30.05.2025, 16:09 ✶
Pokiwałem głową. Z goryczą na wargach. To bardziej pasowało mi do Geraldine, że pytała o to tylko z czystej przyzwoitości, jakby wymagały tego jakieś społeczne rytuały. Słyszałem jednak jad w jej głosie i wiedziałem, że naprawdę się martwiła. Że ta troska była autentyczna. A teraz? Teraz tylko ujadała w odpowiedzi na moje ujadanie. Ale to niczego nie zmieniało.
Nie zamierzałem zmieniać swojego nastawienia do niej. Zasłużyła sobie. Niezależnie od tego, co nią kierowało, to, co mi zrobiła, nie było dobre. To wcale nie była opieka. To była klatka. Troska podszyta przemocą. Zamykała mnie w niewoli jak dzikie zwierzę. Jakby to miało mnie uleczyć? Z czego? Z bycia krwiopijcą?!
Miałem wyimaginowane dreszcze po jej słowach. Fikcyjne, bo przecież moje trupie ciało nie reagowało jak żywe.
– A JAK MAM EGZYSTOWAĆ?! JAK MAM SIĘ OGARNĄĆ?! JESTEM JEBANYM WAMPIREM! NIC Z TYM NIE ZROBIĘ! – ryknąłem. Wkurwiało mnie to do granic. Te ostatnie godziny spędziłem na rozszarpywaniu siebie od środka, na krzewieniu nienawiści do własnej egzystencji. Powtarzałem w głowie słowa Victorii, że jestem niedojrzały, że zachowuję się jak dzieciak, że powinienem się pogodzić z tym, kim się stałem.
Ale jak mógłbym?!
Jak mógłbym?!
JAK MÓGŁBYM?!
Nie potrafiłem. Coraz trudniej było mi się skupić nawet na prośbach Laurenta czy Victorii. Chciałem coś naprawić. Miałem przed sobą misje, którymi chciałem zadośćuczynić. Odkupić winy. Ale zamiast tego... Może to wszystko naprawdę nie było normalne? Może się pogubiłem? Ale przecież nic normalnego już mnie nie dotyczyło. Nie byłem normalny. Byłem... Bestią. A nie chciałem przecież nią być. Nie mogłem nią być.
Ale musiałem. Nie miałem innego wyjścia, oprócz...
Bałem się. Bałem się tak cholernie mocno, że aż czułem, jak krew zalewa mi mózg, jak rozlewa się po całej mojej głowie, paraliżując myśli. To też zapewne było fikcyjne uczucie. Nienawidziłem siebie tak bardzo, że... że nie da się tego zmierzyć. Chciałem... tak, naprawdę chciałem ratować ludzi. Przed takimi jak ja. Młodymi wampirami, którzy nie mieli żadnej kontroli, którzy gubili się w pragnieniu, którzy atakowali bez refleksji. Którzy pili i pili, i pili.
Nie mogłem tak egzystować. Ale nie mogłem też tej egzystencji sobie odebrać. I to było najgorsze. Impas. Zawieszenie między śmiercią a życiem, które wcale nie było życiem. Rozdzierało mnie od środka, rwało w pół. Było nieznośne. Uciążliwe. Bolało moją duszę, o ile ją miałem.
Może dlatego właśnie ta gorsza część mnie zaczęła się wyślizgiwać. Wymykać spod kontroli. Może próbowała ratować siebie? Może domagała się krwi? Albo... może próbowała mnie wesprzeć? Dać mi siłę? Bym poczuł się silnym? Potwornym, ale silnym?
Nie roztrząsałem tego. Nie miałem do tego głowy. Czułem, że coś się dzieje. Coś wielkiego. Jak wtedy... Tylko że teraz...
Traciłem ponownie nad tym kontrolę. Coś we mnie ryło się ku powierzchni. Coś, co chciało ujrzeć światło księżyca.
| Rzucam na Nocną Marę.
Nie zamierzałem zmieniać swojego nastawienia do niej. Zasłużyła sobie. Niezależnie od tego, co nią kierowało, to, co mi zrobiła, nie było dobre. To wcale nie była opieka. To była klatka. Troska podszyta przemocą. Zamykała mnie w niewoli jak dzikie zwierzę. Jakby to miało mnie uleczyć? Z czego? Z bycia krwiopijcą?!
Miałem wyimaginowane dreszcze po jej słowach. Fikcyjne, bo przecież moje trupie ciało nie reagowało jak żywe.
– A JAK MAM EGZYSTOWAĆ?! JAK MAM SIĘ OGARNĄĆ?! JESTEM JEBANYM WAMPIREM! NIC Z TYM NIE ZROBIĘ! – ryknąłem. Wkurwiało mnie to do granic. Te ostatnie godziny spędziłem na rozszarpywaniu siebie od środka, na krzewieniu nienawiści do własnej egzystencji. Powtarzałem w głowie słowa Victorii, że jestem niedojrzały, że zachowuję się jak dzieciak, że powinienem się pogodzić z tym, kim się stałem.
Ale jak mógłbym?!
Jak mógłbym?!
JAK MÓGŁBYM?!
Nie potrafiłem. Coraz trudniej było mi się skupić nawet na prośbach Laurenta czy Victorii. Chciałem coś naprawić. Miałem przed sobą misje, którymi chciałem zadośćuczynić. Odkupić winy. Ale zamiast tego... Może to wszystko naprawdę nie było normalne? Może się pogubiłem? Ale przecież nic normalnego już mnie nie dotyczyło. Nie byłem normalny. Byłem... Bestią. A nie chciałem przecież nią być. Nie mogłem nią być.
Ale musiałem. Nie miałem innego wyjścia, oprócz...
Bałem się. Bałem się tak cholernie mocno, że aż czułem, jak krew zalewa mi mózg, jak rozlewa się po całej mojej głowie, paraliżując myśli. To też zapewne było fikcyjne uczucie. Nienawidziłem siebie tak bardzo, że... że nie da się tego zmierzyć. Chciałem... tak, naprawdę chciałem ratować ludzi. Przed takimi jak ja. Młodymi wampirami, którzy nie mieli żadnej kontroli, którzy gubili się w pragnieniu, którzy atakowali bez refleksji. Którzy pili i pili, i pili.
Nie mogłem tak egzystować. Ale nie mogłem też tej egzystencji sobie odebrać. I to było najgorsze. Impas. Zawieszenie między śmiercią a życiem, które wcale nie było życiem. Rozdzierało mnie od środka, rwało w pół. Było nieznośne. Uciążliwe. Bolało moją duszę, o ile ją miałem.
Może dlatego właśnie ta gorsza część mnie zaczęła się wyślizgiwać. Wymykać spod kontroli. Może próbowała ratować siebie? Może domagała się krwi? Albo... może próbowała mnie wesprzeć? Dać mi siłę? Bym poczuł się silnym? Potwornym, ale silnym?
Nie roztrząsałem tego. Nie miałem do tego głowy. Czułem, że coś się dzieje. Coś wielkiego. Jak wtedy... Tylko że teraz...
Traciłem ponownie nad tym kontrolę. Coś we mnie ryło się ku powierzchni. Coś, co chciało ujrzeć światło księżyca.
| Rzucam na Nocną Marę.
Rzut Z 1d100 - 61
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 62
Sukces!
Sukces!