22.10.2022, 23:00 ✶
Gdyby ktoś pytał, poszła obejrzeć mieszkanie.
Biorąc pod uwagę karierę Eden, nie powinno to wzbudzić w nikim podejrzeń. Może pora wydawała się nieco późna, ale przecież Lestrange była zapracowana, grafik wypchany miała po brzegi. Gdyby ktoś poza nią samą miał wgląd do terminarza, mógłby zwrócić uwagę, że niektóre "spotkania" oznaczone były czerwonym kółkiem, jakby były ważniejsze od pozostałych. Ale Eden samodzielnie planowała swoje dni, więc nikt nie musiał się głowić, co to za specjalne okazje.
Jeszcze przed umówionym czasem kręciła się po okolicy; chyba tylko diabli wiedzieli, czy badała otoczenie z przyzwyczajenia, czy przyszła zbyt wcześnie i jakoś musiała zabić czas. Zerknęła na pozłacany zegarek na swoim nadgarstku, który nosiła do góry nogami, z tarczą zegara po wewnętrznej stronie ręki. Widząc, że ma jeszcze około dwadzieścia minut zapasu, weszła do cukierni. Dobre maniery nakazywały przynieść jakiś podarunek, kiedy po raz pierwszy odwiedzasz kogoś w jego domu, a słodycze stanowiły przyjemny kontrast wobec zgorzkniałego charakteru pani Lestrange. Może nawet były w stanie osłodzić jej towarzystwo.
Chwilę później wspinała się już po schodach ciasnej klatki schodowej. Z przyzwyczajenia zatrzymywała się co chwilę, przyglądając się elementom budownictwa - co najmniej dwa razy podwadziła pomalowanym na czerwono paznokciem odstającą farbę olejną od ścian (a może raczej skorupę, którą utworzyła po tylu latach bez remontu) i odłupała kawałek, krusząc go pod opuszkami palców. Westchnęła ciężko, otrzepując dłonie o materiał jasnoniebieskich, eleganckich spodni. Miała tylko nadzieję, że to jedna z tych kamienic, które koszmarnie wyglądają tylko z wierzchu, żeby odstraszyć złodziei i domokrążców.
Kiedy wreszcie poddała się z wykonywaniem rekonesansu, bo przecież nie po to tu przyszła, zapukała w drzwi. Rozpięła guziki płaszcza, poprawiła wykrochmaloną koszulę, którą wpuściła w spodnie, oczekując, aż gospodyni jej otworzy. Eden nie pasowała do tego miejsca; wyglądała jak komornik, który przyszedł oświadczyć o zajęciu zdezelowanego mieszkania po drodze na bankiet firmowy.
- Dobry wieczór - odparła z zadowoleniem w głosie, robiąc wszystko, co w swojej mocy, by skupić się na twarzy aurorki. Przestąpiła próg mieszkania, uderzając obcasami o deski parkietu. Nie czekała na pozwolenie i zdjęła płaszcz, szukając miejsca, by go odwiesić. Nie widząc wolnego haczyka, po prostu zarzuciła go na pozostałe.
- Mówisz? Czyli nie muszę się bać, że mój ojciec wyskoczy z twojej szafy i nas nakryje? - zaśmiała się pod nosem, wkraczając na "salony" z zuchwałym uśmieszkiem pod nosem. Dopiero po chwili zdołała przestać skupiać całą swoją uwagę na Idzie, dzięki czemu zauważyła, w jakim stanie jest mieszkanie.
Uniosła brwi, otworzyła usta. Błyskawicznie je zamknęła, zacisnęła je zwarcie, przechyliła głowę.
Cudem nie zapytała na głos: "Ty tak żyjesz?".
- Czy przeszedł tędy huragan, czy ktoś się włamał? - Znowu powróciła wzrokiem w kierunku dziewczyny, podchodząc doń z wolna. - Obstawiam to drugie, bo chyba ukradli ci ciuchy. Biedactwo - rzuciła z przekorą wymalowaną na ustach, kładąc jedną rękę na talii dziewczyny, a drugą podnosząc na wysokość ich klatek piersiowych. Trzymała w niej niewielki, podłużny pakunek.
- To dla ciebie. Na osłodę tej trudnej sytuacji - oświadczyła, wręczając jej opakowanie kolorowych makaroników w różnych smakach.
Biorąc pod uwagę karierę Eden, nie powinno to wzbudzić w nikim podejrzeń. Może pora wydawała się nieco późna, ale przecież Lestrange była zapracowana, grafik wypchany miała po brzegi. Gdyby ktoś poza nią samą miał wgląd do terminarza, mógłby zwrócić uwagę, że niektóre "spotkania" oznaczone były czerwonym kółkiem, jakby były ważniejsze od pozostałych. Ale Eden samodzielnie planowała swoje dni, więc nikt nie musiał się głowić, co to za specjalne okazje.
Jeszcze przed umówionym czasem kręciła się po okolicy; chyba tylko diabli wiedzieli, czy badała otoczenie z przyzwyczajenia, czy przyszła zbyt wcześnie i jakoś musiała zabić czas. Zerknęła na pozłacany zegarek na swoim nadgarstku, który nosiła do góry nogami, z tarczą zegara po wewnętrznej stronie ręki. Widząc, że ma jeszcze około dwadzieścia minut zapasu, weszła do cukierni. Dobre maniery nakazywały przynieść jakiś podarunek, kiedy po raz pierwszy odwiedzasz kogoś w jego domu, a słodycze stanowiły przyjemny kontrast wobec zgorzkniałego charakteru pani Lestrange. Może nawet były w stanie osłodzić jej towarzystwo.
Chwilę później wspinała się już po schodach ciasnej klatki schodowej. Z przyzwyczajenia zatrzymywała się co chwilę, przyglądając się elementom budownictwa - co najmniej dwa razy podwadziła pomalowanym na czerwono paznokciem odstającą farbę olejną od ścian (a może raczej skorupę, którą utworzyła po tylu latach bez remontu) i odłupała kawałek, krusząc go pod opuszkami palców. Westchnęła ciężko, otrzepując dłonie o materiał jasnoniebieskich, eleganckich spodni. Miała tylko nadzieję, że to jedna z tych kamienic, które koszmarnie wyglądają tylko z wierzchu, żeby odstraszyć złodziei i domokrążców.
Kiedy wreszcie poddała się z wykonywaniem rekonesansu, bo przecież nie po to tu przyszła, zapukała w drzwi. Rozpięła guziki płaszcza, poprawiła wykrochmaloną koszulę, którą wpuściła w spodnie, oczekując, aż gospodyni jej otworzy. Eden nie pasowała do tego miejsca; wyglądała jak komornik, który przyszedł oświadczyć o zajęciu zdezelowanego mieszkania po drodze na bankiet firmowy.
- Dobry wieczór - odparła z zadowoleniem w głosie, robiąc wszystko, co w swojej mocy, by skupić się na twarzy aurorki. Przestąpiła próg mieszkania, uderzając obcasami o deski parkietu. Nie czekała na pozwolenie i zdjęła płaszcz, szukając miejsca, by go odwiesić. Nie widząc wolnego haczyka, po prostu zarzuciła go na pozostałe.
- Mówisz? Czyli nie muszę się bać, że mój ojciec wyskoczy z twojej szafy i nas nakryje? - zaśmiała się pod nosem, wkraczając na "salony" z zuchwałym uśmieszkiem pod nosem. Dopiero po chwili zdołała przestać skupiać całą swoją uwagę na Idzie, dzięki czemu zauważyła, w jakim stanie jest mieszkanie.
Uniosła brwi, otworzyła usta. Błyskawicznie je zamknęła, zacisnęła je zwarcie, przechyliła głowę.
Cudem nie zapytała na głos: "Ty tak żyjesz?".
- Czy przeszedł tędy huragan, czy ktoś się włamał? - Znowu powróciła wzrokiem w kierunku dziewczyny, podchodząc doń z wolna. - Obstawiam to drugie, bo chyba ukradli ci ciuchy. Biedactwo - rzuciła z przekorą wymalowaną na ustach, kładąc jedną rękę na talii dziewczyny, a drugą podnosząc na wysokość ich klatek piersiowych. Trzymała w niej niewielki, podłużny pakunek.
- To dla ciebie. Na osłodę tej trudnej sytuacji - oświadczyła, wręczając jej opakowanie kolorowych makaroników w różnych smakach.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~