Żadna noc w Londynie nigdy nie była tak przerażająca, jak podczas tego pożaru, kiedy ogień pochłaniał wszystko wokół, a płomienie nie miały zamiaru odpuścić nawet na chwilę.
Jego obowiązki, jako szefa biura koronera w Ministerstwie Magii nie zwalniały go od konieczności reagowania na nagłe kryzysy, a te, które nadeszły tej nocy, przekraczały wszystko, co do tej pory znał, wszystko działo się jak w przyspieszonym tempie, a Cornelius, mimo że miał już za sobą długie lata doświadczeń, czuł, że ta noc go przerasta. Mimo to, jego umysł pozostawał skupiony na jednym, na tym, żeby zrobić wszystko, co w jego mocy, aby ratować tych, którzy jeszcze mogli być uratowani, i by zachować choć odrobinę porządku w zamieszaniu, pilnować struktur tam, gdzie mógł to robić, pośród jego ludzi, którzy wyszli w teren. We własnej głowie przeliczał, co musi zrobić, ile jeszcze może zrobić, by uratować chociaż tego metaforycznego jednego człowieka z piekła, które ogarnęło Londyn.
Cornelius nie wiedział, ile dokładnie czasu minęło, odkąd rzucił ostatnie rozkazy, zanim sam, jak idiota, jak stary idiota, który nie zna już swojego miejsca, ale zadeklarował wzięcie na siebie akcji terenowych, żeby nie robiła tego druga koroner, wyszedł na ulice, do tego piekła, w którym zdolność racjonalnej oceny sytuacji była bezużyteczna, ponieważ okoliczności zmieniały się, jak w kalejdoskopie, ale jednocześnie była jedyną rzeczą, która powstrzymywała Londyn przed całkowitym zawaleniem się w sobie, bo tylko trzeźwy osąd mógł pomóc opanować sytuację. Ogień nie był zwyczajny, nie był nawet magicznie wzniecony w tym klasycznym sensie, jako wynik nieudanego zaklęcia, o nie, on miał w sobie coś z klątwy, coś z plugawej, mrocznej mocy. To musiało być działanie z premedytacją, atak ze strony popleczników Voldemorta, gorszy od wszystkiego, co widzieli do tej pory, a widzieli już naprawdę wiele, przez lata spędzone pośród różnych obliczy zniszczenia i śmierci, głównie celowo zaplanowanych...
Prudence, mimo wszystko, zignorowała wszelkie zalecenia Corneliusa i ruszyła za nim, choć nie prosił o to, nawet nie rekomendował, by opuszczała bezpieczne miejsce. Widział, jak z determinacją podążała za nim, kiedy razem wychodzili na zewnątrz, gdzie nocne niebo zostało przytłoczone ogromem ognia i dymu, szanował ją za to, że tym razem była wyjątkowo zdeterminowana i nie odlatywała myślami. Na ulicy, wśród chaosu, udało im się znaleźć kolegę, którego z pomocą wyciągnęli ze zgliszczy. Mężczyzna był ranny, pokryty pyłem i popiołem, jego ubranie zostało spalone, a twarz osmolona w taki sposób, iż nie trzeba było być na miejscu zdarzenia, żeby wiedzieć, że dostał ognistą klątwą, ale nie miał tyle szczęścia, co Lestrange, jego stan był bardzo niestabilny, ich współpracownik został ogłuszony i pozostał w płonącym budynku, którego strop zawalił mu się na głowę. Kolega był młody, kiedyś pełen werwy i energii. Teraz jego twarz była pokryta oparzeniami, a oddech słaby i nierówny, sugerując, że każdy oddech mógł być ostatni, ale ze względu na wiek i silne ciało, miał jeszcze szanse przeżycia, dlatego znaleźli się z nim w szpitalu, ciągnąc go przez pół miasta. Potrzebował natychmiastowej interwencji specjalisty znającego się na urazach pozaklęciowych, żeby przeżyć, w tym wypadku, Lestrange zamierzał mu to zapewnić, korzystając z przywileju machania odznaką Ministerstwa i torowania sobie drogi w budynku, nawet jeśli, co poniektórzy, pewnie uznaliby to za nadużywanie władzy. Miał to gdzieś, nie mógł przejmować się wszystkimi, a członkowie ekipy ratunkowych zasługiwali na pierwszeństwo przed cywilami, w końcu to oni narażali życie dla dobra tych drugich.
Lestrange wiedział, że nie wyglądał jak on, kiedy wszedł do szpitala, jego wygląd był zupełnie odmienny od tego, kim był na co dzień. Włosy, które zwykle były starannie uczesane, teraz były nadpalone i zwichrzone, kiedyś były ciemne, teraz przybrały siwy odcień popiołu, a twarz pokryła mu warstwa pyłu i smolistego brudu. Miał pobrudzone, poniszczone ubrania służbowe i płaszcz, który nadawał się do wyrzucenia, ale tym konkretnym razem nie przejmował się takimi detalami, to nie było najgorsze, w głowie powtarzał sobie, że musi być silny, bo ludzie na niego patrzyli, to od niego zależała część decyzji i zarazem życie tych podwładnych, którzy jeszcze nie stracili nadziei, tylko działali w walce z żywiołem. Trzymał się sztywno, pomimo dźwigania ciężaru ciała kolegi, bo lewitacja nie wchodziła w grę, nie przy tym tłoku, jaki panował w szpitalu świętego Munga.
Udało im się zwrócić uwagę kobiety, którą Corio znał z dawnych lat, Mirandy z urazów pozaklęciowych, która miała kiedyś inne nazwisko na identyfikatorze, a jej włosy nie były siwe, ale spojrzenie nie zmieniło się wcale, nadal było czujne i ostre. Napotkała jego wzrok tylko na ułamek sekundy, wystarczająco długo, by zrozumieć wszystko, zaraz potem pociągnęła ich wspólnego przyjaciela w głąb skrzydła, krzycząc coś do stojących przy kontuarze praktykantów. Nie zatrzymała się, nie próbowała z nimi rozmawiać, to było dobre i złe, świadczyło o chaosie, jaki panował na korytarzach szpitala, bo już nikt nie zbierał wywiadu.
Po oddaniu kolegi pod opiekę uzdrowicielki, która szybko zajęła się urazami i próbowała ocalić mu życie, mogli odetchnąć, lecz ta chwila spokoju trwała krótko, bo nagle, bez ostrzeżenia, cała scena wybuchła kolejnym zamieszaniem, a Cornelius i jego podwładna znaleźli się w epicentrum kolejnego chaosu. Lestrange, odkąd opuścili Ministerstwo, starał się nie zgubić Prudence, ale w momencie, gdy na korytarz wlał się tłum ludzi, z tego, co rozumiał z głośnych komentarzy, wyciągniętych z walącego się budynku targu, Bletchley zupełnie zniknęła mu z oczu.