Nie często przy nim Olivia przeklinała. To aż było zaskakujące, ile jeszcze miała sil w głosie i słowach, nie przebierając w nich, niż w mięśniach i magii, aby mu pomóc. Tymczasem jego kolejny raz rzucone zaklęcie podziałało, a głaz ustąpił uwalniając jego mocno poranioną nogę. Bolało jak cholera, co było można zobaczyć na grymasie u jego twarzy. Jednak nie zdążył cokolwiek innego zrobić, gdyż znów w ramionach miał obejmującą go Olivię. Jedną ręką, w której trzymał różdżkę, objął dziewczynę. Drugą wciąż podpierał się o podłoże, aby utrzymać w miarę niezbyt wygodną pozycję siedzącą. Skrzywił się ponownie, gdyż całe ciało go bolało od poprzednio stoczonej walki o życie.
Gładził po włosach ukochanej, jakby chciał jej swoimi słowami powiedzieć "Już dobrze, żyjemy." Nie powinna się już martwić. Nie musi go przepraszać. Dla niego było ważne, że ona żyje. Że jest bezpieczna. On się nie liczył. Był przecież śmieciem dla śmierciożerców. Nie bez powodu oznaczono miejsce jego zamieszkania. Skąd się musieli dowiedzieć, gdzie mieszka.
Ward zadarł głowę na niebo, nad kamienicę swojego miejsca zamieszkania, gdzie wisiał mroczny znak. Czy znów był bezdomnym? Dlaczego nie wyjechali wcześniej? Uniknęliby tego wszystkiego.
Poruszył się nieznacznie, jakby chciał poprawić swoją pozycję, tym samym dając znać Olivii, że powinni coś robić dalej. Powinna się ogarnąć. Na płacz, przyjdzie czas. Jego noga nie wyglądała dobrze. Być może miał zmiażdżone kości, w stopie prawie nic nie czuł. Może ledwie? Może nerwy uszkodzone? Nie znał się na tym. Ale cholernie bolało. Najpewniej nie ruszy się stąd.
W miarę możliwości, puszczając Olivię, musiał użyć dłoni, aby jej przekazać słowa, co chce powiedzieć. Różdżkę włożył między zęby, bo i tak słów z ust nie wydobędzie. Użył języka migowego do komunikacji.
"Nie dam rady iść. Ratuj siebie. Znajdź bezpieczne miejsce."
Przekazał.