28.05.2025, 18:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.05.2025, 18:41 przez Millie Moody.)
– Słuchaj kurwa, może i obiecałam Ci swoją dupe, powiedzmy że gardło też się w to wlicza, ale odpierdol się od mojego żołądka, jasne? – prychnęła od progu.
Powinni wyczuć ją na kilometr (bo przecież nie zobaczyć), ponieważ niosła dwie wielkie dymiące, czarne i gorące kawy. Pod pachą właśnie dewastowała papierową torebkę z ciastkami, które lepiej by pewnie czuły się, gdyby nie były wciśnięte pod pachę. Dosłownie. Wszystko jednak woniało spalenizną, więc zapach hehe spalonej hehe kawy nie przebijał się.
Zrobiła swoje. Pomogła ludziom. Dała im ciepłe picie. Dała im ciastka. Nawet się uśmiechnęła ze dwa trzy razy. Nawet znalazła tę żonę której szukał nieprzytomny typek. Pomagała ludziom. To było ważne. To powinno być jej paliwem. Ale tak na prawdę dopiero gdy zobaczyła dwa umęczone ryjki swoich przyjaciół, dopiero wtedy uśmiechnęła się szczerze.
Wcisnęła kubek w ręce ujebane farbą, wcisnęła drugi w te obandażowane. Sama swoją w siebie wlała chwilę temu. Poparzone usta? Jej dusza była poparzona więc nie było z tym najmniejszego problemu.
– Jada jada, martwimy się o siebie, Thomas ogarnij dupę i przestań się narażać, Miles jedz wiecej, Basilius wyśpij się porządne bo wyglądasz już jak trup. – Skrzeczała jak jej własny kruk, który najprawdopodobniej pozostał w Księżycowym Stawie. – Pomogłam Norze, ogarnęłam ludzi. A kto pomoże nam? – zapytała retorycznie, przewracając ostentacyjnie złocistymi oczami. – Jak się ma mój ulubiony kociak? Czy można już rysować kutasy na bandażach? – zainteresowała się nagle rannym, wyjmując z jego dłoni kubek i upijając łyk czy dwa. Nagle przypomniała sobie, że przyniosła coś jeszcze. Pospiesznie oddała kubek i spod pachy wyciągnęła pomiętą, olukrowaną torbę. – Mam eee śniadanie! – poinformowała zebranych. W środku były trzy wygniecione pączki, które zdecydowanie pamiętały lepsze czasy. Albo postarzały się o kilka lat w przeciągu ostatnich kilku godzin.
Powinni wyczuć ją na kilometr (bo przecież nie zobaczyć), ponieważ niosła dwie wielkie dymiące, czarne i gorące kawy. Pod pachą właśnie dewastowała papierową torebkę z ciastkami, które lepiej by pewnie czuły się, gdyby nie były wciśnięte pod pachę. Dosłownie. Wszystko jednak woniało spalenizną, więc zapach hehe spalonej hehe kawy nie przebijał się.
Zrobiła swoje. Pomogła ludziom. Dała im ciepłe picie. Dała im ciastka. Nawet się uśmiechnęła ze dwa trzy razy. Nawet znalazła tę żonę której szukał nieprzytomny typek. Pomagała ludziom. To było ważne. To powinno być jej paliwem. Ale tak na prawdę dopiero gdy zobaczyła dwa umęczone ryjki swoich przyjaciół, dopiero wtedy uśmiechnęła się szczerze.
Wcisnęła kubek w ręce ujebane farbą, wcisnęła drugi w te obandażowane. Sama swoją w siebie wlała chwilę temu. Poparzone usta? Jej dusza była poparzona więc nie było z tym najmniejszego problemu.
– Jada jada, martwimy się o siebie, Thomas ogarnij dupę i przestań się narażać, Miles jedz wiecej, Basilius wyśpij się porządne bo wyglądasz już jak trup. – Skrzeczała jak jej własny kruk, który najprawdopodobniej pozostał w Księżycowym Stawie. – Pomogłam Norze, ogarnęłam ludzi. A kto pomoże nam? – zapytała retorycznie, przewracając ostentacyjnie złocistymi oczami. – Jak się ma mój ulubiony kociak? Czy można już rysować kutasy na bandażach? – zainteresowała się nagle rannym, wyjmując z jego dłoni kubek i upijając łyk czy dwa. Nagle przypomniała sobie, że przyniosła coś jeszcze. Pospiesznie oddała kubek i spod pachy wyciągnęła pomiętą, olukrowaną torbę. – Mam eee śniadanie! – poinformowała zebranych. W środku były trzy wygniecione pączki, które zdecydowanie pamiętały lepsze czasy. Albo postarzały się o kilka lat w przeciągu ostatnich kilku godzin.