30.05.2025, 23:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.05.2025, 23:37 przez Umbriel Degenhardt.)
Tak, za moment potwory wrócą do swoich nor – jeden z największych wróci na Ścieżki i zniknie w głębokim mroku Nokturnu, grać na tym przeklętym fortepianie i wprawiać w drganie sklepienie podtrzymywane już chyba tylko przez nadzieję na ciekawsze zakończenie, niż bycie zgniecionym przez stertę gruzu.
Ale teraz był tutaj.
Kiedyś miał jakieś życie poza tą całą maskaradą. Miał siostrę i brata. Miał żonę. Mam karierę, której mu zazdroszczono. Dzisiaj – stał tu w grupie szaleńców, którzy najwyraźniej próbowali zabić księżyc – stracił wszystko. Nie było już dla Umbriela Degenhardta wyroku innego niż pocałunek Dementora. Okrutny, chłodny, odbierający wszystko… wszystko? Musiałby chyba mieć cokolwiek, co jeszcze wywoływało w nim jakiekolwiek ciepło. Te iskry powoli przygasały. Żar serca nie rozpalał go już wcale, nie czuł tego napięcia rozchodzącego się po odrętwiałym ciele, kiedy czynił rzeczy niegodziwe.
Inni to czuli.
Nuty zapisywane na poplamionym krwią papierze przerażały na wskroś.
– Wydaje mi się – powiedział dosyć swobodnie, szczególnie mając na uwadze to, że jako jedyny w tej gromadzie nie miał na sobie maski. Jedynym, co czyniło go pasującym do reszty była czarna jak smoła peleryna, którą otulił się szczelnie, kiepsko radząc sobie z tak nagłą zmianą temperatury. Przed chwilą z nieba lał się ogień, a teraz marzł w sklepie Ambrosii, próbując nie myśleć o Otto. – Wydaje mi się, że napisałem dzisiaj w głowie jedną z lepszych kompozycji, tylko będzie trzeba ją dopracować. Ależ to było irytujące – to wszystko co kazano mu zrobić, to wszystko co zrobił gasząc w sobie ostatnie podrygi dobra – ale wydaje mi się, że to to. To co chciałem napisać. – Piosenka o niczym. O pustce tak wielkiej, że odbiera człowiekowi wszystko.
Nawet tę nadzieję, że nie zawali się to cholerne sklepienie.
Niech na niego runie. To nie on zostanie zniszczony.
– Chcesz ją usłyszeć? – Nie uśmiechnął się przy tym nawet minimalnie. Wyglądał, jakby cholernie chciał iść do domu, ale przecież Degenhardt spędzał godziny niewypełnione knuciem w imieniu Voldemorta na rzucaniu gumową piłeczką w pękającą ścianę.
Zagwizdał.
Był to prawdopodobnie największy paździerz, jaki mógł ponieść się po tym pomieszczeniu. Nie aż tak zły, żeby popękały szyby, ale do doskonałości, na którą się liczyło, brakowało mu sporo.
– Jak będziesz brał ślub… wiesz do kogo wysłać… nie wiem kurwa, nietoperza?
Ale teraz był tutaj.
Kiedyś miał jakieś życie poza tą całą maskaradą. Miał siostrę i brata. Miał żonę. Mam karierę, której mu zazdroszczono. Dzisiaj – stał tu w grupie szaleńców, którzy najwyraźniej próbowali zabić księżyc – stracił wszystko. Nie było już dla Umbriela Degenhardta wyroku innego niż pocałunek Dementora. Okrutny, chłodny, odbierający wszystko… wszystko? Musiałby chyba mieć cokolwiek, co jeszcze wywoływało w nim jakiekolwiek ciepło. Te iskry powoli przygasały. Żar serca nie rozpalał go już wcale, nie czuł tego napięcia rozchodzącego się po odrętwiałym ciele, kiedy czynił rzeczy niegodziwe.
Inni to czuli.
Nuty zapisywane na poplamionym krwią papierze przerażały na wskroś.
– Wydaje mi się – powiedział dosyć swobodnie, szczególnie mając na uwadze to, że jako jedyny w tej gromadzie nie miał na sobie maski. Jedynym, co czyniło go pasującym do reszty była czarna jak smoła peleryna, którą otulił się szczelnie, kiepsko radząc sobie z tak nagłą zmianą temperatury. Przed chwilą z nieba lał się ogień, a teraz marzł w sklepie Ambrosii, próbując nie myśleć o Otto. – Wydaje mi się, że napisałem dzisiaj w głowie jedną z lepszych kompozycji, tylko będzie trzeba ją dopracować. Ależ to było irytujące – to wszystko co kazano mu zrobić, to wszystko co zrobił gasząc w sobie ostatnie podrygi dobra – ale wydaje mi się, że to to. To co chciałem napisać. – Piosenka o niczym. O pustce tak wielkiej, że odbiera człowiekowi wszystko.
Nawet tę nadzieję, że nie zawali się to cholerne sklepienie.
Niech na niego runie. To nie on zostanie zniszczony.
– Chcesz ją usłyszeć? – Nie uśmiechnął się przy tym nawet minimalnie. Wyglądał, jakby cholernie chciał iść do domu, ale przecież Degenhardt spędzał godziny niewypełnione knuciem w imieniu Voldemorta na rzucaniu gumową piłeczką w pękającą ścianę.
Zagwizdał.
Rzut PO 1d100 - 21
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Był to prawdopodobnie największy paździerz, jaki mógł ponieść się po tym pomieszczeniu. Nie aż tak zły, żeby popękały szyby, ale do doskonałości, na którą się liczyło, brakowało mu sporo.
– Jak będziesz brał ślub… wiesz do kogo wysłać… nie wiem kurwa, nietoperza?
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me