Prudence spokojnie zaciągała się dymem papierosowym, smakował wyjątkowo dobrze, jak na to, że przypominał te zbyt dojrzałe jeżyny. Uspokajał ją, co chwila zbliżała do do ust, by wypuścić później mały obłoczek dymu. Uzależnienia jak to, może nie były powodem do dumy, ale przynajmniej działały. Przynosiły zamierzony efekt, bardzo dobrze, bo znajdowała się na granicy, a powoli, bardzo powoli zaczęła się od niej oddalać.
Na jej twarzy pojawił się uśmiech, samoistnie, nie panowała nad tym, usta po prostu układały jej się w ten sposób. Wpatrywała się w swojego towarzysza bez nawet drobnej iskry zrozumienia co do jego osoby. To był Potter, nic się nie zmieniło. Nadal uważała go za zadufanego w sobie błazna. Jej opinia na temat przyjaciół brata bliźniaka po części się zmieniła, znalazła nić porozumienia z niektórymi z nich, jednak Romulus nigdy nie miał dołączyć do tej listy. Nie odpowiadał jej jego sposób bycia, ten narcyzm, uważanie się za lepszego, zresztą nie ma się co oszukiwać, akurat jemu nie chciała dać szansy, nie wydawało jej się, aby na nią zasługiwał, szczególnie z tym swoim amenzjatorskim zacięciem, plus wspominaniem co jakiś czas o jej dolegliwości. Nie było na to najmniejszej możliwości. Wolała się trzymać od niego z daleka, dzisiaj się nie udało, nie wątpiła jednak w to, że szybko nie dopuszczą do tak bliskiej interakcji. Musieli tylko jak najszybciej opuścić ten las.
Zaciągnęła się dymem ostatni raz, bardzo głęboko, schowała przy tym papierośnicę do kieszeni u swojej koszuli. Nie częstowała Pottera, nie chciała mieć z nim już niczego wspólnego, nie zasłużył nawet na szluga po tym swoim dramatycznym przedstawieniu. Nie miała pojęcia, że miał to być dopiero początek.
- Jesteś ślepy? Nie ma po tym śladu, nic Ci się nie stało. Niepotrzebnie dramatyzujesz, jak zawsze. - Mówiła powoli, rzeczowo, nie unosiła się. Nie zamierzała histeryzować jak Romulus stojący przed nią. Zmrużyła oczy i zaśmiała się cicho. Tak śmiesznie wyglądał, jak się złościł. Jeszcze chwila, a nadmie się jak rozdymka i wybuchnie. Okropnie bawiła ją ta wizja, parsknęła głośno pod nosem.
- Twoja różdżka sama się zgubiła. Szkoda tylko, że sama się nie odnalazła. - Oczywiście, że i to zamierzał zrzucić na nią, powinna się tego spodziewać. Nie brał odpowiedzialności za swoje roztrzepanie, właśnie taki był Potter, szukał winnych wśród innych, którzy niczym mu nie zaszkodzili. Znała go, aż za dobrze, wcale nie była z tego powodu zadowolona.
Nie spodziewała się ataku z jego strony. Widocznie dość mocno go rozzłościła, dalej jednak nie chciał pęknąć, miała jednak wrażenie, że na twarzy zrobił się bardziej purpurowy, może jeszcze istniała szansa na to, że całkiem pęknie.
Nie zdążyła uciec przed rzuconym w jej stronę zaklęciem, za bardzo skupiła się na wyrazie twarzy Pottera, który niesamowicie ją bawił. Musiała więc pogodzić się z tym, że jego czar jej dosięgnął.
Pojawił się wir, złożony z liter, jakoś tak naturalnie przyszło jej kręcenie się wokół własnej osi wraz z tymi literkami. Powoli wyciągnęła dłoń w stronę jednej z nich, bo chciała sprawdzić, czy są materialne - niestety nie udało jej się jej złapać. Próbowała złożyć w całość słowa, które miały tworzyć, ale jej to nie wychodziło, wszystko wirowało jakoś tak za bardzo, ona sama też wirowała. Śmiała się do siebie, w przeciwieństwie do Pottera, ona chyba całkiem nieźle przy tym bawiła.
- Jesteśmy w czarnej dupie, naprawdę sądzisz, że ktoś poza Tobą to przeczyta? - Roześmiała się w głos, pomysł Romulusa jak zawsze okazał się nie mieć żadnego sensu. - Czy chcesz ostrzec przede mną sarny, zające, czy jeszcze coś innego? - One jednak nie potrafiły czytać, więc nie miało im się to do niczego przydać.
- Terapeutyczny geniusz? O kim właściwie mówisz Potter? - Nie przestawała się kręcić. Było jej tak lekko i przyjemnie, miała wrażenie, że gwiazdy świecą jakoś tak mocniej, a może to światło z tych liter które wokół niej świeciły? Nie potrafiła stwierdzić, co było faktycznym źródłem światła.
- To nagroda. Musisz bardziej się postarać, żeby mnie ukarać, ale tego pewnie też nie potrafisz zrobić. - Nie mogła uwierzyć, że Romulus naprawdę wierzył w to, że w jakikolwiek sposób to w nią uwierzy. Strasznie był w tym wszystkim śmieszny. Przez to jej obracanie się wokół własnej oczy zaczynało jej się nieco kręcić w głowie, więc zaczęła zwalniać. Nie chciała zaprzestać tej czynności, bo wydawało jej się to całkiem magiczne. Jeszcze chwila, a odleci wysoko, wysoko do nieba. O nie, przecież bała się wysokości, czy powinna tak robić? Nie zamierzała się tym jednak teraz przejmować.
- Nigdy nie potrzebowałam twojego ratunku, nigdy też nie wlazłabym do Twojego kokonu, fuuuuj, Potter jesteś obrzydliwy. - Co to w ogóle był za pomysł.
- Idź budować sobie ten szałas. Miłej zabawy, może jak w końcu wyjdziesz z tego kokonu to przepotwarzysz się w motylka. - Chcąc nie chcąc wyobraziła sobie właśnie ogromnego motyla z twarzą Romulusa, bardzo szybko jednak odsunęła od siebie tę myśl, bo przerażał ją jego promienny uśmiech w tej wizji.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control