02.06.2025, 00:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.06.2025, 14:28 przez Scylla Greyback.)
Popiół wnikał pod skórę, jakby chciał tam zostać. Jakby w tej warstwie zanieczyszczonego świata istniało coś więcej niż tylko resztki spalonej materii - jakby nosił na sobie wspomnienie ognia. Scylla poruszyła dłonią, zerkając mimochodem na zakrzepłą krew przy paznokciach. Zaschnięta, ciemna, nie do końca jej, ale przecież też już nie w zupełności jego.
Słuchała Alexandra bez przerwy, bez żadnej zbędnej reakcji, ale coś w jego słowach utkwiło jej między żebrami. Jak odłamek czegoś, co wciąż tliło się pod skórą. W jego głosie było coś więcej niż obserwacja; był tam głód. Nie cielesny. Nawet nie duchowy. Taki, który znała aż za dobrze - ten, który rodzi się z potrzeby znaczenia. Świadectwa. Przynależności do czegoś, co nie zostanie zapomniane, nawet jeśli cały świat runie.
Nie był religijny. I dobrze.
Religia wymagała wiary, a oni oboje składali się wyłącznie z wątpliwości.
Nie komentowała jego słów. Ani tych o boginiach, ani o Kali, ani o Ambrosii, której imię zawisło w powietrzu między nimi, choć nigdy nie zostało wypowiedziane. Zarysowało się przed wszystkimi trzema oczyma Scylli, gdy wymówił nazwę Ataraxii. Wspomnienie tego miejsca pojawiło się szybko - chłodne, duszne, przesiąknięte zapachem starego drewna i taniego kadzidła. Zakład spirytystyczny, w którym duchy mówiły prawdę częściej niż ludzie. Miejsce, gdzie każdy udawał, że wierzy, byleby usłyszeć coś, co wyjaśni choć odrobinę. Widziała to miejsce jak żywe, ale nie z własnych wspomnień wyłowiła tę wizję.
Potrząsnęła głową, jakby chcąc wydostać się z głowy Alexandra. Pragnęła oddać mu jego prywatność. Nie musiała wdzierać się tam, gdzie nie była proszona, bo przecież z samych jego słów zdołała wywnioskować już zanadto. Znała ten rodzaj narracji - przesiąkniętej mitologią, pełnej metafor, które więcej ukrywały niż ujawniały. To był język ludzi, którzy nie potrafili mówić wprost. Ludzi takich jak on. I takich jak ona.
Ale jeśli Alexander próbował przez to unieważnić rzeczywistość, zredukować ją do symboli, popełniał ten sam błąd, co wszyscy.
Ona nie była znakiem. Nie była zapowiedzią. Była konsekwencją.
Obserwując go kątem oka, dostrzegła cień. Nie kłamstwa - tego było między nimi zbyt wiele, by liczyć - ale ciężaru. Upartego dźwigania czegoś, czego nie dało się już zrzucić. Rozpoznała go, bo znała go z luster. Ludzie zawsze mówili, że po bólu się kulili, że łamie ich od środka. Ale prawda była inna. Ci naprawdę złamani trzymali się prosto. Spięci. Jakby kręgosłup był ostatnią rzeczą, której nie chcieli oddać światu.
Tylko przecież on nie był w tej historii Atlasem.
- Wiem, gdzie jest Ataraxia - odparła wreszcie, czując, że musi wreszcie przerwać dyskusję z własnym jestestwem w swojej głowie. - Wiem też, gdzie jesteś w tym wszystkim ty. Łakniesz pokarmu bogów, ale czy jesteś go godzien? - Zapytała, patrząc mu prosto w oczy, ale sama miała spojrzenie gdzieś za mgłą. Jakby nie do końca z własnej woli wypuściła te słowa z piersi.
Nie liczyła też ewidentnie na odpowiedź, pytanie było zadane tylko po to, żeby odpowiedział na nie sobie sam. Zaczęła odchodzić w przeciwnym kierunku, ale postąpiła ledwie kilka drobnych kroków nim znowu się zatrzymała.
- Ach, nie przedstawiłam się - zauważyła swój błąd i odwróciła się nieznacznie ku mężczyźnie, unosząc palec wskazujący ku górze. Jakby dając znać, że chce dodać tylko jedną rzecz. - Na imię mi Scylla. - Znów spojrzała prosto w oczy Alexandra, choć teraz można było dostrzec w jej spojrzeniu świadomość. Może nawet cień... rozbawienia? - Ale nie martw się. Nie będziesz potrzebował pochodni, aby mnie zwieść. Nie zamierzam stać ci na drodze. - Uśmiechnęła się do siebie, po czym zaczęła odchodzić we wcześniej zaplanowanym kierunku, stawiając kroki ostrożnie, metodycznie, wybierając tylko pełne, niepęknięte płytki chodnikowe.
Słuchała Alexandra bez przerwy, bez żadnej zbędnej reakcji, ale coś w jego słowach utkwiło jej między żebrami. Jak odłamek czegoś, co wciąż tliło się pod skórą. W jego głosie było coś więcej niż obserwacja; był tam głód. Nie cielesny. Nawet nie duchowy. Taki, który znała aż za dobrze - ten, który rodzi się z potrzeby znaczenia. Świadectwa. Przynależności do czegoś, co nie zostanie zapomniane, nawet jeśli cały świat runie.
Nie był religijny. I dobrze.
Religia wymagała wiary, a oni oboje składali się wyłącznie z wątpliwości.
Nie komentowała jego słów. Ani tych o boginiach, ani o Kali, ani o Ambrosii, której imię zawisło w powietrzu między nimi, choć nigdy nie zostało wypowiedziane. Zarysowało się przed wszystkimi trzema oczyma Scylli, gdy wymówił nazwę Ataraxii. Wspomnienie tego miejsca pojawiło się szybko - chłodne, duszne, przesiąknięte zapachem starego drewna i taniego kadzidła. Zakład spirytystyczny, w którym duchy mówiły prawdę częściej niż ludzie. Miejsce, gdzie każdy udawał, że wierzy, byleby usłyszeć coś, co wyjaśni choć odrobinę. Widziała to miejsce jak żywe, ale nie z własnych wspomnień wyłowiła tę wizję.
Potrząsnęła głową, jakby chcąc wydostać się z głowy Alexandra. Pragnęła oddać mu jego prywatność. Nie musiała wdzierać się tam, gdzie nie była proszona, bo przecież z samych jego słów zdołała wywnioskować już zanadto. Znała ten rodzaj narracji - przesiąkniętej mitologią, pełnej metafor, które więcej ukrywały niż ujawniały. To był język ludzi, którzy nie potrafili mówić wprost. Ludzi takich jak on. I takich jak ona.
Ale jeśli Alexander próbował przez to unieważnić rzeczywistość, zredukować ją do symboli, popełniał ten sam błąd, co wszyscy.
Ona nie była znakiem. Nie była zapowiedzią. Była konsekwencją.
Obserwując go kątem oka, dostrzegła cień. Nie kłamstwa - tego było między nimi zbyt wiele, by liczyć - ale ciężaru. Upartego dźwigania czegoś, czego nie dało się już zrzucić. Rozpoznała go, bo znała go z luster. Ludzie zawsze mówili, że po bólu się kulili, że łamie ich od środka. Ale prawda była inna. Ci naprawdę złamani trzymali się prosto. Spięci. Jakby kręgosłup był ostatnią rzeczą, której nie chcieli oddać światu.
Tylko przecież on nie był w tej historii Atlasem.
- Wiem, gdzie jest Ataraxia - odparła wreszcie, czując, że musi wreszcie przerwać dyskusję z własnym jestestwem w swojej głowie. - Wiem też, gdzie jesteś w tym wszystkim ty. Łakniesz pokarmu bogów, ale czy jesteś go godzien? - Zapytała, patrząc mu prosto w oczy, ale sama miała spojrzenie gdzieś za mgłą. Jakby nie do końca z własnej woli wypuściła te słowa z piersi.
Nie liczyła też ewidentnie na odpowiedź, pytanie było zadane tylko po to, żeby odpowiedział na nie sobie sam. Zaczęła odchodzić w przeciwnym kierunku, ale postąpiła ledwie kilka drobnych kroków nim znowu się zatrzymała.
- Ach, nie przedstawiłam się - zauważyła swój błąd i odwróciła się nieznacznie ku mężczyźnie, unosząc palec wskazujący ku górze. Jakby dając znać, że chce dodać tylko jedną rzecz. - Na imię mi Scylla. - Znów spojrzała prosto w oczy Alexandra, choć teraz można było dostrzec w jej spojrzeniu świadomość. Może nawet cień... rozbawienia? - Ale nie martw się. Nie będziesz potrzebował pochodni, aby mnie zwieść. Nie zamierzam stać ci na drodze. - Uśmiechnęła się do siebie, po czym zaczęła odchodzić we wcześniej zaplanowanym kierunku, stawiając kroki ostrożnie, metodycznie, wybierając tylko pełne, niepęknięte płytki chodnikowe.
Koniec sesji
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga