?
W starych judeochrześcijańskich przekazach czytał o człowieku, który walczył z bogiem objawionym pod postacią anioła. W walce wywinięto mu biodro, a mimo to, nie wypuścił boga z rąk. Nie dopóki ten mu nie pobłogosławił, nadając nowe imię. "Odtąd nie będziesz się zwał Jakub, lecz Izrael", powiedział anioł, "bo walczyłeś z Bogiem i z ludźmi, i zwyciężyłeś". Ile mogło znaczyć imię? Wszystko, pomyślał Alexander. Absolutnie nic. Jakub nie walczył ze swym bogiem po to, aby z nim zwyciężyć. Walczył o to, aby zostać przez niego uznanym. A potem umrzeć.
Umarł Jakub. Umarł jako człowiek, aby mógł powstać jako prorok. Kiedy i ja umarłem?, zastanawiał się Alexander, ucisnąwszy dłonią prowizoryczny opatrunek na ramieniu, przez który powoli przeciekała krew. Czy wtedy, kiedy przywdziałem tę maskę i płaszcz? Kiedy pierwszy raz zabiłem w jego imię? Czy to był tylko ten moment, czy umierał powoli, przez te wszystkie lata?
Alexander uniósł dłoń. Bez słowa pomazał krwią jej maskę. Naznaczył ją jak zbrodniarkę. Namaścił jak następczynię. Nie świętymi olejami, lecz własną krwią.
– Mów. – powiedział cicho, prosząc o powtórzenie przepowiedni.
Mógł nadać jej imię. Widział, jakie zdecydowałaby się wybrać w jednej ze swych przyszłości, gdyby przyklękła przed Czarnym Panem. Imiona mają moc, pomyślał Alexander, opuszczając powoli pokrwawioną dłoń, a jednak milczał, choć jej imię wiło mu się na języku, wołając o bycie wypowiedzianym. Milczał, bo milczeniem zawsze wyrażał więcej niż słowami. Nie wypowiedział wybranego dla niej imienia. Nie była na nie gotowa. Nie była dla niego wystarczająco ważna, aby jej to imię nadał.
Jeszcze nie.
Było coś rozczulającego w tym, że prosiła broczącego krwią człowieka o kroplę krwi.
W tym, że prosiła. W tym, że prosiła tylko o kroplę.
W tym jak próbowała mu się przeciwstawiać i jak stawiała żądania, starając się o swoje, ale jednocześnie nie potrafiła pozbyć się prośby z głosu i spojrzenia.
W tym że wciąż, przerażona, opierała się przed tym, co jego nie przejmowało niczym więcej jak obojętnością, bo Alexander przestał się opierać.
Ona nie chciała więcej niż tylko kropli krwi. On nurzał w niej dłonie, jak gdyby dokonywał ablucji.
Wcześniej jego opór był heroiczny, nawet jeśli wydawał się daremny. Ale w tym świecie nie było miejsca dla herosów. Herosi żyli tylko na kartach mitologicznych opowieści. Opierali się bogom, choć nigdy po to, aby zwyciężyć, bo jaki człowiek mógłby zwyciężyć z bogiem? Opierali się po to, aby zostać przez swych bogów zapamiętanymi.
Zwycięstwo było niczym, gdy do zbawienia i do potępienia zawsze prowadziła ta sama droga. Przez opór, zawsze przez opór... Ale on już przestał się opierać. Przestał walczyć z przeznaczeniem, choć walczył z nim przez całe swoje życie.
Zastanawiał się, czy to akt odwagi, czy tchórzostwa. Zastanawiał się też, gdzie się podział młodzieniec, który prędzej pozwoliłby się spalić, wkraczając między płomienie, niż przyznał do przegranej z pokorą. Tamten młodzieniec chciał stać się herosem, ale gdzieś po drodze stracił swój heroizm, stając się tym, czego niegdyś nienawidził. Prorokiem, który biernie akceptował wyroki przeznaczenia, nie próbując się od nich odwoływać, jak gdyby jego przepowiednie nie były jedynie wskazówkami, a prawem. Czy jego akceptacja była wyrazem kapitulacji, czy zrozumienia?
W starych judeochrześcijańskich przekazach czytał o człowieku, który walczył z bogiem objawionym pod postacią anioła. W walce wywinięto mu biodro, a mimo to, nie wypuścił boga z rąk. Nie dopóki ten mu nie pobłogosławił, nadając nowe imię. "Odtąd nie będziesz się zwał Jakub, lecz Izrael", powiedział anioł, "bo walczyłeś z Bogiem i z ludźmi, i zwyciężyłeś". Ile mogło znaczyć imię? Wszystko, pomyślał Alexander. Absolutnie nic. Jakub nie walczył ze swym bogiem po to, aby z nim zwyciężyć. Walczył o to, aby zostać przez niego uznanym. A potem umrzeć.
Umarł Jakub. Umarł jako człowiek, aby mógł powstać jako prorok. Kiedy i ja umarłem?, zastanawiał się Alexander, ucisnąwszy dłonią prowizoryczny opatrunek na ramieniu, przez który powoli przeciekała krew. Czy wtedy, kiedy przywdziałem tę maskę i płaszcz? Kiedy pierwszy raz zabiłem w jego imię? Czy to był tylko ten moment, czy umierał powoli, przez te wszystkie lata?
Alexander uniósł dłoń. Bez słowa pomazał krwią jej maskę. Naznaczył ją jak zbrodniarkę. Namaścił jak następczynię. Nie świętymi olejami, lecz własną krwią.
– Mów. – powiedział cicho, prosząc o powtórzenie przepowiedni.
Mógł nadać jej imię. Widział, jakie zdecydowałaby się wybrać w jednej ze swych przyszłości, gdyby przyklękła przed Czarnym Panem. Imiona mają moc, pomyślał Alexander, opuszczając powoli pokrwawioną dłoń, a jednak milczał, choć jej imię wiło mu się na języku, wołając o bycie wypowiedzianym. Milczał, bo milczeniem zawsze wyrażał więcej niż słowami. Nie wypowiedział wybranego dla niej imienia. Nie była na nie gotowa. Nie była dla niego wystarczająco ważna, aby jej to imię nadał.
Jeszcze nie.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat