27.05.2025, 08:28 ✶
Patrząc na krew, perlącą się na palcach Scylli przypomniał sobie słowa, które sam nie tak dawno skierował do Morpheusa, pochłoniętego studiami nad obrzędami starożytnych Greków. "Gdy Persefona zeszła do Podziemia... Czy to ważne, czy sama sięgnęła po owoc, czy została zmuszona?", pytał wówczas, pokręciwszy głową ze znużeniem. "Czy to sok granatu zrosił jej wargi, czy krew jej uda?"
Teraz nie kręcił już głową. Teraz tylko patrzył jak kobieta oblizuje palce, podniósłszy je wcześniej do spierzchniętych od gorąca ust. "Tyle wersji tej samej opowieści", mówił. "Każda jest prawdziwa, żadna z nich nie jest prawdziwa." Teraz już wiedział, że się nie pomylił, mówiąc, że wszystkie wersje tej opowieści łączy jedno: to, że opowiadają o przemianie. "Obcując z bogiem, nie możesz odejść niezmieniony. Prawdziwa boskość powinna odcisnąć na człowieku piętno."
Wciąż czuł ogień w piersi, posmak spalenizny na języku. Wciąż czuł jak drży mu serce, jak drżą dłonie. Czy poczuł się przemieniony? Powiódł wzrokiem po odsłoniętej skórze Scylli, jak gdyby pragnął dotknąć ją opuszkami palców, sprawdzić, czy jest prawdziwa, choć nie podniósł nawet dłoni. Nie, byli ponad to. Gdy recytowała mu jego własną przepowiednię, rył każde jej słowo w swej pamięci, jak gdyby nie miał dostępu do sali przepowiedni, w której zamknięte było wszystko, co kiedykolwiek powiedziano, i co było warte powiedzenia. Jak gdyby nie mógł po prostu przenieść się tam po przejściu pożarów, i podnieść szklanej kuli, podpisanej jego imieniem i nazwiskiem. Jak gdyby potrzebował jej, by poznać prawdę. Nie. Nie do tego jej potrzebował. Potrzebował kogoś, kto będzie mu świadkiem. Kogoś, kto doświadcza świata tak samo, jak doświadczał go on. Potrzebował kogoś, kto przed nim samym potwierdzi jego słowa. Kogoś, kto doświadczy jego.
Zmarszczył mimowolnie brwi, zaskoczony, gdy padły ostatnie ze słów przepowiedni. "Ten, kto wytęży słuch, pozna prawdę, jeżeli nikt nie utnie jej języka".
Zaiste, pomyślał Alexander, przeznaczenie ma niezrównane poczucie humoru.
Po chwili zastanowienia, pokręcił powoli głową, przecząco odpowiadając na pytanie, jakie postawiła przed nim kobieta.
– Więc wieszczyłem... Pamiętam, że ktoś powiedział mi, że najlepiej wieszczy się pośród ziem, po których chodzili kiedyś bogowie – podzielił się z kobietą przemyśleniem, które uważał za naiwne, ale niepozbawione pewnego uroku. – Wyśmiałem go wtedy. Nie jestem religijnym człowiekiem. Nigdy nim nie byłem. – Nie wierzył w bogów, a jeszcze mniej wierzył w ludzi. – A jednak, widywałem takie przedstawienia bóstw, od których skóra cierpła mi na ramionach. Sploty czarnych włosów wijących się jak węże. Wściekle przekrwione oczy, o białkówkach wysyconych czerwienią. Nie widziałem nigdy kobiety, która by tak wyglądała. Widziałem natomiast płomienną Hekate, dzierżącą pochodnie przeznaczenia i Morrigan, otuloną skrzydłami kruków. Widziałem Ereszkigal wznoszącą się jak dym nad stosami usypanymi z ciał jej wyznawców. Być może właśnie objawiła nam się bogini Kali w swym niszczącym aspekcie. Czarna Sara la Kali, bogini destrukcji i kreacji, bogini zniszczenia i odrodzenia. – Widział jej obrazy na ołtarzyku swojej matki, obrazy hinduskiej bogini o chrześcijańskim imieniu, którą czcili Romowie. Selina przywiozła swoją boginię z francuskich rozdroży, gdzie przyszła na świat, przywiozła ją z Saintes-Maries-de-la-Mer, o którego pamięci nigdy nie porzuciła. Alexander zastanawiał się, czy bogini kiedykolwiek odpowiedziała na jej modlitwy, zanim matka pogrążyła się w szaleństwie. Zastanawiał się, czy odpowiedziałaby na jego modlitwy, gdyby jeszcze umiał się modlić. – A może była to po prostu jakaś wampirzyca na głodzie – dodał, nie odrywając wzroku od stojącej przed nim kobiety, choć to nie czerwieni szukał w jej oczach. – Może wszystko zależy od tego czy wierzysz, że bogowie chadzają pośród ludzi, czy nie.
Wzruszył ramionami.
– Nie powinniśmy się zatrzymywać – dodał, powiódłszy wokół spojrzeniem. Dopiero teraz zdołał oderwać oczy od oczu Scylli. – Zaklęcie zaczyna słabnąć. Znasz Ataraxię? Zakład spirytystyczny na Nokturnie? Jest bezpieczny. Stamtąd będziesz mogła się ewakuować razem z resztą. A ja – zawiesił na chwilę głos, jak gdyby musiał zastanowić się nad swoimi słowami – ja zawsze jestem w pobliżu.
Przecież to on nałożył na zakład Ambrosii zasłonę dymną. Ochronił Ataraxię przed pożarami tylko po to, by ten przeklęty, po stokroć przeklęty pomiot Lestrange'ów rozminął się z nim w jej drzwiach, jak gdyby odwiedzali tę samą prostytutkę, a nie kobietę, za którą Alexander gotów był położyć życie. Ale nie było ważne, jak wiele gotów był oddać, aby ją ochronić. Nieważne, czy byłaby to tylko kropla krwi, czy musiałby przelać tej krwi tak wiele, aby wody Tamizy spłynęły czerwienią. Nieważne, jak wiele by nie zrobił, bo to nigdy nie wystarczało. Ambrosia nigdy nie mogła być bezpieczna u jego boku. A przecież prosił tak wiele razy, aby porzuciła sentyment, jaki wciąż pielęgnowała wobec niego w swym sercu. Gdyby chociaż potrafił wykrzesać z siebie gniew, który pogromiłby wszystkich, którzy ją skrzywdzili, od samego Alexandra począwszy... Ale Scylla miała rację. Nie było w nim już gniewu, nie było nawet głodu, była tylko pustka. Widział dziś wcześniej tę pustkę, wtedy, gdy próbował wieszczyć, palcami kreśląc znaki w krwi, która pokrywała bruk. Przyszłość powinna była wtedy przemówić, a jednak milczała, odwróciwszy się do niego plecami. To nie było nawet milczenie, takie jakie było między nim i Scyllą, tylko pustka. Cicha, jałowa, nienazwana pustka, w której było możliwe wszystko, ale mimo to, nie było już niczego. Taka była właśnie istota jego chwały i upadku. Nawet wtedy, gdy wypowiadał na głos swoje imię, wybrzmiewało w jego ustach pustym echem.
Zostały mu już tylko przepowiednie.
Teraz nie kręcił już głową. Teraz tylko patrzył jak kobieta oblizuje palce, podniósłszy je wcześniej do spierzchniętych od gorąca ust. "Tyle wersji tej samej opowieści", mówił. "Każda jest prawdziwa, żadna z nich nie jest prawdziwa." Teraz już wiedział, że się nie pomylił, mówiąc, że wszystkie wersje tej opowieści łączy jedno: to, że opowiadają o przemianie. "Obcując z bogiem, nie możesz odejść niezmieniony. Prawdziwa boskość powinna odcisnąć na człowieku piętno."
Wciąż czuł ogień w piersi, posmak spalenizny na języku. Wciąż czuł jak drży mu serce, jak drżą dłonie. Czy poczuł się przemieniony? Powiódł wzrokiem po odsłoniętej skórze Scylli, jak gdyby pragnął dotknąć ją opuszkami palców, sprawdzić, czy jest prawdziwa, choć nie podniósł nawet dłoni. Nie, byli ponad to. Gdy recytowała mu jego własną przepowiednię, rył każde jej słowo w swej pamięci, jak gdyby nie miał dostępu do sali przepowiedni, w której zamknięte było wszystko, co kiedykolwiek powiedziano, i co było warte powiedzenia. Jak gdyby nie mógł po prostu przenieść się tam po przejściu pożarów, i podnieść szklanej kuli, podpisanej jego imieniem i nazwiskiem. Jak gdyby potrzebował jej, by poznać prawdę. Nie. Nie do tego jej potrzebował. Potrzebował kogoś, kto będzie mu świadkiem. Kogoś, kto doświadcza świata tak samo, jak doświadczał go on. Potrzebował kogoś, kto przed nim samym potwierdzi jego słowa. Kogoś, kto doświadczy jego.
Zmarszczył mimowolnie brwi, zaskoczony, gdy padły ostatnie ze słów przepowiedni. "Ten, kto wytęży słuch, pozna prawdę, jeżeli nikt nie utnie jej języka".
Zaiste, pomyślał Alexander, przeznaczenie ma niezrównane poczucie humoru.
Po chwili zastanowienia, pokręcił powoli głową, przecząco odpowiadając na pytanie, jakie postawiła przed nim kobieta.
– Więc wieszczyłem... Pamiętam, że ktoś powiedział mi, że najlepiej wieszczy się pośród ziem, po których chodzili kiedyś bogowie – podzielił się z kobietą przemyśleniem, które uważał za naiwne, ale niepozbawione pewnego uroku. – Wyśmiałem go wtedy. Nie jestem religijnym człowiekiem. Nigdy nim nie byłem. – Nie wierzył w bogów, a jeszcze mniej wierzył w ludzi. – A jednak, widywałem takie przedstawienia bóstw, od których skóra cierpła mi na ramionach. Sploty czarnych włosów wijących się jak węże. Wściekle przekrwione oczy, o białkówkach wysyconych czerwienią. Nie widziałem nigdy kobiety, która by tak wyglądała. Widziałem natomiast płomienną Hekate, dzierżącą pochodnie przeznaczenia i Morrigan, otuloną skrzydłami kruków. Widziałem Ereszkigal wznoszącą się jak dym nad stosami usypanymi z ciał jej wyznawców. Być może właśnie objawiła nam się bogini Kali w swym niszczącym aspekcie. Czarna Sara la Kali, bogini destrukcji i kreacji, bogini zniszczenia i odrodzenia. – Widział jej obrazy na ołtarzyku swojej matki, obrazy hinduskiej bogini o chrześcijańskim imieniu, którą czcili Romowie. Selina przywiozła swoją boginię z francuskich rozdroży, gdzie przyszła na świat, przywiozła ją z Saintes-Maries-de-la-Mer, o którego pamięci nigdy nie porzuciła. Alexander zastanawiał się, czy bogini kiedykolwiek odpowiedziała na jej modlitwy, zanim matka pogrążyła się w szaleństwie. Zastanawiał się, czy odpowiedziałaby na jego modlitwy, gdyby jeszcze umiał się modlić. – A może była to po prostu jakaś wampirzyca na głodzie – dodał, nie odrywając wzroku od stojącej przed nim kobiety, choć to nie czerwieni szukał w jej oczach. – Może wszystko zależy od tego czy wierzysz, że bogowie chadzają pośród ludzi, czy nie.
Wzruszył ramionami.
– Nie powinniśmy się zatrzymywać – dodał, powiódłszy wokół spojrzeniem. Dopiero teraz zdołał oderwać oczy od oczu Scylli. – Zaklęcie zaczyna słabnąć. Znasz Ataraxię? Zakład spirytystyczny na Nokturnie? Jest bezpieczny. Stamtąd będziesz mogła się ewakuować razem z resztą. A ja – zawiesił na chwilę głos, jak gdyby musiał zastanowić się nad swoimi słowami – ja zawsze jestem w pobliżu.
Przecież to on nałożył na zakład Ambrosii zasłonę dymną. Ochronił Ataraxię przed pożarami tylko po to, by ten przeklęty, po stokroć przeklęty pomiot Lestrange'ów rozminął się z nim w jej drzwiach, jak gdyby odwiedzali tę samą prostytutkę, a nie kobietę, za którą Alexander gotów był położyć życie. Ale nie było ważne, jak wiele gotów był oddać, aby ją ochronić. Nieważne, czy byłaby to tylko kropla krwi, czy musiałby przelać tej krwi tak wiele, aby wody Tamizy spłynęły czerwienią. Nieważne, jak wiele by nie zrobił, bo to nigdy nie wystarczało. Ambrosia nigdy nie mogła być bezpieczna u jego boku. A przecież prosił tak wiele razy, aby porzuciła sentyment, jaki wciąż pielęgnowała wobec niego w swym sercu. Gdyby chociaż potrafił wykrzesać z siebie gniew, który pogromiłby wszystkich, którzy ją skrzywdzili, od samego Alexandra począwszy... Ale Scylla miała rację. Nie było w nim już gniewu, nie było nawet głodu, była tylko pustka. Widział dziś wcześniej tę pustkę, wtedy, gdy próbował wieszczyć, palcami kreśląc znaki w krwi, która pokrywała bruk. Przyszłość powinna była wtedy przemówić, a jednak milczała, odwróciwszy się do niego plecami. To nie było nawet milczenie, takie jakie było między nim i Scyllą, tylko pustka. Cicha, jałowa, nienazwana pustka, w której było możliwe wszystko, ale mimo to, nie było już niczego. Taka była właśnie istota jego chwały i upadku. Nawet wtedy, gdy wypowiadał na głos swoje imię, wybrzmiewało w jego ustach pustym echem.
Zostały mu już tylko przepowiednie.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat