29.05.2025, 01:20 ✶
- Pan maruda - mruknął jedynie na fakt, że medyk uciął dywagację na temat grania w pokera z nimi, ale co się odwlecze to nie uciecze, po ósmej whisky nie będzie pamiętał że nie chciał grać. Pytanie tylko oczy wtedy będą jeszcze w stanie trzymać karty i je widzieć - ale to już kwestia drugorzędna by była. Ale teraz zgodnie z przykazem zachowywał kamienny wyraz twarzy.
- No właśnie się pali - powiedział chichocząc, ale ten skubaniec najpierw mu kazał być poważnym, a potem sam dowcipkuje!
- Czemu miałbym wymagać pomocy? Jestem duży, nie omijałbym brania eliksirów - powiedział całkiem poważnym tonem, jakim to nastolatkowie obiecują rodzicom, ze podczas ich nieobecności wcale nie urządzą imprezy w domu. Nie chciał nikogo obarczać koniecznością dbania o niego, bycie ciężarem dla innych zdecydowanie nie było czymś na co chciał sobie pozwalać. I wtedy go olśniło, skoro przepisze mu eliksiry, to zapewne chodziło o to, żeby ich nie pomieszać.
I tu go uderzyło, bo co on będzie robił do czas jak odzyska wzrok? W pierwszej chwili myślał, że nadrobi czytanie książek, ale... Potem stwierdził, że popracuje nad mechanizmami... Jedyne co mu zostało to chyba leżeć jak kłoda na łóżku i odliczać minuty i godziny. Zanudzi się na śmierć do tego czasu. Oby faktycznie minęło to szybko jak mówił.
- Uwierz mi, że teraz niczego bym tak nie chciał jak popatrzeć - powiedział rozbawiony, ale zrozumiawszy o co chodzi Basiliusowi poruszał swoimi oczami, choć nie czuł żadnej różnicy, poza tym, że faktycznie był zimno, jakby mu kostki lodu położył na oczy. - Liliowy brzmi dobrze - zdecydował nad wyraz ochoczo.
Już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, kiedy do środka wpadłą Millie jak usłyszał.
- Wpadłeś. No i prościej by ci było uczyć smoka etykiety niż pilnować, żeby nasza urocza małą Millie jadła zdrowo - zwrócił się jeszcze teatralnym szeptem do uzdrowiciela, powoli zaczynało dopadać go zmęczenie, adrenalina już dawno uszła z ciała, teraz lekko pobudzonego przez bycie opatrywanym.
Kiedy w ręce został mu wciśnięty kubek z gorącą kawą, przyjął go bez słowa i zaczął dmuchać w naczynie, aby spróbować się nie oparzyć podczas picia.
- Przecież żyje, muszę tylko pamiętać o tym, że licznik żyć mi spada. Ale w wy stanowczo musicie o siebie zadbać, macie po tylko jednym - odpowiedział i wysiorbał mały łyk kawy.
- Jak przyjdzie to go spytaj, a ja czuje się już całkiem dobrze, dzięki Basiliusowi, ale straszy mnie, że będę potrzebował opieki - powiedział i poczuł jak kubek znika z jego dłoni. - Hej! Co ja jestem stolik?! - udał oburzenie na fakt, że jak nagle kawa mu została wręczona tak i też została zabrana. - Tylko bez kutasów, ja nie chcę potem musieć tłumaczyć Mabel co to jest jak mnie zobaczy - jęknął na samą myśl, że coś takiego mogłoby się zdarzyć.
- Śniadanie? - sceptycyzm w głosie Thomasa był wręcz namacalny, przez zapach medykamentów i kawy wcale nie czuł słodkiego zapachu pączków, jak i nie był nietoperzem, nie słyszał szelestu torby, dlatego jako ten posiłek rozumiał właśnie kawę.
- No właśnie się pali - powiedział chichocząc, ale ten skubaniec najpierw mu kazał być poważnym, a potem sam dowcipkuje!
- Czemu miałbym wymagać pomocy? Jestem duży, nie omijałbym brania eliksirów - powiedział całkiem poważnym tonem, jakim to nastolatkowie obiecują rodzicom, ze podczas ich nieobecności wcale nie urządzą imprezy w domu. Nie chciał nikogo obarczać koniecznością dbania o niego, bycie ciężarem dla innych zdecydowanie nie było czymś na co chciał sobie pozwalać. I wtedy go olśniło, skoro przepisze mu eliksiry, to zapewne chodziło o to, żeby ich nie pomieszać.
I tu go uderzyło, bo co on będzie robił do czas jak odzyska wzrok? W pierwszej chwili myślał, że nadrobi czytanie książek, ale... Potem stwierdził, że popracuje nad mechanizmami... Jedyne co mu zostało to chyba leżeć jak kłoda na łóżku i odliczać minuty i godziny. Zanudzi się na śmierć do tego czasu. Oby faktycznie minęło to szybko jak mówił.
- Uwierz mi, że teraz niczego bym tak nie chciał jak popatrzeć - powiedział rozbawiony, ale zrozumiawszy o co chodzi Basiliusowi poruszał swoimi oczami, choć nie czuł żadnej różnicy, poza tym, że faktycznie był zimno, jakby mu kostki lodu położył na oczy. - Liliowy brzmi dobrze - zdecydował nad wyraz ochoczo.
Już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, kiedy do środka wpadłą Millie jak usłyszał.
- Wpadłeś. No i prościej by ci było uczyć smoka etykiety niż pilnować, żeby nasza urocza małą Millie jadła zdrowo - zwrócił się jeszcze teatralnym szeptem do uzdrowiciela, powoli zaczynało dopadać go zmęczenie, adrenalina już dawno uszła z ciała, teraz lekko pobudzonego przez bycie opatrywanym.
Kiedy w ręce został mu wciśnięty kubek z gorącą kawą, przyjął go bez słowa i zaczął dmuchać w naczynie, aby spróbować się nie oparzyć podczas picia.
- Przecież żyje, muszę tylko pamiętać o tym, że licznik żyć mi spada. Ale w wy stanowczo musicie o siebie zadbać, macie po tylko jednym - odpowiedział i wysiorbał mały łyk kawy.
- Jak przyjdzie to go spytaj, a ja czuje się już całkiem dobrze, dzięki Basiliusowi, ale straszy mnie, że będę potrzebował opieki - powiedział i poczuł jak kubek znika z jego dłoni. - Hej! Co ja jestem stolik?! - udał oburzenie na fakt, że jak nagle kawa mu została wręczona tak i też została zabrana. - Tylko bez kutasów, ja nie chcę potem musieć tłumaczyć Mabel co to jest jak mnie zobaczy - jęknął na samą myśl, że coś takiego mogłoby się zdarzyć.
- Śniadanie? - sceptycyzm w głosie Thomasa był wręcz namacalny, przez zapach medykamentów i kawy wcale nie czuł słodkiego zapachu pączków, jak i nie był nietoperzem, nie słyszał szelestu torby, dlatego jako ten posiłek rozumiał właśnie kawę.