04.06.2025, 14:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.06.2025, 14:20 przez Millie Moody.)
Zachłystnęła się jego odpowiedzią, czując jak cały jej świat staje się na powrót - tu na klifie - wodnym ogrodem syren i trytonów. Ledwie kilka dni temu pieśń Selkie ściągnęła ją do tych przestrzeni, lecz był to wieczór jakże trudny pod emocjonalnym względem, gdy przygnębienie i zawiedzione nadzieje brały górę wobec czegokolwiek innego. Był to też wieczór okraszony łzami jej przyjaciela, którego strach przed wodą wziął górę i - w pewnym sensie - zbliżył ich w boleści do siebie.
Nic z tego nie działo się teraz, kiedy leżąc na doskonale przygotowanym miejscu, pełnym miękkich poduch i znakomitych przekąsek Miles czuła się jak w bajce. Odziana w biel (tak, to była nowa sukienka), pod baldachimem namiotu, pod gwiezdnym sklepieniem, śledziła oczarowana złotymi ślepiami swojego księcia, który niemalże przybył do niej na latającym dywanie i teraz pokazywał jej świat swoimi oczyma. Jego głos, lepki jak miód, jego słowa słodsze niż ciastka, które wsuwał między jej spierzchnięte wargi.
Mówiła, że chce z nim uciec, fantazjowała dalej o bieli, lecz nie o sukience, a żaglach, które nabrzmiałe wiatrem prowadzą ich ku nieznanemu. Świat stał się pozbawiony wojen i konfliktów, był miejscem w którym dzieją się baśnie, a każdy otrzymuje swoje szczęśliwe zakończenie. Jeśli zaś jeszcze nie było szczęśliwe - to znaczyło li tylko tyle, że opowieść trwała i należało cierpliwie czekać na finał. Świat stał się snem, a sen stał się światem. Odrealniony i piękny, czysty. Noc zdawała się być kwiatem, białą lilią pozbawioną jednak korzeni, której woń do końca życia zapadnie jej w pamięć nawet gdy pozbawiona wody uschnie na oczach otaczających ją żałobników.
Mildþryþ prosiła o więcej opowieści, nie chcąc, aby jego głos milkł, a dłoń zatopiona w czarnych puklach znikała. Upijała się jego obecnością i chciała zassać tak wiele, jak było to możliwe. Pozwoliła mu lśnić, jak gdyby był najjaśniejszą z gwiazd otaczających ich egzystencje, jakby sami stali się na moment parą gwiezdnych okruszków, gwiezdnym pyłem wirującym w niebycie.
Świat był snem.
Lecz sny mają to do siebie, że nie trwają wiecznie.
Sny mają to do siebie, że o świcie tracą swoją moc.
Gdy więc wróciła do swojego pokoju w Księżycowym Stawie, a wzrok jej padł na żółcący się bukiet stojący przy łóżku pozbieranych kwiatów, których tak bardzo chciała się pozbyć... z cichym westchnieniem przysiadła nad płótnem, chcąc granatem i bielą oddać to czego pozwolił doświadczyć jej Flint, zabierając ją ku granicy oceanicznej toni i bezkresu kosmosu. Czegoś wyjątkowego w swojej niepowtarzalności.
Czegoś, co zostanie z nią już zawsze, nawet jeśli ich losy nie były ze sobą związane czerwoną nicią przeznaczenia.
Nic z tego nie działo się teraz, kiedy leżąc na doskonale przygotowanym miejscu, pełnym miękkich poduch i znakomitych przekąsek Miles czuła się jak w bajce. Odziana w biel (tak, to była nowa sukienka), pod baldachimem namiotu, pod gwiezdnym sklepieniem, śledziła oczarowana złotymi ślepiami swojego księcia, który niemalże przybył do niej na latającym dywanie i teraz pokazywał jej świat swoimi oczyma. Jego głos, lepki jak miód, jego słowa słodsze niż ciastka, które wsuwał między jej spierzchnięte wargi.
Mówiła, że chce z nim uciec, fantazjowała dalej o bieli, lecz nie o sukience, a żaglach, które nabrzmiałe wiatrem prowadzą ich ku nieznanemu. Świat stał się pozbawiony wojen i konfliktów, był miejscem w którym dzieją się baśnie, a każdy otrzymuje swoje szczęśliwe zakończenie. Jeśli zaś jeszcze nie było szczęśliwe - to znaczyło li tylko tyle, że opowieść trwała i należało cierpliwie czekać na finał. Świat stał się snem, a sen stał się światem. Odrealniony i piękny, czysty. Noc zdawała się być kwiatem, białą lilią pozbawioną jednak korzeni, której woń do końca życia zapadnie jej w pamięć nawet gdy pozbawiona wody uschnie na oczach otaczających ją żałobników.
Mildþryþ prosiła o więcej opowieści, nie chcąc, aby jego głos milkł, a dłoń zatopiona w czarnych puklach znikała. Upijała się jego obecnością i chciała zassać tak wiele, jak było to możliwe. Pozwoliła mu lśnić, jak gdyby był najjaśniejszą z gwiazd otaczających ich egzystencje, jakby sami stali się na moment parą gwiezdnych okruszków, gwiezdnym pyłem wirującym w niebycie.
Świat był snem.
Lecz sny mają to do siebie, że nie trwają wiecznie.
Sny mają to do siebie, że o świcie tracą swoją moc.
Gdy więc wróciła do swojego pokoju w Księżycowym Stawie, a wzrok jej padł na żółcący się bukiet stojący przy łóżku pozbieranych kwiatów, których tak bardzo chciała się pozbyć... z cichym westchnieniem przysiadła nad płótnem, chcąc granatem i bielą oddać to czego pozwolił doświadczyć jej Flint, zabierając ją ku granicy oceanicznej toni i bezkresu kosmosu. Czegoś wyjątkowego w swojej niepowtarzalności.
Czegoś, co zostanie z nią już zawsze, nawet jeśli ich losy nie były ze sobą związane czerwoną nicią przeznaczenia.
![[Obrazek: e349c583ac81fbf443d778688f3757dd.jpg]](https://i.pinimg.com/736x/e3/49/c5/e349c583ac81fbf443d778688f3757dd.jpg)
Koniec sesji