27.05.2025, 23:41 ✶
Plan Prudence był plan był prosty i... ...bolesny. Być może dlatego mógł zadziałać. Magiczne więzy lubią symbole, krew i cierpienie. Starą walutę wykorzystywaną w transakcjach między światami. Jako widmowidz, dziewczyna zdecydowanie mogła być tego świadoma.
Znalazła minerał. Oczywiście, że go znalazła. Krzemień był wszędzie. Ten konkretny nie wyglądał obiecująco, ale tak, nadawał się. Nie był duży, ale był wystarczająco płaski i kanciasty, by można było przeciąć nim coś względnie delikatnego. Poza tym nie błyszczał, był matowy, częściowo pokryty jakąś organiczną materią wymagającą zeskrobana paznokciem, jeśli Prudence nie chciała dodatkowo ryzykować zakażeniem.
Prowizoryczne ostrze łatwo przecięło skórę. Zbyt łatwo. Wyjątkowo szybko. Krew wypłynęła cienkim strumieniem i spłynęła po jej ręce. Ciennoczerwonym połyskującym śladem.
I wtedy poczuła to znowu.
Zapach. Słodki, natarczywy, niepokojący. Mocny, znajomy. Jeżyny. Ale ponownie nie takie jak na krzaku. Nie takie świeże, zerwane prosto z pędów. To był zapach przejrzałych, fermentujących owoców, ciężki, lepki, wpełzający w nozdrza.
Zawirowało jej w głowie. Głęboki oddech nie pomógł. Wręcz przeciwnie. Teraz zapach jeżyn stał się też ich smakiem. Mdląco słodkim, ale jednocześnie rdzawym, przypominającym posmak krwi wymieszanej z gęstym likierem. Pojawił się w jej gardle, zostawił ślad na języku, po czym zniknął.
Szczypanie w oczach, które towarzyszyło przełknięciu słony, zmusiło Prudence do mrugnięcia. Mrugnęła raz. Obraz się rozmył. Mrugnęła drugi raz...
...i wtedy upadła.
Otoczenie zawirowało, jakby właśnie mdlała. Kiedy ponownie otworzyła oczy, świat się zmienił.
Nie było dżungli. Nie było jeżynowej klatki. Nie było Romulusa szarpiącego się z cierniami pędów, nie było obcych głosów, nie było już nawet tej dusznej wilgoci unoszącej się dookoła nich.
Leżała. Na czymś połowicznie miękkim, sprężystym, lekko wilgotnym od rosy i lepkim. Pomiędzy kolczastymi pędami, które wbijały się w ubranie, skórę, włosy...
...znalazła się wśród krzaków jeżyn. Tym razem zwykłych, raczej nie zbudowanych z iluzji ani nie będących fragmentem snu. Ostre pędy wbijały się w jej skórę, a gdy spróbowała poruszyć ciałem, zapachniało sfermentowanym sokiem z rozgniecionych owoców. Zgniecionych przez nią, przez ich ciała. Bowiem obok niej znajdował się Romulus.
Cały i zdrowy, przytomny. Bez śladów ran po chwytaniu pędów, bez ciemnych żył na skórze, z jasnymi białkami oczu. Trochę zdezorientowany, ale żywy. Przytomny, jedynie prawdopodobnie równie skołowany, co ona.
Pytając go o to, co stało się, gdy dźgnęła go w obojczyk, mógł szczerze odpowiedzieć, że nie wie. W jednej chwili starał się zrobić unik, w kolejnej poczuł ból, dźgnięcie i rozcinaną skórę. Poczuł to samo szczypanie w oczach, ten sam intensywny, mdlący smak i zapach. A potem zemdlał, budząc się zaledwie kilkadziesiąt sekund przed jego towarzyszką. Na tyle skołowany, że nie miał możliwości spróbować ocucić nieprzytomnego ciała Prudence, zanim ta sama się ocknęła.
Jego włosy były mocno rozczochrane, miał rozdarte gdzieniegdzie ubrania i twarz brudną od soku. Nie miał rany na obojczyku. Dokładnie tak samo jak Bletchley nie miała jej na nadgarstku.
Nie byli ranni. Nie byli spoceni. Nie byli mokrzy. Zniknęły nawet zadrapania nabyte na początku podróży, choć ubłocone i wymięte ubrania świadczyły o tym, że nie śnili. Zamiast bólu, czuli chłód jesiennej nocy. Wilgotny, ale nie parny, przenikający przez ubranie.
Powietrze znów miało znajomy zapach lasu. Nie było śladu po klatce, ognisku, dziwnej ziemi. Nie było tropików. Nie było nikogo ani niczego wokół. Tylko noc. Zwykła, wypełniona naturalnymi dźwiękami: szumem liści poruszanych wiatrem, cykaniem owadów, pohukiwaniem sowy. Tylko cisza, krzaki, pędy roślin i chłód wilgotnej gleby. I oni: rozczochrani, umorusani jeżynami, powracający do świata niczym para niefortunnych bohaterów wyrzuconych z opowieści.
Minęła minuta, może dwie zanim cisza, która do tej pory wydawała się całkiem błoga, została przerwana. Nie przez wiatr, nie przez zwierzę. Ale przez śmiech.
Wysoki. Przenikliwy. Dziecięcy a jednocześnie nienaturalnie dojrzały. Dziewczęcy, może kobiecy, może będący czymś pośrodku. Najważniejsze, że nie był to chichot osoby rozbawionej. Bardziej kogoś, kto znalazł rozrywkę w cudzym zagubieniu.
Nie brzmiał jak coś całkowicie fizycznego. Nie miał kierunku, z którego mógł dobiegać ani nie wywoływał echa. Unosił się w powietrzu, przenikał przez krzaki i wdzierał się w bębenki uszne, ale przede wszystkim...
...oddalał się, unosząc się nad lasem, pomiędzy krzakami, nad wrzosowiskiem... ...hen ku niewidocznemu horyzontowi.
Zupełnie tak, jakby coś, co go wydało, odlatywało, znów zostawiając ich samych. Nic więcej się nie wydarzyło.
Środek nocy, rozgwieżdżone niebo gdzieś nad nimi, rozgniecione jeżyny pod ich plecami. I cisza... ...i niepokój... ...i ulga? Może coś na kształt ulgi? Wszystko naraz. Nie było już krat z roślin. Nie było klatki. Nie było śladów czarnych żył. Ale śmiech wciąż brzmiał w ich uszach. I miał brzmieć jeszcze przez długi czas, nim świt rozjaśni niebo a oni zostawią za sobą ciemny las.
Chcąc upewnić się, co do stanu posiadania: oboje wciąż mieli przy sobie wszystko to, z czym pojawili się w lesie. Paczka papierosów była nawet pełniejsza niż wcześniej. Gdyby chcieli je zapalić, poczuliby jednak, że teraz zmieniły smak i zapach. Były jeżynowe. Ich palenie, dłużej niż przez jedno czy dwa pociągnięcia, szybko wprowadziłoby ich w całkiem przyjemny (i nieszkodliwy) stan haju. Tym mocniejszy, im dłużej by je palili. Nie miałoby dalszych skutków ubocznych.
Tuż obok Romulusa nie leżał już patyk. Znajdowała się przy nim różdżka z (a jakże!) zdrewniałej części krzewu jakiejś wyjątkowo starej odmiany jeżyn. Nie był jej w stanie rozpoznać, jednak była pozbawiona kolców. Była giętka. Miała trzynaście cali. Dobry rzemieślnik zidentyfikowałby w niej włos z ogona testrala. Ładna, naprawdę ładna. Mogłaby być przydatna? Czy należało się jej pozbyć?
Kawałek krzemienia leżał obok Prudence. Był jednak znacznie bardziej czarny i błyszczący. Niemalże świecący w ciemności. Nadal miał ostre krawędzie, ale zdawał się być przepolerowany. W świetle mogła stwierdzić, że były na nim żłobienia, które z pewnością pojawiły się dopiero niedawno. Nie wyczuła ich, gdy zbliżała go do nadgarstka. Przypominały tę samą siatkę żyłek, jaka wcześniej pokrywała ciało Romulusa. Chciała go zabrać? A może jednak wyrzucić?
Proszę Was o wyraźne zaznaczenie losu wyżej wymienionych przedmiotów (zabieracie czy wyrzucacie) oraz wskazanie, co robicie z papierosami (palicie, zabieracie do przetestowania poza lasem czy pozbywacie się ich).
Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki. Dziękuję!
Znalazła minerał. Oczywiście, że go znalazła. Krzemień był wszędzie. Ten konkretny nie wyglądał obiecująco, ale tak, nadawał się. Nie był duży, ale był wystarczająco płaski i kanciasty, by można było przeciąć nim coś względnie delikatnego. Poza tym nie błyszczał, był matowy, częściowo pokryty jakąś organiczną materią wymagającą zeskrobana paznokciem, jeśli Prudence nie chciała dodatkowo ryzykować zakażeniem.
Prowizoryczne ostrze łatwo przecięło skórę. Zbyt łatwo. Wyjątkowo szybko. Krew wypłynęła cienkim strumieniem i spłynęła po jej ręce. Ciennoczerwonym połyskującym śladem.
I wtedy poczuła to znowu.
Zapach. Słodki, natarczywy, niepokojący. Mocny, znajomy. Jeżyny. Ale ponownie nie takie jak na krzaku. Nie takie świeże, zerwane prosto z pędów. To był zapach przejrzałych, fermentujących owoców, ciężki, lepki, wpełzający w nozdrza.
Zawirowało jej w głowie. Głęboki oddech nie pomógł. Wręcz przeciwnie. Teraz zapach jeżyn stał się też ich smakiem. Mdląco słodkim, ale jednocześnie rdzawym, przypominającym posmak krwi wymieszanej z gęstym likierem. Pojawił się w jej gardle, zostawił ślad na języku, po czym zniknął.
Szczypanie w oczach, które towarzyszyło przełknięciu słony, zmusiło Prudence do mrugnięcia. Mrugnęła raz. Obraz się rozmył. Mrugnęła drugi raz...
...i wtedy upadła.
Otoczenie zawirowało, jakby właśnie mdlała. Kiedy ponownie otworzyła oczy, świat się zmienił.
Nie było dżungli. Nie było jeżynowej klatki. Nie było Romulusa szarpiącego się z cierniami pędów, nie było obcych głosów, nie było już nawet tej dusznej wilgoci unoszącej się dookoła nich.
Leżała. Na czymś połowicznie miękkim, sprężystym, lekko wilgotnym od rosy i lepkim. Pomiędzy kolczastymi pędami, które wbijały się w ubranie, skórę, włosy...
...znalazła się wśród krzaków jeżyn. Tym razem zwykłych, raczej nie zbudowanych z iluzji ani nie będących fragmentem snu. Ostre pędy wbijały się w jej skórę, a gdy spróbowała poruszyć ciałem, zapachniało sfermentowanym sokiem z rozgniecionych owoców. Zgniecionych przez nią, przez ich ciała. Bowiem obok niej znajdował się Romulus.
Cały i zdrowy, przytomny. Bez śladów ran po chwytaniu pędów, bez ciemnych żył na skórze, z jasnymi białkami oczu. Trochę zdezorientowany, ale żywy. Przytomny, jedynie prawdopodobnie równie skołowany, co ona.
Pytając go o to, co stało się, gdy dźgnęła go w obojczyk, mógł szczerze odpowiedzieć, że nie wie. W jednej chwili starał się zrobić unik, w kolejnej poczuł ból, dźgnięcie i rozcinaną skórę. Poczuł to samo szczypanie w oczach, ten sam intensywny, mdlący smak i zapach. A potem zemdlał, budząc się zaledwie kilkadziesiąt sekund przed jego towarzyszką. Na tyle skołowany, że nie miał możliwości spróbować ocucić nieprzytomnego ciała Prudence, zanim ta sama się ocknęła.
Jego włosy były mocno rozczochrane, miał rozdarte gdzieniegdzie ubrania i twarz brudną od soku. Nie miał rany na obojczyku. Dokładnie tak samo jak Bletchley nie miała jej na nadgarstku.
Nie byli ranni. Nie byli spoceni. Nie byli mokrzy. Zniknęły nawet zadrapania nabyte na początku podróży, choć ubłocone i wymięte ubrania świadczyły o tym, że nie śnili. Zamiast bólu, czuli chłód jesiennej nocy. Wilgotny, ale nie parny, przenikający przez ubranie.
Powietrze znów miało znajomy zapach lasu. Nie było śladu po klatce, ognisku, dziwnej ziemi. Nie było tropików. Nie było nikogo ani niczego wokół. Tylko noc. Zwykła, wypełniona naturalnymi dźwiękami: szumem liści poruszanych wiatrem, cykaniem owadów, pohukiwaniem sowy. Tylko cisza, krzaki, pędy roślin i chłód wilgotnej gleby. I oni: rozczochrani, umorusani jeżynami, powracający do świata niczym para niefortunnych bohaterów wyrzuconych z opowieści.
Minęła minuta, może dwie zanim cisza, która do tej pory wydawała się całkiem błoga, została przerwana. Nie przez wiatr, nie przez zwierzę. Ale przez śmiech.
Wysoki. Przenikliwy. Dziecięcy a jednocześnie nienaturalnie dojrzały. Dziewczęcy, może kobiecy, może będący czymś pośrodku. Najważniejsze, że nie był to chichot osoby rozbawionej. Bardziej kogoś, kto znalazł rozrywkę w cudzym zagubieniu.
Nie brzmiał jak coś całkowicie fizycznego. Nie miał kierunku, z którego mógł dobiegać ani nie wywoływał echa. Unosił się w powietrzu, przenikał przez krzaki i wdzierał się w bębenki uszne, ale przede wszystkim...
...oddalał się, unosząc się nad lasem, pomiędzy krzakami, nad wrzosowiskiem... ...hen ku niewidocznemu horyzontowi.
Zupełnie tak, jakby coś, co go wydało, odlatywało, znów zostawiając ich samych. Nic więcej się nie wydarzyło.
Środek nocy, rozgwieżdżone niebo gdzieś nad nimi, rozgniecione jeżyny pod ich plecami. I cisza... ...i niepokój... ...i ulga? Może coś na kształt ulgi? Wszystko naraz. Nie było już krat z roślin. Nie było klatki. Nie było śladów czarnych żył. Ale śmiech wciąż brzmiał w ich uszach. I miał brzmieć jeszcze przez długi czas, nim świt rozjaśni niebo a oni zostawią za sobą ciemny las.
Chcąc upewnić się, co do stanu posiadania: oboje wciąż mieli przy sobie wszystko to, z czym pojawili się w lesie. Paczka papierosów była nawet pełniejsza niż wcześniej. Gdyby chcieli je zapalić, poczuliby jednak, że teraz zmieniły smak i zapach. Były jeżynowe. Ich palenie, dłużej niż przez jedno czy dwa pociągnięcia, szybko wprowadziłoby ich w całkiem przyjemny (i nieszkodliwy) stan haju. Tym mocniejszy, im dłużej by je palili. Nie miałoby dalszych skutków ubocznych.
Tuż obok Romulusa nie leżał już patyk. Znajdowała się przy nim różdżka z (a jakże!) zdrewniałej części krzewu jakiejś wyjątkowo starej odmiany jeżyn. Nie był jej w stanie rozpoznać, jednak była pozbawiona kolców. Była giętka. Miała trzynaście cali. Dobry rzemieślnik zidentyfikowałby w niej włos z ogona testrala. Ładna, naprawdę ładna. Mogłaby być przydatna? Czy należało się jej pozbyć?
Kawałek krzemienia leżał obok Prudence. Był jednak znacznie bardziej czarny i błyszczący. Niemalże świecący w ciemności. Nadal miał ostre krawędzie, ale zdawał się być przepolerowany. W świetle mogła stwierdzić, że były na nim żłobienia, które z pewnością pojawiły się dopiero niedawno. Nie wyczuła ich, gdy zbliżała go do nadgarstka. Przypominały tę samą siatkę żyłek, jaka wcześniej pokrywała ciało Romulusa. Chciała go zabrać? A może jednak wyrzucić?
Proszę Was o wyraźne zaznaczenie losu wyżej wymienionych przedmiotów (zabieracie czy wyrzucacie) oraz wskazanie, co robicie z papierosami (palicie, zabieracie do przetestowania poza lasem czy pozbywacie się ich).
Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki. Dziękuję!
