04.06.2025, 15:12 ✶
– Ależ oczywiście, że Ci dam fory, przecież jesteś moją ulubioną kuzynką – jej twarz wykrzywiła się w bardzo złośliwym uśmiechu sugerując, że nic z tego co powiedziała nie jest prawdą. Była tylko bardzo zgryźliwą i równie zakompleksioną nastolatką, która latała na szkolnym wiecheciu, nadrabiając umiejętnościami i brawurą brak sprzętu na poziomie. I dobrze, może jako członek drużyny dostawała jakkolwiek lepszy wiecheć niż Cass, która po prostu postanowiła dzisiaj powozić sobie dupę w powietrzu ALE I TAK!
Gdy tylko oderwały się od ziemi razem, Miles obcesowo wyprzedzała ją, kręciła beczki w powietrzu, pikowała, szybowała, jakby przyjęła za punkt honoru coś komuś udowodnić, choć absolutnie żadna z dziewcząt biorąca udział w tym "wyścigu" zapewne nie była do końca pewna cóż takiego to było. Gdy w końcu Moody się znudziło wyrównała lot z farbowaną Trelawneyówną.
Jest za ładna i zbyt normalna aby należeć do rodziny – sarkała w głowie, ale umówmy się - trochę się zmęczyła swoimi "popisami" - więc i żar w niej nieco ostygł.
– Skąd ta zmiana? Wydawało mi się, że chcesz pracować w ministerstwie. Masz dobry łeb do pamiętania rzeczy, kariera nie wiem prawnicza albo sądownicza? Czy myślisz, że przez krew się nie dostaniesz? – Zapytała, zupełnie jakby bycie funkcjonariuszem magipolicji NIE było pracą dla Ministerstwa. Jakoś w głowie Moody to funkcjonowało inaczej. Glina a urzędas. Dwie kompletnie różne fuchy. Tak naprawdę też Miles gówno wiedziała na temat planów Cassandry, bo nie była ona w najbliższym jej kręgu. Tak naprawdę przemawiała przez nią czysta zazdrość. Tyle dobrego, że ton choć trochę, troszeńkę jej złagodniał. – Jak chcesz, to po treningu mogę postawić Ci karty na Twoją świetlaną przyszłość. Celujesz w bycie aurorem, jak ja? – brzmiała niemalże pyszałkowato jakby to była oczywista oczywistość, pomijając jej usposobienie, oceny, grubiejące uwagami akta czy sam fakt że Miles była... po prostu Miles. Trudno było ją wyobrazić sobie w aurorskiej czerni. Mimo wszystko była nastolatką. Na tym etapie wierzyła jeszcze, że to możliwe.
Gdy tylko oderwały się od ziemi razem, Miles obcesowo wyprzedzała ją, kręciła beczki w powietrzu, pikowała, szybowała, jakby przyjęła za punkt honoru coś komuś udowodnić, choć absolutnie żadna z dziewcząt biorąca udział w tym "wyścigu" zapewne nie była do końca pewna cóż takiego to było. Gdy w końcu Moody się znudziło wyrównała lot z farbowaną Trelawneyówną.
Jest za ładna i zbyt normalna aby należeć do rodziny – sarkała w głowie, ale umówmy się - trochę się zmęczyła swoimi "popisami" - więc i żar w niej nieco ostygł.
– Skąd ta zmiana? Wydawało mi się, że chcesz pracować w ministerstwie. Masz dobry łeb do pamiętania rzeczy, kariera nie wiem prawnicza albo sądownicza? Czy myślisz, że przez krew się nie dostaniesz? – Zapytała, zupełnie jakby bycie funkcjonariuszem magipolicji NIE było pracą dla Ministerstwa. Jakoś w głowie Moody to funkcjonowało inaczej. Glina a urzędas. Dwie kompletnie różne fuchy. Tak naprawdę też Miles gówno wiedziała na temat planów Cassandry, bo nie była ona w najbliższym jej kręgu. Tak naprawdę przemawiała przez nią czysta zazdrość. Tyle dobrego, że ton choć trochę, troszeńkę jej złagodniał. – Jak chcesz, to po treningu mogę postawić Ci karty na Twoją świetlaną przyszłość. Celujesz w bycie aurorem, jak ja? – brzmiała niemalże pyszałkowato jakby to była oczywista oczywistość, pomijając jej usposobienie, oceny, grubiejące uwagami akta czy sam fakt że Miles była... po prostu Miles. Trudno było ją wyobrazić sobie w aurorskiej czerni. Mimo wszystko była nastolatką. Na tym etapie wierzyła jeszcze, że to możliwe.