Prue nie czuła się jakoś specjalnie niepewnie. Była w końcu w Mungu, pracowała tu kiedyś, była poniekąd u siebie, więc nie przeraziło ją to, że rozdzieliła się ze swoim szefem. Powinni być tu bezpieczni, nic takiego im nie groziło, nie było więc sensu panikować i siać zamęt. W końcu będzie musiał jej mignąć w tłumie, nie mogło być inaczej. Był dość charakterystyczny, wyróżniał się na tle ludzi, nawet jeśli otaczali ją z każdej strony.
Dosyć szybko dotarło do niej, że nie był to Mung który zapamiętała. Nie ma się co dziwić, przecież w szpitalu znajdowały się aktualnie tabuny ludzi potrzebujące pomocy. Trudno było się między nimi poruszać, do tego dochodzili pracownicy, którzy też chyba nie do końca wiedzieli, co właściwie się dzieje, komu powinni pomóc, w co się zaangażować. Niespecjalnie była zaskoczona tym, co się tutaj działo. Całe miasto zgubiło gdzieś swój rytm, wszystko co znane stawało się obce, przez to do czego doszło na zewnątrz. Każdy radził sobie jak mógł, czyż nie?
Miała wrażenie, że przez moment dostrzegła gdzieś daleko znajomą, jasną czuprynę. Fakt, Ambroise mógł znaleźć się w Mungu, niby widziała go wcześniej na jeden z ulic, jednak było to wystarczająco dawno, na pewno zdążyłby się już znaleźć w swoim miejscu pracy. Zapewne tak jak i ona przemierzał wtedy tłum, by pomóc swoim współpracownikom. Wszystkie ręce do pracy były przydatne tego wieczora, ludzie ich pokroju byli szczególnie przydatni zważając na to, ilu rannych miało tutaj trafić. Nie mogli myśleć o sobie, uciekać z miasta, to nie świadczyłoby o nich najlepiej, więc fakt - nie dziwiło jej to, że Greengrass był w Mungu.
Przeniosła wzrok na zegar, który wskazywał trzecią trzydzieści trzy. Wspaniała godzina, zawiesiła się na nim dłuższą chwilę, jej myśli zaczęły łączyć cyfry z faktami, które naturalnie zaczęły pojawiać się w jej głowie. Diabelska godzina, godzina demonów, moment kiedy światy się ze sobą mieszały, gdy łatwiej było przejść z jednego do drugiego. Mrugnęła dwa razy, żeby wrócić do rzeczywistości. Na szczęście tym razem jej oderwanie nie trwało zbyt długo. Nie mogła sobie pozwolić na kolejne momenty słabości. Nie tym razem.
Miała wrażenie, że usłyszała bardzo głośne Cornelius gdzieś za sobą. Odwróciła się, aby zobaczyć skąd dochodził ten głos. Ku jej niezadowoleniu dostrzegła znajomą twarz. - Potter. - Burknęła cicho do siebie pod nosem. Oczywiście, że powinna przewidzieć, że i on się tutaj znajdzie. Nie był to jednak czas na to, żeby skupiać się na dawnych niesnaskach, wszyscy znaleźli się tutaj po to, aby pomóc poszkodowanym. Odetchnęła głęboko i ruszyła się wreszcie przed siebie.
Nie tak łatwo było przepychać się między spanikowanym tłumem ludzi, którzy potrzebowali i poszukiwali pomocy, ale Bletchley była zawzięta, gdy się na coś uparła, to potrafiła to osiągnąć, zacisnęła więc zęby i zaczęła przemykać między nimi, no próbowała to zrobić, nie zakładała, że szybko się tam znajdzie, ale nie liczył się czas, ale osiągnięty efekt.
!Nigdy nie przestawaj leczyć
// leczenie, choroba milforda
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control