07.02.2023, 02:47 ✶
Edgar wyglądał na jeszcze bardziej poirytowanego niż chwilę wcześniej. Jakby każdy najmniejszy przejaw, kiedy coś działo się nie po jego myśli, traktował narastającą złością, zamiast po prostu przyjąć do wiadomości, że świat nie był tak urządzony, by wszystko, co chciał szło zgodnie z jego myślami.
Patricka trochę to niepokoiło. Sam nie potrafił powiedzieć na ile i dlaczego właściwie, ale nawet młodzi ludzie mieli przecież w sobie tyle instynktu samozachowawczego, by wiedzieć, że były takie sytuacje, gdy trzeba było: zamilknąć, przeprosić, położyć uszy po sobie. A ten jakby nie wiedział. Albo wiedział, ale i tak uznawał, że warto dalej walczyć.
- Dowód w sprawie? – ni to jęknął, ni to warknął Edgar. Wykręcił się nieco, by popatrzeć na Brennę. – Czy wy siebie słyszycie? Hej, to ty na mnie napadłaś. I to jako wilk. Czy ty w ogóle masz prawo być wilkiem?
- Ma prawo. Jest zarejestrowanym animagiem. Pracuje w Brygadzie Uderzeniowej. A ty próbowałeś okraść aurora na służbie – wyjaśnił powoli Steward.
Właściwie nic w jego głosie lub zachowaniu nie wskazywało na to, żeby przejął się jakoś szczególnie słowami lub zachowaniem Edgara. A jednak się przejmował. Ważył je, nie był wcale pewien na ile podciągnięcie go do odpowiedzialności przyniesie dobre konsekwencje a na ile złe zrobiłoby, gdyby go puścili wolno. Wreszcie kiwnął głową, podejmując w myślach decyzję.
- Nie można ot tak podawać czarodziejom veritaserum! Poza tym ono nie zawsze działa! – pieklił się dalej Edgar. – Naprawdę nie widzicie jakie to jest niesprawiedliwe? – zapytał żałośnie.
Patrzył na nich intensywnie. Przez to jak grube szkła okularów nosił, jego oczy wydawały się mniejsze niż w rzeczywistości. Na twarzy pojawiły się krople drobnego potu.
- Nie chcę zamiatać ulicy!
Patrick obserwował ich uważnie.
- Ty nic nie chcesz – zauważył łagodnie. – Spróbuję podsumować, co mówisz, dobrze? Nikogo nie okradłeś. Ja sakiewkę zwyczajnie zgubiłem. Ty zostałeś napadnięty przez brygadzistkę i aurora. A teraz próbujemy ci wmówić przestępstwo, którego nie popełniłeś, tak?
Chociaż Stewardowi wydawało się, że Edgar od razu odpowie, że dokładnie tak było, to ten wreszcie spuścił głowę. Trochę jak dziecko, które długo szło w zaparte, ale wreszcie, przyparte do muru, miało ochotę się rozpłakać z bezsilności.
- Co twoim zdaniem, powinniśmy z tobą zrobić, Edgarze? – powtórzył, choć tak naprawdę zdążył już podjąć faktyczną decyzję.
Byli praktycznie już po służbie. Wracali do Ministerstwa Magii. To, że przyprowadzą tam jednego kieszonkowca, wydłuży nieco Brennie godziny pracy, ale nie na tyle by to nie było tego warte. Bo tak naprawdę nie chodziło o schwytanie kieszonkowca. Chodziło o gówniarza, który próbował kraść a przyłapany na gorącym uczynku skakać do gardła tym, którzy go przyłapali. Musiał ponieść jakieś konsekwencje. Nawet dla swojego własnego dobra. W innym wypadku następnym razem spróbuje okraść kogoś, kto gdy zostanie przyłapany wbije mu nóż pod żebra. Albo z kradzieży przerzuci się na coś nowego i nowego, aż wreszcie skończy w Azkabanie, bo pewnego dnia jego własna złość go pokona.
Patrick pokazał gestem Brennie, żeby ruszali w stronę Ministerstwa Magii. Nie było dłużej potrzeby, by sterczeli między Nokturnem a Pokątną, wzbudzając niepotrzebne zainteresowanie okolicznych męt.
- Może wręczyć mi mandat? – zapytał cicho Edgar, gdy już szli.
Patricka trochę to niepokoiło. Sam nie potrafił powiedzieć na ile i dlaczego właściwie, ale nawet młodzi ludzie mieli przecież w sobie tyle instynktu samozachowawczego, by wiedzieć, że były takie sytuacje, gdy trzeba było: zamilknąć, przeprosić, położyć uszy po sobie. A ten jakby nie wiedział. Albo wiedział, ale i tak uznawał, że warto dalej walczyć.
- Dowód w sprawie? – ni to jęknął, ni to warknął Edgar. Wykręcił się nieco, by popatrzeć na Brennę. – Czy wy siebie słyszycie? Hej, to ty na mnie napadłaś. I to jako wilk. Czy ty w ogóle masz prawo być wilkiem?
- Ma prawo. Jest zarejestrowanym animagiem. Pracuje w Brygadzie Uderzeniowej. A ty próbowałeś okraść aurora na służbie – wyjaśnił powoli Steward.
Właściwie nic w jego głosie lub zachowaniu nie wskazywało na to, żeby przejął się jakoś szczególnie słowami lub zachowaniem Edgara. A jednak się przejmował. Ważył je, nie był wcale pewien na ile podciągnięcie go do odpowiedzialności przyniesie dobre konsekwencje a na ile złe zrobiłoby, gdyby go puścili wolno. Wreszcie kiwnął głową, podejmując w myślach decyzję.
- Nie można ot tak podawać czarodziejom veritaserum! Poza tym ono nie zawsze działa! – pieklił się dalej Edgar. – Naprawdę nie widzicie jakie to jest niesprawiedliwe? – zapytał żałośnie.
Patrzył na nich intensywnie. Przez to jak grube szkła okularów nosił, jego oczy wydawały się mniejsze niż w rzeczywistości. Na twarzy pojawiły się krople drobnego potu.
- Nie chcę zamiatać ulicy!
Patrick obserwował ich uważnie.
- Ty nic nie chcesz – zauważył łagodnie. – Spróbuję podsumować, co mówisz, dobrze? Nikogo nie okradłeś. Ja sakiewkę zwyczajnie zgubiłem. Ty zostałeś napadnięty przez brygadzistkę i aurora. A teraz próbujemy ci wmówić przestępstwo, którego nie popełniłeś, tak?
Chociaż Stewardowi wydawało się, że Edgar od razu odpowie, że dokładnie tak było, to ten wreszcie spuścił głowę. Trochę jak dziecko, które długo szło w zaparte, ale wreszcie, przyparte do muru, miało ochotę się rozpłakać z bezsilności.
- Co twoim zdaniem, powinniśmy z tobą zrobić, Edgarze? – powtórzył, choć tak naprawdę zdążył już podjąć faktyczną decyzję.
Byli praktycznie już po służbie. Wracali do Ministerstwa Magii. To, że przyprowadzą tam jednego kieszonkowca, wydłuży nieco Brennie godziny pracy, ale nie na tyle by to nie było tego warte. Bo tak naprawdę nie chodziło o schwytanie kieszonkowca. Chodziło o gówniarza, który próbował kraść a przyłapany na gorącym uczynku skakać do gardła tym, którzy go przyłapali. Musiał ponieść jakieś konsekwencje. Nawet dla swojego własnego dobra. W innym wypadku następnym razem spróbuje okraść kogoś, kto gdy zostanie przyłapany wbije mu nóż pod żebra. Albo z kradzieży przerzuci się na coś nowego i nowego, aż wreszcie skończy w Azkabanie, bo pewnego dnia jego własna złość go pokona.
Patrick pokazał gestem Brennie, żeby ruszali w stronę Ministerstwa Magii. Nie było dłużej potrzeby, by sterczeli między Nokturnem a Pokątną, wzbudzając niepotrzebne zainteresowanie okolicznych męt.
- Może wręczyć mi mandat? – zapytał cicho Edgar, gdy już szli.