01.06.2025, 16:25 ✶
Nie nazwałby swoich działań pasmem niezaprzeczalnych sukcesów. Mimo usilnych prób przekucia swoich działań w formę najwyższej sztuki Umbriel pozostawał sobą – marnym, paskudnym sobą, który wciąż pracował na wyniesienie swoich zasług dla świata ponad to, co ludzkie i osiągalne.
Pierwszy kominek pękł, ale to pęknięcie nie było czymś, czego dobry rzemieślnik nie załata.
Drugi, faktycznie – runął jak domek z kart, niszcząc jeden z elementów sieci.
Trzeci – nie pękł wcale. Ręka pianisty zadrżała, może ten staruszek, może pewne niedopracowanie jeżeli chodziło o stosowane techniki...
Prawdziwie dobijającym było jednak zaklęcie numer cztery. Uroki zaliczyłby do grona swoich specjalności, omsknięcie się w tej inkantacji uważał za wyjątkową słabość i nadwyrężenie danych Louvainowi obietnic. Pokraczne ruchy jegomościa, który faktycznie próbował zadusić czyjegoś ptaka, rozpaczliwie przypominały mu, że to za mało. Pragnął więcej – przekroczenia granicy własnych oczekiwań. Doskonałości, pionierstwa... wybitności w sianiu chaosu.
– Yes, sir – zwrócił się do Lestrange'a, słysząc informację o zbliżającym się zebraniu. Prawdę mówiąc, w pierwszej chwili jego odruchem była próba wymigania się od wzięcia udziału w zbiorowisku osób niespełna rozumu, ale po zagłębieniu się w to bardziej – niech będzie? Bo cóż innego mu zostało, jeżeli nie wsiąknięcie w to głębiej?
Nie miał poza tymi strukturami żadnego życia.
A Louvain był... imponujący. Nie pomylił się w tych zaklęciach ani razu, kiedy młodziutka Bellatrix poległa – uszu Degenhardta sięgnął dźwięk – głośny trzask szkła. Pokręcił głową, uderzył ramieniem w drzwi znajdujące się najbliżej niego i rzucił kolejne zaklęcie mające rozsadzić ciśnieniem kominek podłączony do Sieci Fiuu.
Muzyk wiedział, że zbliżały się do nich służby i nie mogli zostać tutaj długo, jeżeli płomienie wzniecone przez zaklęty popiół nie rozpoczną przemieniania Magicznych Dzielnic w obiecaną przez Voldemorta ruinę znanego im wcześniej świata. Skierował więc swoje kroki ku pannie Black, zamierzając pomóc dziewczynie w czymkolwiek co napotkało ją po drodze.
– Młodzi ludzie potrafią być tak zaangażowani... – powtarzał to w myślach, to na głos, pogwizdując i pozornie nie spiesząc się, aby do niej dołączyć. Pozornie – bo to nie był czas na głupie decyzje. Ale nie mógł biec i pokazywać po sobie strachu – bo to wszystko to była gra! Gra pozorów! Widział przerażenie, jakie powoduje widok jego własnej twarzy, zestawiony z obecnością na Pokątnej. Mieli go za bezczelnego i mieli rację! – I tak charakterni! – Przypominała mu Lorien, ale... Lorien znajdowała się w jego sercu w zupełnie innej lidze.
Pierwszy kominek pękł, ale to pęknięcie nie było czymś, czego dobry rzemieślnik nie załata.
Drugi, faktycznie – runął jak domek z kart, niszcząc jeden z elementów sieci.
Trzeci – nie pękł wcale. Ręka pianisty zadrżała, może ten staruszek, może pewne niedopracowanie jeżeli chodziło o stosowane techniki...
Prawdziwie dobijającym było jednak zaklęcie numer cztery. Uroki zaliczyłby do grona swoich specjalności, omsknięcie się w tej inkantacji uważał za wyjątkową słabość i nadwyrężenie danych Louvainowi obietnic. Pokraczne ruchy jegomościa, który faktycznie próbował zadusić czyjegoś ptaka, rozpaczliwie przypominały mu, że to za mało. Pragnął więcej – przekroczenia granicy własnych oczekiwań. Doskonałości, pionierstwa... wybitności w sianiu chaosu.
– Yes, sir – zwrócił się do Lestrange'a, słysząc informację o zbliżającym się zebraniu. Prawdę mówiąc, w pierwszej chwili jego odruchem była próba wymigania się od wzięcia udziału w zbiorowisku osób niespełna rozumu, ale po zagłębieniu się w to bardziej – niech będzie? Bo cóż innego mu zostało, jeżeli nie wsiąknięcie w to głębiej?
Nie miał poza tymi strukturami żadnego życia.
A Louvain był... imponujący. Nie pomylił się w tych zaklęciach ani razu, kiedy młodziutka Bellatrix poległa – uszu Degenhardta sięgnął dźwięk – głośny trzask szkła. Pokręcił głową, uderzył ramieniem w drzwi znajdujące się najbliżej niego i rzucił kolejne zaklęcie mające rozsadzić ciśnieniem kominek podłączony do Sieci Fiuu.
Rzut Z 1d100 - 94
Sukces!
Sukces!
Muzyk wiedział, że zbliżały się do nich służby i nie mogli zostać tutaj długo, jeżeli płomienie wzniecone przez zaklęty popiół nie rozpoczną przemieniania Magicznych Dzielnic w obiecaną przez Voldemorta ruinę znanego im wcześniej świata. Skierował więc swoje kroki ku pannie Black, zamierzając pomóc dziewczynie w czymkolwiek co napotkało ją po drodze.
– Młodzi ludzie potrafią być tak zaangażowani... – powtarzał to w myślach, to na głos, pogwizdując i pozornie nie spiesząc się, aby do niej dołączyć. Pozornie – bo to nie był czas na głupie decyzje. Ale nie mógł biec i pokazywać po sobie strachu – bo to wszystko to była gra! Gra pozorów! Widział przerażenie, jakie powoduje widok jego własnej twarzy, zestawiony z obecnością na Pokątnej. Mieli go za bezczelnego i mieli rację! – I tak charakterni! – Przypominała mu Lorien, ale... Lorien znajdowała się w jego sercu w zupełnie innej lidze.
// przewagi: zastraszanie I (powoduje ogólne przerażenie)
mi zostały dwa kominki, tobie pięć kominków i jeden rzut w sowy
@Bellatrix Black
mi zostały dwa kominki, tobie pięć kominków i jeden rzut w sowy
@Bellatrix Black
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me