28.05.2025, 10:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.05.2025, 12:14 przez Lorraine Malfoy.)
Gdy oddech Rodolphusa owionął jej ucho, obróciła głowę w jego stronę gwałtownym szarpnięciem. Zareagowała dopiero wtedy, gdy zabrał dłoń, wcześniej nie pozwalając sobie na okazanie dezaprobaty. Zareagować znaczyłoby dać mu satysfakcję. Rodolphus mówił o tym, że świat jest plugawy, mówił, że jej słowo w tym świecie to świętość, a sam śmiał plugawić tę świętość dotykiem swych dłoni. Podniosła na niego oczy, choć nie było w jej spojrzeniu ani nieśmiałości, ani pasji. Jego dłonie były ciepłe, ale oczy były zimne. Najchętniej wydrapałaby mu te oczy. W dotyku to ona zwykła dyktować warunki. Była jak kot, który wygina zachęcająco grzbiet, pragnąc zostać pogłaskanym, tylko po to, aby zaraz pokazać pazury. Dotykaj, mówiła wila. Nie dotykaj, mówiła kobieta. A Lorraine milczała, patrząc spokojnie na stojącego przed nią Rodolphusa, nie ruszywszy się ze swego miejsca przy stole. Na jej twarzy nie gościł już uśmiech, lecz wyraz skupienia. Wydawała się poważniejsza, ale i prawdziwsza, jak gdyby powaga przychodziła jej bardziej naturalnie niż beztroska, a zimno, bijące od jej oblicza, pasowało do niej bardziej niż ciepło uśmiechu.
"Charles Mulciber jest tylko pionkiem na szachownicy, ale aspiruje do konia. Nie jestem brutalem, Lorraine, nie zmuszę go do tego, by zapomniał kim jest."
– Zdarza mi się oglądać wyścigi konne – stwierdziła chłodno. – Zdarza mi się obstawić konia, jeśli który przyciągnie moją uwagę. Nie pochwalam jednak hazardu, więc nigdy nie obstawiam więcej niż nakazuje rozsądek. – Zawsze tylko jeden zakład, tak jak jej ojciec. Zakład, że koń z samego końca tabeli wygra następny wyścig, wyprzedzając faworytów. – Gdybyś tak jak i ja pokusił się, aby odwiedzić derby, gdybyś obstawił parę wyścigów, wiedziałbyś, jak właściciel winien postępować ze swym koniem. Pozwól więc, że ci pomogę. Złam tego konia, Rodolphusie Lestrange. – Oczy Lorraine zalśniły okrutnie. – Złam go, zanim złamie sobie nogi na torze. To nie takie trudne, jak mogłoby się wydawać, trudniejsze z marnymi szkapami, których czystej krwi matki pokrył mieszańczy ogier, ale wychowanie jest równie ważne, co rodowód. Najpierw go siodłasz. Uczysz zaufania. Nakładasz mu klapki na oczy, żeby nie rozglądał się na boki, rozproszony. Gdy puszcza się galopem, wbijasz w bok ostrogi, aby przeszedł w cwał. Okładasz batem, gdy pokazuje nieposłuszeństwo.
Strzelasz w łeb, aby wykrwawił się na torze, jeśli padnie, ziejąc bokami, zanim przekroczy linię mety.
Zarówno Armand jak i Lorraine wybierali przegranych nie ze współczucia, ale z przekory. Stawiali na konie z końca tabeli nie dlatego, że wierzyli w ich zwycięstwo, ale dlatego, że chcieli zobaczyć, czy potrafią odwrócić wyrok losu. Nie chodziło nigdy o pieniądze, nie o wygraną nawet, ale o narrację. Narrację, że przegrana może być bardziej znacząca niż zwycięstwo, jeżeli dokona się jej w pełni świadomie. Stawiając na konie, które przegrywały, Armand Malfoy mawiał, że dokonuje wyboru poety. Lorraine dokonywała tego samego wyboru. Wybór przegranego konia, wybór przekory, wybór piękna nad skutecznością, wybór serca nad rozsądkiem. Wybory, bez których nie siedziałaby teraz tutaj. Wybory, które z jednej strony ją niszczyły, z drugiej – zapewniały niezależność.
– Obyś postawił na zwycięskiego konia. – Wyprostowała się, wypowiadając te słowa. Wypluła je z siebie tak, jakby wypowiadała przekleństwo. A jednak nie zabrała ręki, na której złożył przed chwilą pocałunek. Nie poruszyła się na krześle, nieruchoma niczym posąg siedzącej na tronie bogini, nawykłej do składania przed nią ofiar, przyzwyczajonej do wysłuchiwania wyznań wiary.
"Wystarczy mi twoje słowo, że jest w dobrych rękach. Twoje słowa są jak świętość w tym plugawym świecie."
Na jej twarzy nieoczekiwanie pojawił się uśmiech. Ludzie potrafili wyczytać z uśmiechu Lorraine najrozmaitsze rzeczy, kiedy im na to pozwalała. Co pozwoliła wyczytać z niego Rodolphusowi? Tu nigdy nie chodzi o konie, mówił uśmiech Lorraine, tylko o kontrolę. Rodolphus dobrze wiedział, że kontrola nie polega na tym, by trzymać lejce kurczowo, ale by puścić je wtedy, kiedy koń już wie, dokąd biec. A kiedy nie wie? Wtedy ty sięgasz po bat i czynisz świat nieco bardziej plugawym, mówił uśmiech Lorraine. Wtedy ja odwracam wzrok, aby wciąż wierzyć w jego świętość. Bo Lorraine nie była dobra. Lorraine nie była miłosierna. Lorraine nie była po prostu, kurwa, głupia. Nie obchodziło ją, jakie plany miał Rodolphus Lestrange wobec brata Scarlett. Jeżeli sam oferował się z pozbyciem się tego problemu z jej życia, czemu miałaby mu odmawiać?
Nie, Lorraine nie obchodził los tego konia. Podobało się jej jednak, że Rodolphus myślał, że ją obchodzi. Podobało jej się, że próbował manipulować jej decyzyjnością, utrzymując, że zależy mu na dobru Scarlett. A już najbardziej podobało jej się, że dotykał jej tak samo nieudolnie, jak próbował flirtować. Tak samo nieudolnie jak udawał, że brzydzi się brutalnością, wmawiając jej i sobie, że jest łagodny, co podkreślał zarówno gestem jak i słowem. Gdy z rozkoszą dokonywała przed nim rekonstrukcji rytuału przemocy, jakiej się dopuszczał albo dopiero miał dopuścić, pokrywając to pozorem niewinnej rozmowy o koniach, niemalże zapominała o nudzie.
Bo po ojcu, Lorraine odziedziczyła nie tylko oczy, ale i pociąg do chaosu.
– Świat wcale nie jest plugawy, Rodolphusie – dodała cicho. – Wystarczy, żebyś spojrzał w sploty gobelinu. Wysłuchał melodii, która gra ci w głowie. – Łabędź przy jej szyi zatrzepotał niemo skrzydłami, gdy nawiązała do "Jeziora Łabędziego", którego dźwięki zaklęła w wiadomości do Rodolphusa. – Wystarczy, żebyś wyjrzał przez okno.
Za oknem budził się do życia Nokturn.
"Charles Mulciber jest tylko pionkiem na szachownicy, ale aspiruje do konia. Nie jestem brutalem, Lorraine, nie zmuszę go do tego, by zapomniał kim jest."
– Zdarza mi się oglądać wyścigi konne – stwierdziła chłodno. – Zdarza mi się obstawić konia, jeśli który przyciągnie moją uwagę. Nie pochwalam jednak hazardu, więc nigdy nie obstawiam więcej niż nakazuje rozsądek. – Zawsze tylko jeden zakład, tak jak jej ojciec. Zakład, że koń z samego końca tabeli wygra następny wyścig, wyprzedzając faworytów. – Gdybyś tak jak i ja pokusił się, aby odwiedzić derby, gdybyś obstawił parę wyścigów, wiedziałbyś, jak właściciel winien postępować ze swym koniem. Pozwól więc, że ci pomogę. Złam tego konia, Rodolphusie Lestrange. – Oczy Lorraine zalśniły okrutnie. – Złam go, zanim złamie sobie nogi na torze. To nie takie trudne, jak mogłoby się wydawać, trudniejsze z marnymi szkapami, których czystej krwi matki pokrył mieszańczy ogier, ale wychowanie jest równie ważne, co rodowód. Najpierw go siodłasz. Uczysz zaufania. Nakładasz mu klapki na oczy, żeby nie rozglądał się na boki, rozproszony. Gdy puszcza się galopem, wbijasz w bok ostrogi, aby przeszedł w cwał. Okładasz batem, gdy pokazuje nieposłuszeństwo.
Strzelasz w łeb, aby wykrwawił się na torze, jeśli padnie, ziejąc bokami, zanim przekroczy linię mety.
Zarówno Armand jak i Lorraine wybierali przegranych nie ze współczucia, ale z przekory. Stawiali na konie z końca tabeli nie dlatego, że wierzyli w ich zwycięstwo, ale dlatego, że chcieli zobaczyć, czy potrafią odwrócić wyrok losu. Nie chodziło nigdy o pieniądze, nie o wygraną nawet, ale o narrację. Narrację, że przegrana może być bardziej znacząca niż zwycięstwo, jeżeli dokona się jej w pełni świadomie. Stawiając na konie, które przegrywały, Armand Malfoy mawiał, że dokonuje wyboru poety. Lorraine dokonywała tego samego wyboru. Wybór przegranego konia, wybór przekory, wybór piękna nad skutecznością, wybór serca nad rozsądkiem. Wybory, bez których nie siedziałaby teraz tutaj. Wybory, które z jednej strony ją niszczyły, z drugiej – zapewniały niezależność.
– Obyś postawił na zwycięskiego konia. – Wyprostowała się, wypowiadając te słowa. Wypluła je z siebie tak, jakby wypowiadała przekleństwo. A jednak nie zabrała ręki, na której złożył przed chwilą pocałunek. Nie poruszyła się na krześle, nieruchoma niczym posąg siedzącej na tronie bogini, nawykłej do składania przed nią ofiar, przyzwyczajonej do wysłuchiwania wyznań wiary.
"Wystarczy mi twoje słowo, że jest w dobrych rękach. Twoje słowa są jak świętość w tym plugawym świecie."
Na jej twarzy nieoczekiwanie pojawił się uśmiech. Ludzie potrafili wyczytać z uśmiechu Lorraine najrozmaitsze rzeczy, kiedy im na to pozwalała. Co pozwoliła wyczytać z niego Rodolphusowi? Tu nigdy nie chodzi o konie, mówił uśmiech Lorraine, tylko o kontrolę. Rodolphus dobrze wiedział, że kontrola nie polega na tym, by trzymać lejce kurczowo, ale by puścić je wtedy, kiedy koń już wie, dokąd biec. A kiedy nie wie? Wtedy ty sięgasz po bat i czynisz świat nieco bardziej plugawym, mówił uśmiech Lorraine. Wtedy ja odwracam wzrok, aby wciąż wierzyć w jego świętość. Bo Lorraine nie była dobra. Lorraine nie była miłosierna. Lorraine nie była po prostu, kurwa, głupia. Nie obchodziło ją, jakie plany miał Rodolphus Lestrange wobec brata Scarlett. Jeżeli sam oferował się z pozbyciem się tego problemu z jej życia, czemu miałaby mu odmawiać?
Nie, Lorraine nie obchodził los tego konia. Podobało się jej jednak, że Rodolphus myślał, że ją obchodzi. Podobało jej się, że próbował manipulować jej decyzyjnością, utrzymując, że zależy mu na dobru Scarlett. A już najbardziej podobało jej się, że dotykał jej tak samo nieudolnie, jak próbował flirtować. Tak samo nieudolnie jak udawał, że brzydzi się brutalnością, wmawiając jej i sobie, że jest łagodny, co podkreślał zarówno gestem jak i słowem. Gdy z rozkoszą dokonywała przed nim rekonstrukcji rytuału przemocy, jakiej się dopuszczał albo dopiero miał dopuścić, pokrywając to pozorem niewinnej rozmowy o koniach, niemalże zapominała o nudzie.
Bo po ojcu, Lorraine odziedziczyła nie tylko oczy, ale i pociąg do chaosu.
– Świat wcale nie jest plugawy, Rodolphusie – dodała cicho. – Wystarczy, żebyś spojrzał w sploty gobelinu. Wysłuchał melodii, która gra ci w głowie. – Łabędź przy jej szyi zatrzepotał niemo skrzydłami, gdy nawiązała do "Jeziora Łabędziego", którego dźwięki zaklęła w wiadomości do Rodolphusa. – Wystarczy, żebyś wyjrzał przez okno.
Za oknem budził się do życia Nokturn.