27.05.2025, 13:29 ✶
Koń… nie wybaczyłby. Oczywiście. Naprawdę próbował pojmować świat w głowie Laurenta, ale niektóre zagadnienia wciąż znajdowały się poza zasięgiem głowy obkutej w życie w zatłoczonym, śmierdzącym mieście i jego problemy. Laurent był w tej smutnej, szarej rzeczywistości jak księżniczka z tych wesołych bajek dla dzieci, które oglądali mugole.
Było cholernie dziwnie być tak nazywanym.
Było jeszcze dziwniej objąć świadomością fakt, że cała ta rozmowa poszła gładko, bez krzyków, wrzasków i upokorzeń. Nikt tu z niego nie zakpił, nikt nie zwerbalizował jego cierpienia, ale też nikt temu cierpieniu nie zaprzeczył. To miało znaczenie. Udało się nawet tę duszę kompletnego szaleńca uspokoić do stopnia, w którym wziął głęboki wdech nie po to, żeby zaraz potem zadrżeć i wrócić do napinania mięśni wszystkich kończyn, lecz po to, żeby jego klatka piersiowa wreszcie opadła.
Pochylił się w dół, oparł czoło o jego ramię i zamarł na kilka sekund.
– Okej – powiedział, podnosząc głowę po przypomnieniu sobie, że musi się odzywać. Nie dało się funkcjonować bez żadnej komunikacji, a brak kontaktu wzrokowego zwykle wywoływał u innych głębokie zmartwienie. – Okej – powtórzył tonem, jakby samego siebie utwierdzał w przekonaniu, że to wszystko co się wydarzyło było w porządku. Wszystko będzie dobrze.
A tak naprawdę dobrze nie będzie nic.
– Poczekam na ciebie na dworze, ok? – Spojrzał na niego jeszcze, tak dla pewności. I na ten sufit przeklęty, zupełnie jakby ta runa miała się na nim nagle pojawić i jakby potrafił zrozumieć cóż to była za klątwa lub inne dziadostwo. Następnie chwycił jedno dłonie, złożył je tak, aby spleść mu palce i pocałował go w knykcie prawej. Dopiero po tym wyszedł na zewnątrz.
Ten dom nie był bezpieczny i te okolice nie były bezpieczne. Powoli zbierał się tu dym, zbierały się te ciemne chmurzyska niosące popiół. Crow coraz mniej wątpił w to, że New Forest również może stanąć w płomieniach. Co za tym szło – dotarło do niego, że może tam pojechać… po nic. Co jeżeli z Fantasmagorii pozostało już tylko pogorzelisko? Ile lat zajmie mu wybaczanie sobie tego, że im też nie pomógł?
Wyciągnął noże z wsiąkiewki i przymocował je do paska, następnie odpalił papierosa i zamarł. Kiedy Laurent tu przyjdzie, teleportuje ich do miejsca, gdzie zaparkował. Miejsca tak spokojnego, że aż zwątpią w prawdziwość tego co miało miejsce tutaj.
Było cholernie dziwnie być tak nazywanym.
Było jeszcze dziwniej objąć świadomością fakt, że cała ta rozmowa poszła gładko, bez krzyków, wrzasków i upokorzeń. Nikt tu z niego nie zakpił, nikt nie zwerbalizował jego cierpienia, ale też nikt temu cierpieniu nie zaprzeczył. To miało znaczenie. Udało się nawet tę duszę kompletnego szaleńca uspokoić do stopnia, w którym wziął głęboki wdech nie po to, żeby zaraz potem zadrżeć i wrócić do napinania mięśni wszystkich kończyn, lecz po to, żeby jego klatka piersiowa wreszcie opadła.
Pochylił się w dół, oparł czoło o jego ramię i zamarł na kilka sekund.
– Okej – powiedział, podnosząc głowę po przypomnieniu sobie, że musi się odzywać. Nie dało się funkcjonować bez żadnej komunikacji, a brak kontaktu wzrokowego zwykle wywoływał u innych głębokie zmartwienie. – Okej – powtórzył tonem, jakby samego siebie utwierdzał w przekonaniu, że to wszystko co się wydarzyło było w porządku. Wszystko będzie dobrze.
A tak naprawdę dobrze nie będzie nic.
– Poczekam na ciebie na dworze, ok? – Spojrzał na niego jeszcze, tak dla pewności. I na ten sufit przeklęty, zupełnie jakby ta runa miała się na nim nagle pojawić i jakby potrafił zrozumieć cóż to była za klątwa lub inne dziadostwo. Następnie chwycił jedno dłonie, złożył je tak, aby spleść mu palce i pocałował go w knykcie prawej. Dopiero po tym wyszedł na zewnątrz.
Ten dom nie był bezpieczny i te okolice nie były bezpieczne. Powoli zbierał się tu dym, zbierały się te ciemne chmurzyska niosące popiół. Crow coraz mniej wątpił w to, że New Forest również może stanąć w płomieniach. Co za tym szło – dotarło do niego, że może tam pojechać… po nic. Co jeżeli z Fantasmagorii pozostało już tylko pogorzelisko? Ile lat zajmie mu wybaczanie sobie tego, że im też nie pomógł?
Wyciągnął noże z wsiąkiewki i przymocował je do paska, następnie odpalił papierosa i zamarł. Kiedy Laurent tu przyjdzie, teleportuje ich do miejsca, gdzie zaparkował. Miejsca tak spokojnego, że aż zwątpią w prawdziwość tego co miało miejsce tutaj.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.