Czy naprawdę sądził, że Prue teraz odnajdzie w sobie kolejne pokłady cierpliwości, podejdzie do niego, wyciągnie w kierunku mężczyzny paczkę fajek i zapyta, czy ma ochotę na papierosa? Po tym, jak się zachowywał? Dobre sobie. Bletchley poczuła się urażona tymi oskarżeniami, zarzucał jej, że chciała go zabić... Fantastycznie. Gdyby faktycznie miała zamiar ukatrupić Romulusa to nie stałby teraz przed nią. Zrobiłaby to precyzyjnie, uderzyła tam gdzie trzeba, i zdecydowanie powinien sobie zdawać z tego sprawę.
- Stuprocentową. - Odparła bez nawet chwili zawahania, bardzo pewnym tonem głosu. Była przecież uzdrowicielem, potrafiła ocenić, gdzie może, a gdzie nie może uderzyć i jakie przyniesie to konsekwencje. Nie zamierzała zrobić mu drastycznej krzywdy, po prostu wbiła mu patyk w obojczyk, nie celowała w narządy, których uszkodzenie mogłyby spowodować, że tutaj zejdzie, że się więcej nie obudzi. - Pomyśl Potter, gdybym tylko chciała Cię zabić, to Twoje ciało właśnie zaczynałoby tracić ciepło, już dawno byś nie oddychał. - Najwyraźniej nie był w stanie stwierdzić takiego prostego faktu. Zrobił z siebie ofiarę, wspaniale, naprawdę tylko tego potrzebowała. Zachowywał się jak rozkapryszony gówniarz, zresztą w jego przypadku to nie było nic nowego. Niewiele się zmieniło od czasu, kiedy wspólnie uczyli się w Hogwarcie.
Nie powinna mieć co do jego osoby zbyt wielkich oczekiwań, od samego początku jego obecność wydawała się jej bardziej szkodzić niż pomagać. W sumie wyczarował te śmieszne literki, które teraz wirowały wokół jej ciała, nie wiedziała, co chciał w ten sposób osiągnąć, nie była bowiem w stanie złożyć ich w całość, ale skutecznie odwracały uwagę kobiety od jego osoby. Tak ślicznie mieniły się w ciemności. Szkoda, że nie mogła ich dotknąć.
- Nie, po prostu tak reaguje na Twoją obecność. - Nie znosiła go, wzbudzał w niej wszystko to, co najgorsze, a dzisiaj doprowadził ją do granicy, chociaż zaczęła już ją przekraczać. Potter się o to prosił. Spędzili tutaj przecież cały dzień, nie mieli jedzenia, nie była najlepszą wersją siebie. Ktoś robił sobie z nich żarty, znaleźli się w tych dziwnych snach? To chyba nie były sny, za bardzo realnie wszystko wyglądało.
Nie wydawało jej się to teraz szczególnie ważne. Noc nieco zmieniła jej podejście, kiedy nie musiała spoglądać na Romulusa, rozmawiać z nim było jej całkiem przyjemnie i lekko, nogi zrobiły jej się miękkie, obraz zaczął się delikatnie rozmywać, nie był ostry, chyba zaczynało jej się podobać w tym lesie, a może dopiero zaczęła doceniać jego urok? Kij ją wiedział, potrzebowała czasu, aby to zauważyć, a może tych śmiesznych papierosów? Nie mogła jednak wiedzieć, że to one miały w tym przypadku moc sprawczą.
- Miłego przepoczwarzania, chociaż nie sądzę, żeby z tego Twojego kokonu wyszło coś więcej niż robal. - Nie było sensu ciągnąć tej dyskusji, nie prowadziła ona do niczego dobrego. Właściwie szkoda, że doszło do niej dopiero teraz, bo bez niego pewnie wcześniej zaczęłaby doceniać to, co miał do zaoferowania las.
Na tym skupiła się w tej chwili. Skoro Romulus znalazł sobie swoją własną przestrzeń, postanowiła zrobić to samo. Oparła się o jeden z pni drzew i przy nim przycupnęła. Uniosła głowę w stronę nieba, i wpatrywała się w gwiazdy. Ignorowała wszystko to, co działo się wokół. Po co miałaby zwracać uwagę na cokolwiek innego, skoro nieboskłon był tak piękny. Rozmarzyła się zupełnie.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control