Norka wzruszyła jedynie ramionami. Nie miała w zwyczaju narzekać. Sytuacja nie była najlepsza, jednak dużo osób miało gorzej. Wiele budynków znajdujących się przy Pokątnej zajęło się ogniem, a cukiernia stała. Może liznęły ją płomienie, ale nic się takiego nie wydarzyło. Miała sporo szczęścia, przynajmniej jak na razie. Nie mogła być może pewna, że tak już zostanie, bo przecież noc była jeszcze młoda, ale póki co - naprawdę nie było źle.
- Ktoś musi im pomóc, tutaj jest bezpiecznie, przynajmniej jak na razie. Nie mogłam zrobić nic innego. - To było całkiem oczywiste, przynajmniej dla panny Figg. Ktoś musiał wyciągnąć pomocną dłoń do potrzebujących, padło na nią, miała już taką naturę. Wiedziała zresztą, że jej przyjaciołom z Zakonu Feniksa może przydać się miejsce w sercu Londynu, gdzie będą mogli się spotkać, czy przyprowadzić osoby, którym stała się krzywda. Nie zastanawiała się nawet chwili nad tym, czy reaguje właściwie, to była jedyna, możliwa opcja.
Fakt, Norka z początku nieco się wystraszyła, ale to było chwilowe. Dość szybko zaczęła działać, nie mogła przecież stanąć w miejscu i spoglądać bezczynnie na to, co działo się wokół niej. Robiła to co potrafiła najlepiej. Dbała o ludzi, którzy potrzebowali pomocy. Może nie wybiegła na ulice, aby gasić pożar, ale doskonale umiała znaleźć sobie odpowiednie dla siebie zajęcie, określić swoje miejsce w tej tragedii.
- Te pożary dotknęły całe nasze społeczeństwo. - Nie było to szczególnie odkrywcze spostrzeżenie, ale postanowiła się nim podzielić. Nie spodziewała się, że pożary dotrą do Doliny, wydawało jej się bowiem, że to działo się tylko w Londynie, jak widać jednak śmierciożercy postanowili dokonać ataku na dużo większą skalę. To było dość przerażające. Jeszcze nigdy nie byli aż tak bezczelni w swoich poczynaniach, zaczęli się coraz bardziej panoszyć i sięgać po coraz więcej.
- Jak niby mogłeś na to zareagować, no weź pomyśl Erik... - Dlaczego to akurat jemu miałoby być przykro? Był tylko jednostką, tak jak i ona. - Nie mogłeś tego przewidzieć, nie jesteś jasnowidzem. - Jego wuj był, ale też chyba nie do końca umiał określić co się wydarzy i kiedy się wydarzy, nikt nie mógł tego zrobić. Voldemort robił to na co miał ochotę i oni nie mieli na to wpływu.
- Nie możesz mówić, że sprawa jest przegrana, bo jaki sens ma wtedy walka? - Takie nastawienie zdecydowanie nie było wskazane, miała świadomość, że to wszystko nie wyglądało kolorowo, ale powinni jeszcze mieć nadzieję na to, że będzie lepiej. - Ministerstwo od samego początku podchodzić do tego opieszale. - Dodała jeszcze od siebie trzy grosze, bo nawet ktoś taki jak ona widział to, co się działo. Nie robili nic konkretnego, aby zapobiec podobnym wydarzeniom, dzisiaj? Działali na oślep, przynajmniej z tego, co widziała zza szyby swojej cukierni.
Przez to jej przyjaciele musieli ryzykować własnym życiem chroniąc niewinnych, to nie tak powinno wyglądać. Ktoś w końcu powinien wziąć sprawy w swoje ręce, ale nie, nieudolnie spoglądali na wszystko z boku, zamiast tego zwyczajni ludzie, jak oni musieli dźwigać cały ten ciężar na swoich barkach...
Nie miała pojęcia, gdzie są inni członkowie Zakonu Feniksa, wiedziała, że jeśli nadejdzie taka potrzeba, to się tutaj pojawią, właśnie przez to wolała się przygotować na wszystkie możliwości. Zaczęła przemieniać cukiernię w azyl dla pokrzywdzonych. Miała ku temu odpowiednie środki, mogła nakarmić sporo osób, do tego przygotować coś ciepłego do picia, przynieść im chwilowe poczucie bezpieczeństwa.
- Tak, stoły pod okna, wtedy będzie więcej miejsca. Wezmę krzesła. - Do tego jedynie się nadawała, sama raczej nie była w stanie przesunąć stołu bez pomocy magii, Norka nie należała do szczególnie sprawnych fizycznie osób w przeciwieństwie do swojego przyjaciela, który zrobił to bez najmniejszego wysiłku. Nie da się ukryć, że Erik ostatnio był w wyśmienitej formie.
// gotowanie, lojalność organizacji