04.06.2025, 09:51 ✶
Och, nie przepadałem za tym. Było częścią tej nowej natury, z którą uparcie walczyłem. Nocna Mara wymknęła mi się znowu spod kontroli. Nie potrafiłem nad tym zapanować, więc czułem zmiany w moim ciele i to wszechogarniające zmieszanie, że Geraldine widzi mnie właśnie takim. Że takim mnie zapamięta. Jako ogromnego, bladego, potwornego wąpierza. Już nie brata, tylko Bestię. Czy to była ona? Fizyczny obraz tej Bestii, która czaiła się we mnie od początku?
Była brzydka. Tak czułem. Tak stwierdzałem, po częściowym oglądzie swojego ciała.
Spojrzałem na swoje paskudne pazury. Skrzywiłem się, ukazując kły ostrzejsze niż zwykle. Poruszyłem głową, czując znajome, nieprzyjemne mrowienie w karku... Nie, nie znajome. Nowe. Pewnie skutek uboczny przybrania tej... powiększonej postaci. Byłem wysoki, ale TO już była przesada. Stawać się jeszcze wyższym? Na co to komu? Syknąłem wściekle. To nie było fair. Tak samo jak to, że Geraldine postanowiła mnie zaatakować. Prozaiczne.
– Stój – wysyczałem niewyraźnie przez wydłużone kły. Meh. Wciąż nie nauczyłem się mówić z tymi modyfikacjami. Cóż, to był dopiero mój... trzeci raz? Oby ostatni.
A i tak nie zdążyłaby się powstrzymać przed atakiem, więc... Spróbowałem się uchylić, żeby nie dostać od niej w szczękę, chociaż... przy moim obecnym wzroście to wcale nie miało być takie łatwe.
– Chcesz się bić, Gigi? – zapytałem z wyzwaniem, używając jej przezwiska z czasów naszej smarkatej młodości. Teraz, cóż... już nie miała tej przewagi, co kiedyś. Mógłbym jej spuścić porządne lanie. Byłem o tym przekonany, o zgrozo!, mając po swojej stronie Bestię, której tak cholernie nienawidziłem.
Ale nie zamierzałem przestać. Zamierzałem prowokować dalej.
– Ach, Gertruda w trakcie misji ratunkowej. Kołek w dłoń, wampir do klatki, bo przecież to dla jego dobra – zaśmiałem się ironicznie, z nutą żalu, przygotowując pazury do ataku, z sykiem na języku. Nie zaatakowałem. Jeszcze nie. Czekałem na jej ruch, by oddać ze zdwojoną siłą.
| Rzucam AF na unik przed pięścią Geraldine.
Była brzydka. Tak czułem. Tak stwierdzałem, po częściowym oglądzie swojego ciała.
Spojrzałem na swoje paskudne pazury. Skrzywiłem się, ukazując kły ostrzejsze niż zwykle. Poruszyłem głową, czując znajome, nieprzyjemne mrowienie w karku... Nie, nie znajome. Nowe. Pewnie skutek uboczny przybrania tej... powiększonej postaci. Byłem wysoki, ale TO już była przesada. Stawać się jeszcze wyższym? Na co to komu? Syknąłem wściekle. To nie było fair. Tak samo jak to, że Geraldine postanowiła mnie zaatakować. Prozaiczne.
– Stój – wysyczałem niewyraźnie przez wydłużone kły. Meh. Wciąż nie nauczyłem się mówić z tymi modyfikacjami. Cóż, to był dopiero mój... trzeci raz? Oby ostatni.
A i tak nie zdążyłaby się powstrzymać przed atakiem, więc... Spróbowałem się uchylić, żeby nie dostać od niej w szczękę, chociaż... przy moim obecnym wzroście to wcale nie miało być takie łatwe.
– Chcesz się bić, Gigi? – zapytałem z wyzwaniem, używając jej przezwiska z czasów naszej smarkatej młodości. Teraz, cóż... już nie miała tej przewagi, co kiedyś. Mógłbym jej spuścić porządne lanie. Byłem o tym przekonany, o zgrozo!, mając po swojej stronie Bestię, której tak cholernie nienawidziłem.
Ale nie zamierzałem przestać. Zamierzałem prowokować dalej.
– Ach, Gertruda w trakcie misji ratunkowej. Kołek w dłoń, wampir do klatki, bo przecież to dla jego dobra – zaśmiałem się ironicznie, z nutą żalu, przygotowując pazury do ataku, z sykiem na języku. Nie zaatakowałem. Jeszcze nie. Czekałem na jej ruch, by oddać ze zdwojoną siłą.
| Rzucam AF na unik przed pięścią Geraldine.
Rzut PO 1d100 - 37
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Rzut PO 1d100 - 97
Sukces!
Sukces!