07.02.2023, 03:20 ✶
W Patricku to chyba nawet nie było wyrachowanie. Tylko długo hodowanie przekonanie, że będzie lepiej dla wszystkich dookoła (a dopiero na końcu również dla niego samego), jeśli nikt nie będzie go naprawdę znał. Jeśli nie będą go znali, nie będą mogli naprawdę powiązać z jego rodzicami i z Grinewaldem. Później, z czasem, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, dwa różne oblicza, które prezentował – zlały się w jedną naturę. Po prostu taki był, że tak naprawdę wolał trzymać się z tyłu, stać z boku, patrzeć, zastanawiać się nad działaniem i dopiero na końcu podejmować działanie.
Patrick zmarszczył brwi. Nie spodziewał się, chyba że Plump razem z redaktorami Gazety, mogliby razem zaplanować jakiś większy przekręt. To pewnie było całkiem możliwe i całkiem realne, gdyby tak popatrzeć na to z boku, ale… ale było jednocześnie dość skomplikowane. Chyba, że wygrywające numery znano od samego początku i Johnny nosił całą kieszeń pełną przeterminowanych, ale szczęśliwych losów na loterię.
- Gdyby tak było, chyba jednak powinnaś się tym bardziej zainteresować. Zresztą, wtedy jutro, najwyżej pojutrze, Biuro Brygady Uderzeniowej, zaleje cały potok sów z listami od wściekłych zwycięzców.
I wtedy Plump naprawdę będzie miał powód by na widok Brenny brać nogi zapas. I tym razem to najlepiej od razu do Irlandii Północnej albo do Egiptu.
Wyszczerzył się na wizję przedstawioną przez jego rozmówczynię. Ona goniła Johnny’ego, bo uciekał. On uciekał, bo go goniła. Jak w tej mugolskiej bajce, którą kiedyś oglądał w mugolskim telewizorze. Był tam bodaj struś i kojot albo wilk i zając, albo kot i mysz. Patrick już nie pamiętał dokładnie, ale gdy był dzieckiem, bardzo mu się ta bajka podobała. Albo to były trzy różne bajki?
Pokiwał głową. Johnny zdecydowanie mógł coś wiedzieć na temat tych kradzionych sreber. Może nawet dużo więcej niż zakładali, że mógł wiedzieć. Steward tylko nie wiedział – tu oddawał palmę pierwszeństw Brennie i jej znajomości z paserem – na ile ten był skory do wydawania swoich kolegów w zbrodni.
- Hm… - zamyślił się. Propozycja brygadzistki, by najpierw pójść po kawę a dopiero potem zawitać na Nokturn miała sporo sensu. Tylko już nie mieli czasu na wstępowanie do kawiarni lub do kawiarni i klubokawiarni Nory by wziąć kawę lub kawę i pączka. Ich Informator mógł poczekać, ale nie aż do jutra. Jeśli będą go ciągle olewali, uzna wreszcie, że nawet galeon lub pięć, nie są warte aż takiego zachodu.
Patrick posłał Brennie osobliwe spojrzenie.
- Po prostu przyniosę ci jutro pączka do pracy – powiedział wreszcie. – Mogę też wziąć Erikowi. Chyba, że się odchudza czy coś… - Stewardowi nie przeszło przez myśl, że mogło chodzić o sumy, które Brenna przepuszczała w Klubokawiarni tylko po to, by rozwinąć biznes Nory.
Przystanął, gdy znaleźli się na tyle blisko Plumpa by Brenna mogła odegrać swoje przedstawienie. Obserwował z niedowierzaniem, jak mężczyzna pobladł i rzucał się do ucieczki.
- A jednak... – wymamrotał pod nosem. Chyba do samego końca nie wierzył, że Johnny naprawdę mógł celowo próbować opchnąć przeterminowany los na loterii towarzyszącej mu brygadzistce. Szczęście, że ta nie chciała za nim gonić. – Ruszamy – zgodził się z nią.
A potem razem poszli do czekającego na nich wciąż Informatora.
Patrick zmarszczył brwi. Nie spodziewał się, chyba że Plump razem z redaktorami Gazety, mogliby razem zaplanować jakiś większy przekręt. To pewnie było całkiem możliwe i całkiem realne, gdyby tak popatrzeć na to z boku, ale… ale było jednocześnie dość skomplikowane. Chyba, że wygrywające numery znano od samego początku i Johnny nosił całą kieszeń pełną przeterminowanych, ale szczęśliwych losów na loterię.
- Gdyby tak było, chyba jednak powinnaś się tym bardziej zainteresować. Zresztą, wtedy jutro, najwyżej pojutrze, Biuro Brygady Uderzeniowej, zaleje cały potok sów z listami od wściekłych zwycięzców.
I wtedy Plump naprawdę będzie miał powód by na widok Brenny brać nogi zapas. I tym razem to najlepiej od razu do Irlandii Północnej albo do Egiptu.
Wyszczerzył się na wizję przedstawioną przez jego rozmówczynię. Ona goniła Johnny’ego, bo uciekał. On uciekał, bo go goniła. Jak w tej mugolskiej bajce, którą kiedyś oglądał w mugolskim telewizorze. Był tam bodaj struś i kojot albo wilk i zając, albo kot i mysz. Patrick już nie pamiętał dokładnie, ale gdy był dzieckiem, bardzo mu się ta bajka podobała. Albo to były trzy różne bajki?
Pokiwał głową. Johnny zdecydowanie mógł coś wiedzieć na temat tych kradzionych sreber. Może nawet dużo więcej niż zakładali, że mógł wiedzieć. Steward tylko nie wiedział – tu oddawał palmę pierwszeństw Brennie i jej znajomości z paserem – na ile ten był skory do wydawania swoich kolegów w zbrodni.
- Hm… - zamyślił się. Propozycja brygadzistki, by najpierw pójść po kawę a dopiero potem zawitać na Nokturn miała sporo sensu. Tylko już nie mieli czasu na wstępowanie do kawiarni lub do kawiarni i klubokawiarni Nory by wziąć kawę lub kawę i pączka. Ich Informator mógł poczekać, ale nie aż do jutra. Jeśli będą go ciągle olewali, uzna wreszcie, że nawet galeon lub pięć, nie są warte aż takiego zachodu.
Patrick posłał Brennie osobliwe spojrzenie.
- Po prostu przyniosę ci jutro pączka do pracy – powiedział wreszcie. – Mogę też wziąć Erikowi. Chyba, że się odchudza czy coś… - Stewardowi nie przeszło przez myśl, że mogło chodzić o sumy, które Brenna przepuszczała w Klubokawiarni tylko po to, by rozwinąć biznes Nory.
Przystanął, gdy znaleźli się na tyle blisko Plumpa by Brenna mogła odegrać swoje przedstawienie. Obserwował z niedowierzaniem, jak mężczyzna pobladł i rzucał się do ucieczki.
- A jednak... – wymamrotał pod nosem. Chyba do samego końca nie wierzył, że Johnny naprawdę mógł celowo próbować opchnąć przeterminowany los na loterii towarzyszącej mu brygadzistce. Szczęście, że ta nie chciała za nim gonić. – Ruszamy – zgodził się z nią.
A potem razem poszli do czekającego na nich wciąż Informatora.
Koniec sesji