31.05.2025, 21:34 ✶
— Powiedzmy, że cię wierzę — stwierdził ulegle Erik, rozglądając się jednak wymownie po wnętrzu lokalu. — Nawet jeśli zazwyczaj o tej porze pracowałabyś raczej nad listą wypieków na następny dzień lub obsługiwała klientów zza kasy, zamiast... Robić za szpital polowy. Albo przechowalnię lokalnej społeczności.
Ugh, może lepiej było siedzieć cicho? Pożar na taką skalę i tak musiał ją mocno wystraszyć. Kto wie, może od początku tego koszmaru Nora próbowała zbudować sobie jakikolwiek azyl w swojej własnej głowie, żeby jakoś przejść do porządku dziennego z tym co się działo na zewnątrz. A on teraz to bezczelnie próbował zburzyć, sprowadzając ją brutalnie na ziemię. Ugh, po prostu świetnie.
— Nie za wiele. W Dolinie Godryka pojawiło się parę pożarów, ale nie wiem jak rozwinęła się sytuacja — przyznał zgodnie z prawdą. — Kiedy zauważyłem, że coś jest nie tak poszedłem sprawdzić, co się dzieje u naszych wspólnych znajomych. Na szczęście na ich dom nie padło, ale wolałem sprawdzić ich drugą chatę w Manchesterze. Tam nic nie zauważyłem, więc od razu teleportowałem się do Londynu.
Może to był błąd? Może trzeba było wrócić do wioski, zachodził w głowę, starając się nie panikować bardziej niż to konieczne. Sytuacja w Dolinie wydawała się dużo lepsza niż w Londynie, ale przecież wszystko mogło się od tamtej pory zmienić, prawda? Z drugiej strony, rezydencja Longbottomów została stworzona właśnie po to, aby móc przetrwać takie kryzysy. Nie zdziwiłby się, jakby reszta familii teraz zbierała sąsiadów w salonie, próbując im pomóc, jak tylko są w stanie.
— Nie powinno? — powtórzył z krzywą miną, krzyżując ręce na piersi. — Bo szczerze mówiąc już teraz czuję, że sprawa jest przegrana. A jeszcze nawet nie znam za dobrze sytuacji. To się znowu dzieje. Tak jak na Beltane. Znowu reagujemy na zagrożenie, zamiast jakoś mu zapobiec. I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o jakiekolwiek działania Brygady Uderzeniowej i Ministerstwa Magii.
Może skrycia lubił być uciskany? Może lubił nosić ciężar czyichś trosk i problemów na swoich barkach? Może lubił te momenty, gdy ktoś wymuszał na nim konfrontację z otaczającą go przykrą rzeczywistością. A może tego wszystkiego było dla niego za dużo, nawet jeśli był jednym z bardziej uzdolnionych pracowników Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Przy Beltane przynajmniej mieli jakiś plan. Karkołomny i taki, który koniec końców nie do końca się sprawdził, ale przynajmniej jakiś. A teraz?
Nie miał pojęcia, gdzie była reszta bojówki Zakonu Feniksa. Równie dobrze mogli być teraz wszyscy rozsiani po całym kraju, mniej lub bardziej świadomi sytuacji w stolicy. Nie miał bladego pojęcia, co się działo z siłami porządkowymi Ministerstwa Magii. Czy główna kwatera magicznego rządu też się zmagała z tymi samymi problemami co magiczne dzielnice? Czy tam też wybuchł pożar, który uniemożliwił pracownikom opuszczenie podziemnych sali? Działali z tak wieloma niewiadomymi... Może zbyt wieloma.
— A więc... Wszystko pod okna, żeby zwolnić jak najwięcej miejsca w centrum? — upewnił się Longbottom, kiwając jedynie głową na wzmiankę o Brennie. Szukanie jej w tym chaosie byłoby czystym samobójstwem, a próba przesłania jakiejkolwiek wiadomości: mało efektywna. Musiał poczekać aż sama się tutaj zjawi. Albo przyjdzie tu ktoś, kto wiedział, gdzie jest.
Trzeba było uczyć się Fal na szkoleniach do Brygady Uderzeniowej, skomentował bezgłośnie Erik, chwytając za krawędzie pobliskiego stołu, próbując oszacować jego ciężar. Wprawdzie zawsze mógł się wspomóc magią, ale zwykły stolik raczej nie powinien stanowić dla niego problemu, prawda? Fale, magiczne bariery chroniące myśli, dbanie o tężyznę fizyczną, wiedzę o świecie, a przy okazji jeszcze dobrze panować nad głównymi dziedzinami magii. Musiałby być człowiekiem orkiestrą, żeby to wszystko ogarnąć. A co cyrku Bellów to nie należał.
Ugh, może lepiej było siedzieć cicho? Pożar na taką skalę i tak musiał ją mocno wystraszyć. Kto wie, może od początku tego koszmaru Nora próbowała zbudować sobie jakikolwiek azyl w swojej własnej głowie, żeby jakoś przejść do porządku dziennego z tym co się działo na zewnątrz. A on teraz to bezczelnie próbował zburzyć, sprowadzając ją brutalnie na ziemię. Ugh, po prostu świetnie.
— Nie za wiele. W Dolinie Godryka pojawiło się parę pożarów, ale nie wiem jak rozwinęła się sytuacja — przyznał zgodnie z prawdą. — Kiedy zauważyłem, że coś jest nie tak poszedłem sprawdzić, co się dzieje u naszych wspólnych znajomych. Na szczęście na ich dom nie padło, ale wolałem sprawdzić ich drugą chatę w Manchesterze. Tam nic nie zauważyłem, więc od razu teleportowałem się do Londynu.
Może to był błąd? Może trzeba było wrócić do wioski, zachodził w głowę, starając się nie panikować bardziej niż to konieczne. Sytuacja w Dolinie wydawała się dużo lepsza niż w Londynie, ale przecież wszystko mogło się od tamtej pory zmienić, prawda? Z drugiej strony, rezydencja Longbottomów została stworzona właśnie po to, aby móc przetrwać takie kryzysy. Nie zdziwiłby się, jakby reszta familii teraz zbierała sąsiadów w salonie, próbując im pomóc, jak tylko są w stanie.
— Nie powinno? — powtórzył z krzywą miną, krzyżując ręce na piersi. — Bo szczerze mówiąc już teraz czuję, że sprawa jest przegrana. A jeszcze nawet nie znam za dobrze sytuacji. To się znowu dzieje. Tak jak na Beltane. Znowu reagujemy na zagrożenie, zamiast jakoś mu zapobiec. I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o jakiekolwiek działania Brygady Uderzeniowej i Ministerstwa Magii.
Może skrycia lubił być uciskany? Może lubił nosić ciężar czyichś trosk i problemów na swoich barkach? Może lubił te momenty, gdy ktoś wymuszał na nim konfrontację z otaczającą go przykrą rzeczywistością. A może tego wszystkiego było dla niego za dużo, nawet jeśli był jednym z bardziej uzdolnionych pracowników Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Przy Beltane przynajmniej mieli jakiś plan. Karkołomny i taki, który koniec końców nie do końca się sprawdził, ale przynajmniej jakiś. A teraz?
Nie miał pojęcia, gdzie była reszta bojówki Zakonu Feniksa. Równie dobrze mogli być teraz wszyscy rozsiani po całym kraju, mniej lub bardziej świadomi sytuacji w stolicy. Nie miał bladego pojęcia, co się działo z siłami porządkowymi Ministerstwa Magii. Czy główna kwatera magicznego rządu też się zmagała z tymi samymi problemami co magiczne dzielnice? Czy tam też wybuchł pożar, który uniemożliwił pracownikom opuszczenie podziemnych sali? Działali z tak wieloma niewiadomymi... Może zbyt wieloma.
— A więc... Wszystko pod okna, żeby zwolnić jak najwięcej miejsca w centrum? — upewnił się Longbottom, kiwając jedynie głową na wzmiankę o Brennie. Szukanie jej w tym chaosie byłoby czystym samobójstwem, a próba przesłania jakiejkolwiek wiadomości: mało efektywna. Musiał poczekać aż sama się tutaj zjawi. Albo przyjdzie tu ktoś, kto wiedział, gdzie jest.
Trzeba było uczyć się Fal na szkoleniach do Brygady Uderzeniowej, skomentował bezgłośnie Erik, chwytając za krawędzie pobliskiego stołu, próbując oszacować jego ciężar. Wprawdzie zawsze mógł się wspomóc magią, ale zwykły stolik raczej nie powinien stanowić dla niego problemu, prawda? Fale, magiczne bariery chroniące myśli, dbanie o tężyznę fizyczną, wiedzę o świecie, a przy okazji jeszcze dobrze panować nad głównymi dziedzinami magii. Musiałby być człowiekiem orkiestrą, żeby to wszystko ogarnąć. A co cyrku Bellów to nie należał.
(Aktywność Fizyczna) Jak dobrze Erik przestawia stoły? x1
Rzut W 1d100 - 38
Sukces!
Sukces!
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞