29.05.2025, 15:56 ✶
Wrzaski, krzyki, zapach krwi. Wrzaski, krzyki, zapach krwi. Wrzaski, krzyki, zapach krwi. – Głównie to obijało się o moją głowę i plamiło ostatnie strony dziennika. Nie miałem nic, oprócz niego i własnych, destrukcyjnych myśli.
Nie chciałem myśleć, ale im bardziej próbowałem się od tego odciąć, tym było gorzej. Nie zmrużyłem oka. No, może na sekundę, ale obudziłem się szybciej, niż bym chciał. Powinienem być zlany potem, ale nie byłem. Byłem za to martwy. Ten stan się nie zmienił. Martwy i zamknięty w piwnicy wbrew własnej woli.
Geraldine. To ona. To był jej pomysł. Uważała, że mam problem z eliksirami, ale mój problem miał zupełnie inne imię. Nazywał się wampiryzmem.
Nie chciałem pić krwi, a mimo to rzucałem się jak oszalały na każdą podrzuconą torbę. To było szaleństwo. Byłem niczym zwierzę. Może nawet gorzej. Nie chciałem myśleć, nie chciałem wspominać, ale obrazy i tak zalewały moją głowę. Czytałem dziennik, co było błędem. Było tam dużo wyrzutów sumienia, agresji, bólu, rzeczy, których nie da się naprawić. I ta największa z nich – niemal zabicie Laurenta.
Z jednej strony pragnąłem wyjść z tej klatki i odurzyć się eliksirami. Z drugiej – miałem wrażenie, że mam zbyt wysokie standardy, że powinienem dostać gołą podłogę i wodę z kałuży do picia.
Czasami była jeszcze trzecia opcja, która najbardziej mnie przerażała – wyjść stąd i wypić do cna każdego, kto stanie mi na drodze.
Nie mogłem ufać Geraldine. Ale nie mogłem też ufać sobie. Miałem wrażenie, że prawdziwy Astaroth znika. Że niedługo nie zostanie już nic, tylko Bestia. Pytanie tylko, czy wtedy ktoś mnie powstrzyma? Czy będę biegał po świecie i krzywdził niewinnych? Robił to, z czym przez całe życie walczyłem?
To było przerażające. Miałem za dużo czasu na myślenie, a nie wiedziałem, kiedy Geraldine i jej wesołej drużynie odwidzi się trzymanie mnie w tej piwnicy. Byłem tu dopiero dzień, może dwa, a już miałem siebie serdecznie dość. Potrzebowałem zasnąć. Przespać chociaż chwilę. Może i obudziłbym się przerażony, że znowu coś zrobiłem… Ale chciałem chociaż przez moment nie myśleć. Odciąć się od tego wszystkiego. ZASNĄĆ. Taaak.
Dlatego poszukiwania były wybawieniem. Ale... Byłem też wściekły na Geraldine. Miałem ochotę ją rozerwać za to, że rządziła mną i moją wolnością. Ale zamiast tego, tylko pchnąłem ją mocno na ścianę. To był odruch. Zasyczałem dziko, ukazując kły. Zmieszałem się przez to. Od razu się tego wstydziłem. Powiedzieć, że tego nie znosiłem, byłoby mocnym niedopowiedzeniem. NIENAWIDZIŁEM tej części siebie z całego serca. Więc jak mógłbym ją zaakceptować?
Nie byłem pewien, co zrobię później. Ale teraz mieliśmy misję do wykonania. Zawsze... Polowanie, tropienie odrywały mnie od codziennych spraw, pozwalały się wyciszyć. Więc ruszyłem w las z Geraldine, ale nie powiedziałem ani słowa. Tylko słuchałem, próbując skupić się na informacjach o zaginionych.
Jak się czułem?! Nie najlepiej. Może i jadłem, ale picie krwi z worków to nie to samo, co z żywej osoby. Tęskniłem za Kimi i właściwie uważałem, że to przeze mnie odeszła. Nie spałem. A jeśli już, to ledwo. W niczym nie przypominałem dawnego siebie. Byłem spięty. Zmęczony. Ale nie chciałem tego analizować. Nie teraz.
– Rinaaa, interesuje cię to w ogóle?! – rzuciłem, umyślnie używając zdrobnienia jej imienia, którym posługiwał się Ambroise. Nie byłem pewien, które z nich wkurwiało mnie w tej chwili bardziej. Pożar Londynu, droga, zamknięcie – wszystko wspominałem sobie w kółko, co nie napawało optymizmem.
Zacisnąłem dłonie w pięści. Najchętniej połamałbym cały ten las, ale niestety nie miałem takich możliwości.
– Zamknęłaś mnie i... KIEDY ZAMIERZAŁAŚ MNIE WYPUŚCIĆ?! – warknąłem zirytowany. Była ostatnią osobą, która miała prawo pytać mnie, jak się czuję. I jeszcze wciągnęła w to Benka... Najwyraźniej nikomu nie mogłem ufać.
Nie chciałem myśleć, ale im bardziej próbowałem się od tego odciąć, tym było gorzej. Nie zmrużyłem oka. No, może na sekundę, ale obudziłem się szybciej, niż bym chciał. Powinienem być zlany potem, ale nie byłem. Byłem za to martwy. Ten stan się nie zmienił. Martwy i zamknięty w piwnicy wbrew własnej woli.
Geraldine. To ona. To był jej pomysł. Uważała, że mam problem z eliksirami, ale mój problem miał zupełnie inne imię. Nazywał się wampiryzmem.
Nie chciałem pić krwi, a mimo to rzucałem się jak oszalały na każdą podrzuconą torbę. To było szaleństwo. Byłem niczym zwierzę. Może nawet gorzej. Nie chciałem myśleć, nie chciałem wspominać, ale obrazy i tak zalewały moją głowę. Czytałem dziennik, co było błędem. Było tam dużo wyrzutów sumienia, agresji, bólu, rzeczy, których nie da się naprawić. I ta największa z nich – niemal zabicie Laurenta.
Z jednej strony pragnąłem wyjść z tej klatki i odurzyć się eliksirami. Z drugiej – miałem wrażenie, że mam zbyt wysokie standardy, że powinienem dostać gołą podłogę i wodę z kałuży do picia.
Czasami była jeszcze trzecia opcja, która najbardziej mnie przerażała – wyjść stąd i wypić do cna każdego, kto stanie mi na drodze.
Nie mogłem ufać Geraldine. Ale nie mogłem też ufać sobie. Miałem wrażenie, że prawdziwy Astaroth znika. Że niedługo nie zostanie już nic, tylko Bestia. Pytanie tylko, czy wtedy ktoś mnie powstrzyma? Czy będę biegał po świecie i krzywdził niewinnych? Robił to, z czym przez całe życie walczyłem?
To było przerażające. Miałem za dużo czasu na myślenie, a nie wiedziałem, kiedy Geraldine i jej wesołej drużynie odwidzi się trzymanie mnie w tej piwnicy. Byłem tu dopiero dzień, może dwa, a już miałem siebie serdecznie dość. Potrzebowałem zasnąć. Przespać chociaż chwilę. Może i obudziłbym się przerażony, że znowu coś zrobiłem… Ale chciałem chociaż przez moment nie myśleć. Odciąć się od tego wszystkiego. ZASNĄĆ. Taaak.
Dlatego poszukiwania były wybawieniem. Ale... Byłem też wściekły na Geraldine. Miałem ochotę ją rozerwać za to, że rządziła mną i moją wolnością. Ale zamiast tego, tylko pchnąłem ją mocno na ścianę. To był odruch. Zasyczałem dziko, ukazując kły. Zmieszałem się przez to. Od razu się tego wstydziłem. Powiedzieć, że tego nie znosiłem, byłoby mocnym niedopowiedzeniem. NIENAWIDZIŁEM tej części siebie z całego serca. Więc jak mógłbym ją zaakceptować?
Nie byłem pewien, co zrobię później. Ale teraz mieliśmy misję do wykonania. Zawsze... Polowanie, tropienie odrywały mnie od codziennych spraw, pozwalały się wyciszyć. Więc ruszyłem w las z Geraldine, ale nie powiedziałem ani słowa. Tylko słuchałem, próbując skupić się na informacjach o zaginionych.
Jak się czułem?! Nie najlepiej. Może i jadłem, ale picie krwi z worków to nie to samo, co z żywej osoby. Tęskniłem za Kimi i właściwie uważałem, że to przeze mnie odeszła. Nie spałem. A jeśli już, to ledwo. W niczym nie przypominałem dawnego siebie. Byłem spięty. Zmęczony. Ale nie chciałem tego analizować. Nie teraz.
– Rinaaa, interesuje cię to w ogóle?! – rzuciłem, umyślnie używając zdrobnienia jej imienia, którym posługiwał się Ambroise. Nie byłem pewien, które z nich wkurwiało mnie w tej chwili bardziej. Pożar Londynu, droga, zamknięcie – wszystko wspominałem sobie w kółko, co nie napawało optymizmem.
Zacisnąłem dłonie w pięści. Najchętniej połamałbym cały ten las, ale niestety nie miałem takich możliwości.
– Zamknęłaś mnie i... KIEDY ZAMIERZAŁAŚ MNIE WYPUŚCIĆ?! – warknąłem zirytowany. Była ostatnią osobą, która miała prawo pytać mnie, jak się czuję. I jeszcze wciągnęła w to Benka... Najwyraźniej nikomu nie mogłem ufać.