04.06.2025, 15:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.06.2025, 09:46 przez Samuel McGonagall.)
– Jeszcze niedawno mógłby się nazywać co najwyżej panem Jajczysławem – parsknął Samuel mierzwiąc włosy Mable, jakby była małym psotnym kociakiem. Z godnością przyjął opowieść o Mleczysławie, w pierwszej chwili nie rozumiejąc czemu jakkolwiek miałoby to być obraźliwe. Imię jak imię. On też wszak nosił dwa... – Wiecie, mój ojciec zwykł za mną wołać Sagi, od Saggitae. Sam w sumie miał na imię Altair, ponoć te gwiazdozbiory są niedaleko siebie. – nie znał się na gwiazdach, ani na genealogii, by wiedzieć że imiona po gwiazdozbiorach bardzo często nadawane były w pewnej czystokrwistej rodzinie o czarnym jak noc nazwisku. Teraz była to dlań opowieść, którą mógł się z nimi podzielić, ponieważ im ufał. Ponieważ zarówno Mabel, jak i Nikolai oraz (powiedzmy) Karl byli jego rodziną.
– Imiona mają swoją moc. Więc będziesz mogła zastanowić się długo, zanim wybierzesz. I tak, ja też jestem pewny, że ni będziesz szaleć, po prostu... och no martwię się, bo i mama i ciocia Brenna zdawały się mocno przejęte całym wyjściem i mi się udzielił ich niepokój. Tylko tyle. – Jego osobista matka nie miała takich problemów i zmartwień, ale też już wiedział, że jego osobista matka nie wpisywała się w kanon normalnych osobistych matek.
– Dobrze, myślę, że nie ma co czekać dłużej na wujka Erika, pojedliśmy, popiliśmy, czas iść do stajni, w końcu po to tu przyszliśmy! – wstał, może nieco zniecierpliwiony, ale wciąż z serdecznym uśmiechem. Nim dziewczynka zdążyła cokolwiek powiedzieć ujął ją pod pachy i posadził sobie na barana. – Ty bierzesz Mleczy... znaczy Karla – rzucił zachwycony własnym dowcipem.
Finalnie spędzili dzień bardzo miło i już od pierwszych chwil, kiedy Mabel pojawiła się w otoczeniu hipogryfów, Sam nie miał wątpliwości, co do tego, że będzie dobrze. Być może to obecność Karla i głęboko zakorzeniony szacunek do zwierząt, być może - w co chciał mocno wierzyć, choć nie był pewien czy to tak działa - wrodzone po nim zdolności. Tak czy inaczej czas spędzili wybornie, bez względu na to, czy na rozmowie o tych pięknych stworzeniach, czy na wywożeniu ich kup.
Ostatecznie McGonagall podarował córce na pamiątkę tego wyjścia niewielką drewnianą figurkę hipogryfa z wyżłobioną na podstawce datą, zaklinając rzeczywistość, by było to spotkanie pierwsze z wielu, wielu wspólnych spędzonych chwil.
– Imiona mają swoją moc. Więc będziesz mogła zastanowić się długo, zanim wybierzesz. I tak, ja też jestem pewny, że ni będziesz szaleć, po prostu... och no martwię się, bo i mama i ciocia Brenna zdawały się mocno przejęte całym wyjściem i mi się udzielił ich niepokój. Tylko tyle. – Jego osobista matka nie miała takich problemów i zmartwień, ale też już wiedział, że jego osobista matka nie wpisywała się w kanon normalnych osobistych matek.
– Dobrze, myślę, że nie ma co czekać dłużej na wujka Erika, pojedliśmy, popiliśmy, czas iść do stajni, w końcu po to tu przyszliśmy! – wstał, może nieco zniecierpliwiony, ale wciąż z serdecznym uśmiechem. Nim dziewczynka zdążyła cokolwiek powiedzieć ujął ją pod pachy i posadził sobie na barana. – Ty bierzesz Mleczy... znaczy Karla – rzucił zachwycony własnym dowcipem.
Finalnie spędzili dzień bardzo miło i już od pierwszych chwil, kiedy Mabel pojawiła się w otoczeniu hipogryfów, Sam nie miał wątpliwości, co do tego, że będzie dobrze. Być może to obecność Karla i głęboko zakorzeniony szacunek do zwierząt, być może - w co chciał mocno wierzyć, choć nie był pewien czy to tak działa - wrodzone po nim zdolności. Tak czy inaczej czas spędzili wybornie, bez względu na to, czy na rozmowie o tych pięknych stworzeniach, czy na wywożeniu ich kup.
Ostatecznie McGonagall podarował córce na pamiątkę tego wyjścia niewielką drewnianą figurkę hipogryfa z wyżłobioną na podstawce datą, zaklinając rzeczywistość, by było to spotkanie pierwsze z wielu, wielu wspólnych spędzonych chwil.
Koniec sesji