30.05.2025, 22:48 ✶
Zjawił się na wezwanie.
Nie mógł powstrzymać się od szukania wzrokiem Ambrosii, choć wiedział przecież, że jej tu nie znajdzie. Stał wsparty o stary sekretarzyk, blisko drzwi, za którymi kryło się przejście prowadzące do części mieszkalnej Ataraxii, jak i powód, dla którego jeszcze oddychał. Gdzie mogła teraz być?, zastanawiał się, obojętnie wpatrując się w stojącą na sekretarzyku kryształową kulę. Czy schroniła się u rodziny, u przyjaciół? Alexander przesuwał wzrokiem po tytułach książek zapełniających regały, szukając tych, które to on dla niej kupił. Tych, które nosiły na stronie tytułowej dedykacje skreślone jego ręką. Ta sama ręka dzierżyła teraz różdżkę. Ta sama ręka, która raniła, zabijała, i paliła, gotowa była choćby i teraz zanurzyć się w jej włosach, pachnących wonnym kadzidłem. Zakręciłby na palcu jedno z blond pasm okalających jej twarz, które wiecznie zakładała za uszy w nerwowym odruchu. Gdzie byłaś, Rosie?, zapytałby kiedyś, próbując pokryć zmartwienie troską. Teraz by nie zapytał, bo teraz się nie martwił. Prawdę mówiąc, niewiele teraz czuł. Czuł się brudny, czuł, jak pobolewa go rozcięte ramię, czuł, że zaczyna go drapać w gardle, jak gdyby wreszcie dopadł go dym, którego nawdychał się dzisiaj zdecydowanie za dużo... Ale czuł też spokój, jaki może czuć tylko człowiek, który nie ma już nic do stracenia. Nie martwił się, bo nie miał po co. Wszystko wydarzyło się dokładnie tak, jak powinno się wydarzyć.
Alexander zamrugał, jak gdyby próbował przeniknąć spojrzeniem mgłę wypełniającą wnętrze kryształowej kuli, oczyszczając umysł, zanim skupił całą swoją uwagę na Louvainie siedzącym na ulubionym krześle Ambrosii.
Wiem, że to może niczego nie zmienia w perspektywie przyszłości, wzruszał kiedyś ramionami, kiedy Rosie pytała go, dlaczego ignoruje swoje własne wróżby – dlaczego postępuje tak, jak gdyby nie był wcześniej w pełni świadom konsekwencji, dlaczego lekceważy znaki, pozwalając, aby jego działania pozostawały dziełem przypadku – dla Alexa to wszystko było szalenie proste, kiedy odpowiadał jej lekkim tonem: ale to zmienia wszystko dla mnie.
Teraz wiedział, że nie może nic zmienić. Teraz nie chciał nic zmieniać. Teraz po prostu patrzył.
Musiał jednak niespecjalnie być pod wrażeniem tego, co zobaczył – lub czego nie zobaczył – bo zdecydował się wreszcie zabrać głos.
– Zniszczyliśmy redakcję Proroka Codziennego – odezwał się Mulciber, przesuwając leniwie palcami po kryształowej powierzchni kuli. – Paru dziennikarzy gotowych było poprzeć sprawę, paru musieliśmy zabić dla przykładu. Na ścianach redakcji zostawiliśmy krwawe przypomnienie, jakimi wartościami powinni się kierować przy wydawaniu kolejnych nakładów gazety. Nawet gdy opublikują relację z ataku, łatwo będzie można ją wykorzystać do celów propagandowych i obrócić narrację na naszą korzyść – podsumował krótko. Przez jakiś czas działał potem w porozumieniu z Viperą i Vulturisem. Obaj znajdowali się w zasięgu jego wzroku, nie musiał więc nawet odwracać w ich stronę twarzy skrytej pod maską, nie napomknął o ataku, jakiego się dopuścili. Nie chciał zabierać młodym możliwości wykazania się przed wszystkimi. A może nie chciał przedłużać raportu. – Paliłem Pokątną. – Stos koło księgarni wciąż powinien płonąć, pomyślał, wspominając zwęglone ciało księgarza, którego na jego polecenie wywleczono na ulicę. W domu towarowym pojedynkował się z jakimś aurorem. Nie zdołał go jednak zidentyfikować. Zostawił poranionego funkcjonariusza za sobą, bo budynek już się walił. – Paliłem Horyzontalną. Nakładałem klątwy na domy w niemagicznej części Londynu. Zostawiłem za sobą parę naszych run na murach – rzucił, z wzrokiem utkwionym w żłobieniach pokrywających maskę, za którą krył się Louvain, jak gdyby wyobrażał sobie, że to w jego twarzy żłobi runiczne skaryfikacje – parę zaś wyryłem na ciałach tych, którzy polegli – dodał już spokojniej, zwalczając pokusę przetarcia przedramienia, piekącego pod pozostawionym przez Lestrange'a symbolem Hagalaz. – Jeżeli chodzi o kanały komunikacyjne, nie zdołałem przejąć żadnej korespondencji o strategicznym znaczeniu. Wspólnie patrolowaliśmy jednak ulice, aby zebrać jak najwięcej informacji na temat ocalałych: aurorów, brygadzistów, cywili. – Alexander skinął wyraźnie głową w stronę stojącej w pobliżu Scylli, dając znać, kogo należy wyróżnić za wykonanie zadania. – Tyle.
Na powrót utkwił wzrok w kryształowej kuli, niby to bez większego zainteresowania przysłuchując się raportom reszty zgromadzonych. Drgnął jednak, gdy Draconis przedstawił im kobietę, która zajęła miejsce tuż obok, w kącie. Przez chwilę po prostu przyglądał się jak rozstawia buteleczki z eliksirami: przypatrywał się jej dłoniom, próbował przeniknąć spojrzeniem prostą maskę, za którą skryła twarz. Zadraśnięte ramię wciąż bolało, a prowizoryczny zacisk, który wyczarował, zdążył się nieco obluzować: lewy rękaw szaty Mulcibera przesiąknięty był krwią. Tym razem jego własną, nie cudzą. Wiedział, że nie mógł w tym stanie ryzykować wizyty u uzdrowiciela, nie ufał zresztą żadnemu z nich, ale ona... Ona będzie w stanie mu pomóc. A może to on będzie w stanie pomóc jej, pomyślał, po czym zbył tę myśl, bo to jeszcze nie nadszedł jej czas. Jeszcze nie. Teraz nadszedł czas ciemności... Czy jak tam, kurwa, brzmiała ta przepowiednia, którą wypluł kiedyś przed obliczem Czarnego Pana.
Odłożył ostrożnie kryształową kulę, po czym odwrócił się plecami do reszty zgromadzonych, zajmując miejsce w zacisznym kącie u boku uzdrowicielki.
Nie mógł powstrzymać się od szukania wzrokiem Ambrosii, choć wiedział przecież, że jej tu nie znajdzie. Stał wsparty o stary sekretarzyk, blisko drzwi, za którymi kryło się przejście prowadzące do części mieszkalnej Ataraxii, jak i powód, dla którego jeszcze oddychał. Gdzie mogła teraz być?, zastanawiał się, obojętnie wpatrując się w stojącą na sekretarzyku kryształową kulę. Czy schroniła się u rodziny, u przyjaciół? Alexander przesuwał wzrokiem po tytułach książek zapełniających regały, szukając tych, które to on dla niej kupił. Tych, które nosiły na stronie tytułowej dedykacje skreślone jego ręką. Ta sama ręka dzierżyła teraz różdżkę. Ta sama ręka, która raniła, zabijała, i paliła, gotowa była choćby i teraz zanurzyć się w jej włosach, pachnących wonnym kadzidłem. Zakręciłby na palcu jedno z blond pasm okalających jej twarz, które wiecznie zakładała za uszy w nerwowym odruchu. Gdzie byłaś, Rosie?, zapytałby kiedyś, próbując pokryć zmartwienie troską. Teraz by nie zapytał, bo teraz się nie martwił. Prawdę mówiąc, niewiele teraz czuł. Czuł się brudny, czuł, jak pobolewa go rozcięte ramię, czuł, że zaczyna go drapać w gardle, jak gdyby wreszcie dopadł go dym, którego nawdychał się dzisiaj zdecydowanie za dużo... Ale czuł też spokój, jaki może czuć tylko człowiek, który nie ma już nic do stracenia. Nie martwił się, bo nie miał po co. Wszystko wydarzyło się dokładnie tak, jak powinno się wydarzyć.
Alexander zamrugał, jak gdyby próbował przeniknąć spojrzeniem mgłę wypełniającą wnętrze kryształowej kuli, oczyszczając umysł, zanim skupił całą swoją uwagę na Louvainie siedzącym na ulubionym krześle Ambrosii.
// Rzucam na statystykę percepcja ◉◉◉◉○, korzystając z przewagi Wykaz intencji (jasnowidzenie), skupiam się na przewidzeniu przyszłości Louvaina.
Rzut PO 1d100 - 30
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Wiem, że to może niczego nie zmienia w perspektywie przyszłości, wzruszał kiedyś ramionami, kiedy Rosie pytała go, dlaczego ignoruje swoje własne wróżby – dlaczego postępuje tak, jak gdyby nie był wcześniej w pełni świadom konsekwencji, dlaczego lekceważy znaki, pozwalając, aby jego działania pozostawały dziełem przypadku – dla Alexa to wszystko było szalenie proste, kiedy odpowiadał jej lekkim tonem: ale to zmienia wszystko dla mnie.
Teraz wiedział, że nie może nic zmienić. Teraz nie chciał nic zmieniać. Teraz po prostu patrzył.
Musiał jednak niespecjalnie być pod wrażeniem tego, co zobaczył – lub czego nie zobaczył – bo zdecydował się wreszcie zabrać głos.
– Zniszczyliśmy redakcję Proroka Codziennego – odezwał się Mulciber, przesuwając leniwie palcami po kryształowej powierzchni kuli. – Paru dziennikarzy gotowych było poprzeć sprawę, paru musieliśmy zabić dla przykładu. Na ścianach redakcji zostawiliśmy krwawe przypomnienie, jakimi wartościami powinni się kierować przy wydawaniu kolejnych nakładów gazety. Nawet gdy opublikują relację z ataku, łatwo będzie można ją wykorzystać do celów propagandowych i obrócić narrację na naszą korzyść – podsumował krótko. Przez jakiś czas działał potem w porozumieniu z Viperą i Vulturisem. Obaj znajdowali się w zasięgu jego wzroku, nie musiał więc nawet odwracać w ich stronę twarzy skrytej pod maską, nie napomknął o ataku, jakiego się dopuścili. Nie chciał zabierać młodym możliwości wykazania się przed wszystkimi. A może nie chciał przedłużać raportu. – Paliłem Pokątną. – Stos koło księgarni wciąż powinien płonąć, pomyślał, wspominając zwęglone ciało księgarza, którego na jego polecenie wywleczono na ulicę. W domu towarowym pojedynkował się z jakimś aurorem. Nie zdołał go jednak zidentyfikować. Zostawił poranionego funkcjonariusza za sobą, bo budynek już się walił. – Paliłem Horyzontalną. Nakładałem klątwy na domy w niemagicznej części Londynu. Zostawiłem za sobą parę naszych run na murach – rzucił, z wzrokiem utkwionym w żłobieniach pokrywających maskę, za którą krył się Louvain, jak gdyby wyobrażał sobie, że to w jego twarzy żłobi runiczne skaryfikacje – parę zaś wyryłem na ciałach tych, którzy polegli – dodał już spokojniej, zwalczając pokusę przetarcia przedramienia, piekącego pod pozostawionym przez Lestrange'a symbolem Hagalaz. – Jeżeli chodzi o kanały komunikacyjne, nie zdołałem przejąć żadnej korespondencji o strategicznym znaczeniu. Wspólnie patrolowaliśmy jednak ulice, aby zebrać jak najwięcej informacji na temat ocalałych: aurorów, brygadzistów, cywili. – Alexander skinął wyraźnie głową w stronę stojącej w pobliżu Scylli, dając znać, kogo należy wyróżnić za wykonanie zadania. – Tyle.
Na powrót utkwił wzrok w kryształowej kuli, niby to bez większego zainteresowania przysłuchując się raportom reszty zgromadzonych. Drgnął jednak, gdy Draconis przedstawił im kobietę, która zajęła miejsce tuż obok, w kącie. Przez chwilę po prostu przyglądał się jak rozstawia buteleczki z eliksirami: przypatrywał się jej dłoniom, próbował przeniknąć spojrzeniem prostą maskę, za którą skryła twarz. Zadraśnięte ramię wciąż bolało, a prowizoryczny zacisk, który wyczarował, zdążył się nieco obluzować: lewy rękaw szaty Mulcibera przesiąknięty był krwią. Tym razem jego własną, nie cudzą. Wiedział, że nie mógł w tym stanie ryzykować wizyty u uzdrowiciela, nie ufał zresztą żadnemu z nich, ale ona... Ona będzie w stanie mu pomóc. A może to on będzie w stanie pomóc jej, pomyślał, po czym zbył tę myśl, bo to jeszcze nie nadszedł jej czas. Jeszcze nie. Teraz nadszedł czas ciemności... Czy jak tam, kurwa, brzmiała ta przepowiednia, którą wypluł kiedyś przed obliczem Czarnego Pana.
Odłożył ostrożnie kryształową kulę, po czym odwrócił się plecami do reszty zgromadzonych, zajmując miejsce w zacisznym kącie u boku uzdrowicielki.
Postać opuszcza sesję
Sesja w Proroku i ze Scyllą jeszcze trwają, ale ja bardzo potrzebuję nieobki, więc przepraszam, jeżeli coś się nie będzie pokrywać, potem poprawię.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat