30.05.2025, 11:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.05.2025, 11:13 przez Brenna Longbottom.)
Oczywiście, że chciała biec w stronę łuk ognia. Chciała zrobić bardzo wiele rzeczy: szukać wielu osób, sprawdzić mnóstwo lokacji. Imiona bliskich i tych, którym obiecała pomoc, odbijały się jej w głowie. Ale nie mogła też zostawiać mężczyzny samego w uliczce wypełnionej dymem, gdzie dopiero co prawdopodobnie byli śmierciożercy. Julian był doskonałym aurorem, ale tym był także Derwin Longbottom, a pozostawiony w pojedynkę nie przetrwał nocy.
- Pójdę z tobą do końca uliczki – powiedziała cicho. – Zdążę jeszcze rzucić się w ogień, jeśli będziesz mógł wziąć na siebie sam meldunek, to świetnie. I dziękuję ci – stwierdziła, zaciskając rękę na moment na jego ramieniu. Myślała, że on też pewnie chciał tej nocy być gdzieś indziej: i że właściwie dotyczyło to większości mieszkańców Londynu.
Nie zatrzymywały jej poczucie obowiązku czy obawa o pracę. Po prostu wiedziała, że w tym momencie ludzie chętni do walki z żywiołem i tymi, którzy go rozpętali, byli potrzebni absolutnie wszędzie.
Brenna ruszyła więc z nim, by upewnić się, że na końcu, w ślepym zaułku, nie czają się żadne zmory, a potem jeszcze ustawiła błyszczącą policyjną taśmę, by zniechęcić do wchodzenia w dym, a gdyby ktoś tam jednak wszedł, ułatwić znalezienie wyjścia – miała wkrótce zniknąć, ale zawsze lepsze to niż nic, zanim skierowali się z powrotem tam, skąd przyszli. Większość Brygadzistów i aurorów rozbiegła się na różne strony, kiedy więc w głowie Brenny rozbrzmiał krzyk Heather, że chyba problemy będą w sklepie…
Jestem blisko, lecę to sprawdzić – rzuciła pośpiesznie w myślach do Wood, zanim krzyknęła do Bletchleya i najbliższych Brygadzistów, że sprawdzi budynki za rogiem. Ledwo skręciła bliżej placu, odkryła, że Heather miała rację: faktycznie nad budynkiem było ciemniej niż gdziekolwiek indziej. Na szczęście popiół dopiero zaczynał się sypać z nieba, więc dopiero zaczynał się tam tlić dach: czym prędzej wpadła więc do środka, ostrzec ludzi i sama zabrała się za rzucanie zaklęć, mających ugasić płomienie.
kształtowanie, próba ugaszenia zaczynającego się ognia:
Odetchnęła z ulgą, kiedy ogień, który zaczynał nadpalać dach, ugasł pod wpływem wyczarowanej mżawki. Nie została na miejscu - ruszyła sprawdzać, gdzie jeszcze może być potrzebna pomoc, nadając jeszcze do Heather, że sytuacja opanowana.
Używam fal, odpowiadając Heather, która użyła ich na innej sesji mniej więcej w tym samym czasie.
- Pójdę z tobą do końca uliczki – powiedziała cicho. – Zdążę jeszcze rzucić się w ogień, jeśli będziesz mógł wziąć na siebie sam meldunek, to świetnie. I dziękuję ci – stwierdziła, zaciskając rękę na moment na jego ramieniu. Myślała, że on też pewnie chciał tej nocy być gdzieś indziej: i że właściwie dotyczyło to większości mieszkańców Londynu.
Nie zatrzymywały jej poczucie obowiązku czy obawa o pracę. Po prostu wiedziała, że w tym momencie ludzie chętni do walki z żywiołem i tymi, którzy go rozpętali, byli potrzebni absolutnie wszędzie.
Brenna ruszyła więc z nim, by upewnić się, że na końcu, w ślepym zaułku, nie czają się żadne zmory, a potem jeszcze ustawiła błyszczącą policyjną taśmę, by zniechęcić do wchodzenia w dym, a gdyby ktoś tam jednak wszedł, ułatwić znalezienie wyjścia – miała wkrótce zniknąć, ale zawsze lepsze to niż nic, zanim skierowali się z powrotem tam, skąd przyszli. Większość Brygadzistów i aurorów rozbiegła się na różne strony, kiedy więc w głowie Brenny rozbrzmiał krzyk Heather, że chyba problemy będą w sklepie…
Jestem blisko, lecę to sprawdzić – rzuciła pośpiesznie w myślach do Wood, zanim krzyknęła do Bletchleya i najbliższych Brygadzistów, że sprawdzi budynki za rogiem. Ledwo skręciła bliżej placu, odkryła, że Heather miała rację: faktycznie nad budynkiem było ciemniej niż gdziekolwiek indziej. Na szczęście popiół dopiero zaczynał się sypać z nieba, więc dopiero zaczynał się tam tlić dach: czym prędzej wpadła więc do środka, ostrzec ludzi i sama zabrała się za rzucanie zaklęć, mających ugasić płomienie.
kształtowanie, próba ugaszenia zaczynającego się ognia:
Rzut W 1d100 - 69
Sukces!
Sukces!
Odetchnęła z ulgą, kiedy ogień, który zaczynał nadpalać dach, ugasł pod wpływem wyczarowanej mżawki. Nie została na miejscu - ruszyła sprawdzać, gdzie jeszcze może być potrzebna pomoc, nadając jeszcze do Heather, że sytuacja opanowana.
Używam fal, odpowiadając Heather, która użyła ich na innej sesji mniej więcej w tym samym czasie.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.