07.02.2023, 01:40 ✶
Brenna wcale nie byłaby zdziwiona, gdyby Johnny próbował wetknąć jej ten los – jeśli byłby fałszywy - z głupoty. A raczej dlatego, że nie pomyślał. To w końcu był Plump, prawda? Po nim byłaby skłonna spodziewać się absolutnie wszystkiego.
Poza afektem do niej. Gdyby znała myśli Patricka, kazałaby mu odpluć przez ramię, a potem zaciągnęła do najbliższego kawałka drewna, by odpukał w niemalowane, tak na wszelki wypadek. Zwykle płeć przeciwna niezbyt się ją interesowała, a że Brenna zawsze uważała, że zupełnie nie nadaje się do randek, nie cierpiała z tego powodu i nawet nie myślała, że ktoś mógłby polubić ją w taki sposób. Każdą sugestię zbyłaby śmiechem. Ale Johnny… to była zbyt straszna myśl, aby ją wyśmiewać.
- Ty się śmiejesz, a ja każdym razem, zanim tam wejdę, staram się wejść w jakieś błoto, by bardziej ubabrać sobie buty. A raz nawet specjalnie ubrudziłam szatę marmoladą. W odpowiednim oświetleniu wygląda zupełnie jak krew – oświadczyła Brenna z tak poważną miną, że trudno było stwierdzić, czy sobie żartuje, czy faktycznie wchodziła na Nokturn w szacie uwalanej dżemem, aby ludzie trzymali się z daleka, zakładając, że jest wiedźmą, która właśnie kogoś zamordowała.
- Sama nie jestem pewna – przyznała, pokazując zresztą los Patrickowi. Nie było na nim żadnej daty. – Wiesz co, ja aż to potem sprawdzę, bo zastanawiam się, czy to Wielki Przekręt Johnny’ego Plumpa czy Wielki Przeklętej Gazety – dodała, wskazując kciukiem na nazwę gazety, umieszczoną na szyldzie. Nie był to Prorok Codzienny, a znacznie mniejsza redakcja. – Bo poza mną w środku był jeszcze jeden facet i…
Urwała, kiedy drzwi otworzyły się gwałtownie i mężczyzna, który dyskutował wcześniej, wypadł na ulicę, cały czerwony ze złości.
– Skandal! Oszustwo! Pozwę was! – wrzasnął jeszcze, nim drzwi zamknęły się za nim, a potem odszedł ulicą w przeciwną stronę.
– No właśnie – podsumowała Brenna, ruszając za Patrickiem w stronę Nokturnu. – Nie mnie jednej dostał się przeterminowany los… i och, wiesz co? To jest niezły pomysł. Jak go zobaczę, zacznę machać tym losem z daleka, to może on ucieknie, a wtedy musimy tylko przejrzeć rzeczy, które po sobie zostawi i może dowiemy się, gdzie podziały się srebra ukradzione Fergusonom w zeszłym tygodniu? – stwierdziła z pewnym zainteresowaniem.
Gdy Patrick zaproponował, że postawi jej kawę, posłała mu tylko uśmiech. Było jej trochę szkoda, głównie dlatego, że już przywiązała się do myśli o zabraniu chrześnicy na wypad do wesołego miasteczka. Na szczęście jak na jej stan majątkowy, nie była to żadna tragedia.
- Pączki z marmoladą u Nory leczą wszystkie smutki, ale obiecałam solennie Erikowi, że w kwietniu nie będę ich kupować – powiedziała lekko. Wydała taki majątek na rzeczy dla psów i potem jeszcze do schroniska, że przysięgła bratu nieco ograniczyć w kwietniu inne wydatki. – Nie trzeba. Ale jeśli tych przeterminowanych losów jest więcej, to trochę szkoda ludzi. Wiesz, ktoś, kto nie ma za dużo kasy, nagle sądzi, że wygrał pięćdziesiąt galeonów, a tu nic, rozczarowanie. Albo przychodzi matka z dzieckiem odebrać tę nagrodę w wesołym miasteczku i dowiaduje się, że nic z tego… to przykre – stwierdziła i właściwie głównie dlatego chciała sprawdzić, czy ta Wielka Loteria to nie żaden Wielki Przekręt. – Ooo… patrz… czy tam stoi Plump, czy mi się wydaje? – spytała, bo faktycznie w pobliżu wejścia od Nokturna mignęła jej sylwetka, która mogła należeć od Johnnyego. Byli jednak jeszcze za daleko, aby mogła być pewna.
Poza afektem do niej. Gdyby znała myśli Patricka, kazałaby mu odpluć przez ramię, a potem zaciągnęła do najbliższego kawałka drewna, by odpukał w niemalowane, tak na wszelki wypadek. Zwykle płeć przeciwna niezbyt się ją interesowała, a że Brenna zawsze uważała, że zupełnie nie nadaje się do randek, nie cierpiała z tego powodu i nawet nie myślała, że ktoś mógłby polubić ją w taki sposób. Każdą sugestię zbyłaby śmiechem. Ale Johnny… to była zbyt straszna myśl, aby ją wyśmiewać.
- Ty się śmiejesz, a ja każdym razem, zanim tam wejdę, staram się wejść w jakieś błoto, by bardziej ubabrać sobie buty. A raz nawet specjalnie ubrudziłam szatę marmoladą. W odpowiednim oświetleniu wygląda zupełnie jak krew – oświadczyła Brenna z tak poważną miną, że trudno było stwierdzić, czy sobie żartuje, czy faktycznie wchodziła na Nokturn w szacie uwalanej dżemem, aby ludzie trzymali się z daleka, zakładając, że jest wiedźmą, która właśnie kogoś zamordowała.
- Sama nie jestem pewna – przyznała, pokazując zresztą los Patrickowi. Nie było na nim żadnej daty. – Wiesz co, ja aż to potem sprawdzę, bo zastanawiam się, czy to Wielki Przekręt Johnny’ego Plumpa czy Wielki Przeklętej Gazety – dodała, wskazując kciukiem na nazwę gazety, umieszczoną na szyldzie. Nie był to Prorok Codzienny, a znacznie mniejsza redakcja. – Bo poza mną w środku był jeszcze jeden facet i…
Urwała, kiedy drzwi otworzyły się gwałtownie i mężczyzna, który dyskutował wcześniej, wypadł na ulicę, cały czerwony ze złości.
– Skandal! Oszustwo! Pozwę was! – wrzasnął jeszcze, nim drzwi zamknęły się za nim, a potem odszedł ulicą w przeciwną stronę.
– No właśnie – podsumowała Brenna, ruszając za Patrickiem w stronę Nokturnu. – Nie mnie jednej dostał się przeterminowany los… i och, wiesz co? To jest niezły pomysł. Jak go zobaczę, zacznę machać tym losem z daleka, to może on ucieknie, a wtedy musimy tylko przejrzeć rzeczy, które po sobie zostawi i może dowiemy się, gdzie podziały się srebra ukradzione Fergusonom w zeszłym tygodniu? – stwierdziła z pewnym zainteresowaniem.
Gdy Patrick zaproponował, że postawi jej kawę, posłała mu tylko uśmiech. Było jej trochę szkoda, głównie dlatego, że już przywiązała się do myśli o zabraniu chrześnicy na wypad do wesołego miasteczka. Na szczęście jak na jej stan majątkowy, nie była to żadna tragedia.
- Pączki z marmoladą u Nory leczą wszystkie smutki, ale obiecałam solennie Erikowi, że w kwietniu nie będę ich kupować – powiedziała lekko. Wydała taki majątek na rzeczy dla psów i potem jeszcze do schroniska, że przysięgła bratu nieco ograniczyć w kwietniu inne wydatki. – Nie trzeba. Ale jeśli tych przeterminowanych losów jest więcej, to trochę szkoda ludzi. Wiesz, ktoś, kto nie ma za dużo kasy, nagle sądzi, że wygrał pięćdziesiąt galeonów, a tu nic, rozczarowanie. Albo przychodzi matka z dzieckiem odebrać tę nagrodę w wesołym miasteczku i dowiaduje się, że nic z tego… to przykre – stwierdziła i właściwie głównie dlatego chciała sprawdzić, czy ta Wielka Loteria to nie żaden Wielki Przekręt. – Ooo… patrz… czy tam stoi Plump, czy mi się wydaje? – spytała, bo faktycznie w pobliżu wejścia od Nokturna mignęła jej sylwetka, która mogła należeć od Johnnyego. Byli jednak jeszcze za daleko, aby mogła być pewna.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.