29.05.2025, 12:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.05.2025, 12:52 przez Millie Moody.)
Nie lubiła starej aurorskiej gwardii, głównie z powodu ojca, który jawił im się jako przyjaciel.
Ale zagubienie Bletchley'a było dziwnie znajome, jak ludzie, którzy dotykali jej obrazów i czasem, jeśli zaklęcie wyszło, to nie musiała im tłumaczyć jak się czuła. Oni po prostu mogli to poczuć. Wizje, zwidy, omamy... to wszystko towarzyszyło dziedziczce Trelawneyów od maleńkości. Czasem chciała, żeby wszyscy mogli chociaż przez chwilę poczuć się jak ona, zwłaszcza wtedy, gdy empatia zawodziła i rozmówcy reagowali nerwowym chichotem na jej jebnięcie.
– Jestem, nie widać? – prychnęła na wzmiankę o zwolnieniu. Szary już ufajdany dres, biała zdecydowanie ufajdana i za duża mugolska koszulka. Tenisówki. Absolutnie to nie był popisowy szary mundur Brygadzistki. – A co? Mam spierdalać do Ministerstwa i ewakuować się jakbym była jakimś pierdolonym cywilem? – Nakręciła się może zbyt szybko. Co jeszcze bym mogła zrobić? A czego nie? Czy jestem dla Ciebie rozczarowaniem? W jego twarzy zobaczyła twarz ojca, ale nie własnego. Twarz ojca takiego, jakiego by chciała mieć i takiego jakiego wykurwiście zazdrościła Hestii. Może dlatego tamtego dnia zabrała ją na pochlaj i dojebała jej łodziami podwodnymi, topiąc kieliszki wódki w gęstym piwie? Żeby Pan Idealny okazał się mniej idealny, gdy jego perfekcyjna księżniczka zarzyga mu próg domu?
Zmiarkowała się. Fala agresji przeminęła (może dlatego zwykle nie gadali, gdy odwiedzała brata? Skinienie głowy jak dobrze poszło, wymamrotane pod nosem dzień dobry sir i jebać starego?). Zamiast tego ujęła obie jego dłonie i otworzyła oczy szeroko jak się dało. Patrząc w zagubione oczy aurora, w jego brak spokojności i zwyczajowej buty, w brak tego patrzenia z góry właściwego starym doświadczonym kutasom z doczepioną odznaką... Poczuła coś na kształt współczucia. Zaskakujące, że Erik podarował jej kartę Arcykapłanki, która w tarocie oznaczała przewodniczkę po tym, co nieoznaczone, podświadome, ukryte. Wymykające się osądowi. Jej matka widziała w niej Mildþryþ - Łagodną Siłę, czyli kartę Mocy - niewiastę głaskającą lwa. Ona jednak teraz poczuła ciężar togi, poczuła ostrze księżyca pod własnymi stopami. Była jebnięta i musiała z tym żyć. Ale lepiej, żeby inni nie doświadczali takiego jebnięcia. Nie kiedy trzeba było ratować ludzi.
– Proszę się skupić. Na mnie. Ten ogień jest magiczny, to potężne zaklęcie tego kutasiarza Voldemorta, no bo kogo innego? Nie wiemy co on może. Proszę... proszę mi powiedzieć co pan widział? – potrzebowała tego mniej dla siebie, ale dla tęgich Zakonowych głów. To mogły być zwidy. To mogło być coś co atakowało ich poza fizycznym cierpieniem i zdeptanym pożogą domem.
Ale zagubienie Bletchley'a było dziwnie znajome, jak ludzie, którzy dotykali jej obrazów i czasem, jeśli zaklęcie wyszło, to nie musiała im tłumaczyć jak się czuła. Oni po prostu mogli to poczuć. Wizje, zwidy, omamy... to wszystko towarzyszyło dziedziczce Trelawneyów od maleńkości. Czasem chciała, żeby wszyscy mogli chociaż przez chwilę poczuć się jak ona, zwłaszcza wtedy, gdy empatia zawodziła i rozmówcy reagowali nerwowym chichotem na jej jebnięcie.
– Jestem, nie widać? – prychnęła na wzmiankę o zwolnieniu. Szary już ufajdany dres, biała zdecydowanie ufajdana i za duża mugolska koszulka. Tenisówki. Absolutnie to nie był popisowy szary mundur Brygadzistki. – A co? Mam spierdalać do Ministerstwa i ewakuować się jakbym była jakimś pierdolonym cywilem? – Nakręciła się może zbyt szybko. Co jeszcze bym mogła zrobić? A czego nie? Czy jestem dla Ciebie rozczarowaniem? W jego twarzy zobaczyła twarz ojca, ale nie własnego. Twarz ojca takiego, jakiego by chciała mieć i takiego jakiego wykurwiście zazdrościła Hestii. Może dlatego tamtego dnia zabrała ją na pochlaj i dojebała jej łodziami podwodnymi, topiąc kieliszki wódki w gęstym piwie? Żeby Pan Idealny okazał się mniej idealny, gdy jego perfekcyjna księżniczka zarzyga mu próg domu?
Zmiarkowała się. Fala agresji przeminęła (może dlatego zwykle nie gadali, gdy odwiedzała brata? Skinienie głowy jak dobrze poszło, wymamrotane pod nosem dzień dobry sir i jebać starego?). Zamiast tego ujęła obie jego dłonie i otworzyła oczy szeroko jak się dało. Patrząc w zagubione oczy aurora, w jego brak spokojności i zwyczajowej buty, w brak tego patrzenia z góry właściwego starym doświadczonym kutasom z doczepioną odznaką... Poczuła coś na kształt współczucia. Zaskakujące, że Erik podarował jej kartę Arcykapłanki, która w tarocie oznaczała przewodniczkę po tym, co nieoznaczone, podświadome, ukryte. Wymykające się osądowi. Jej matka widziała w niej Mildþryþ - Łagodną Siłę, czyli kartę Mocy - niewiastę głaskającą lwa. Ona jednak teraz poczuła ciężar togi, poczuła ostrze księżyca pod własnymi stopami. Była jebnięta i musiała z tym żyć. Ale lepiej, żeby inni nie doświadczali takiego jebnięcia. Nie kiedy trzeba było ratować ludzi.
– Proszę się skupić. Na mnie. Ten ogień jest magiczny, to potężne zaklęcie tego kutasiarza Voldemorta, no bo kogo innego? Nie wiemy co on może. Proszę... proszę mi powiedzieć co pan widział? – potrzebowała tego mniej dla siebie, ale dla tęgich Zakonowych głów. To mogły być zwidy. To mogło być coś co atakowało ich poza fizycznym cierpieniem i zdeptanym pożogą domem.
przewaga: Wróżbiarstwo III (pod szukanie swojej życiowej drogi w symbolice imion i archetypów), działanie dla Zakonu pozyskiwanie informacji; totem Kruka: zawsze towarzyszy im poczucie wyobcowania i niedopasowania do kogokolwiek