04.06.2025, 23:09 ✶
| Wszystkie znaki na niebie i ziemi zdawały się wskazywać na to, że poszczególne elementy wymyślonego na szybko planu... idealnie dopasowały się do siebie. Było to sporym osiągnięciem, biorąc pod uwagę, że cała trójka nie była w stanie się ze sobą w żaden sposób skomunikować w tak krótkim czasie i jakkolwiek opracować kolejne etapy działania. Może to adrenalina? A może każdy czarodziej i każda czarownica mieli w sobie potencjał na to, aby tak dobrze działać pod presją? Tej nocy wszyscy robimy rzeczy, na które nie jesteśmy przygotowani, pomyślał tępo Elias, dalej ściskając różdżkę w dłoni, jakby czekał na jakiś niespodziewany kontratak. Nie żeby był jakoś pewien swoich magicznych tarcz. Wyczarowana przez niego świetlista kula bez problemu oślepiła napastników, a ci zapewne nawet nie mieli szansy zorientować się, co się właściwie stało, gdy nad ulicą rozbłysły kolorowe iskry, a pośród nich zaczęły rozchodzić się wołania o ''nadejściu Ministerstwa Magii''. To musiało uzmysłowić tym ludziom, że nie znajdowali się w najlepszym położeniu, prawda? Bletchley nie był w stanie do końca dostrzec, co próbowała zrobić teraz kobieta, która interweniowała w sprawie sąsiadki. Ba, nie wiedział nawet, czy czarownica była świadoma jego obecności. Chłopak przywarł do pobliskiego muru, oddychając ciężko przez nos. Wychylić się? Przywitać się? Wstrząsnął nim dreszcz na samą myśl. Już zaufał dzisiaj jednej osobie - temu brygadziście - i spodziewał się, że źle na tym wyjdzie. Spalone ciało tamtego czarodzieja na pewno będzie mu się teraz śniło po nocach. Nienienienienienienie. Wystarczyło, że pomógł uratować sąsiadkę. Nikt nie musiał wiedzieć, że to on był współodpowiedzialny za jej ocalenie. Nie liczyło się, czy ktoś miały w stosunku do niego pozytywne, czy też negatywne intencje. Bo kto byłby w stanie go zapamiętać? Jeśli Ministerstwo Magii faktycznie nie wkroczy do akcji, to miasto czeka iście szalona noc. W całym tym chaosie było mało prawdopodobne, aby ktoś zwrócił uwagę akurat na niego. Za parę godzin wszystkie twarze zleją się w jedną, podobnie jak sylwetki napastników, ratowników, ocalałych i rannych. — Nie będę ryzykował. Nie będę ryzykował — wymamrotał Eliasz, biorąc głęboki oddech. Nie miał zamiaru się już dalej angażować. Już zrobił wystarczająco dużo. Więcej niż zrobiłby jeszcze parę lat temu. Lepiej było nie kusić losu, zwłaszcza że sam obecnie nie był w zbyt dobrej sytuacji. Musiał wrócić do domu. Musiał sprawdzić mieszkanie. Uratować co ważniejsze przedmioty, a potem... No właśnie, co? Wynieść się z miasta? Spróbować przebić się do rodziców? Do Ministerstwa Magii, w którym zapewne przebywała teraz jego siostra? Spróbować znaleźć któregoś ze swoich przyjaciół? Tyle decyzji, a tak mało czasu do namysłu. Krok za krokiem, zwrócił uwagę Bletchley, oddychając ciężko, po czym... Opuścił różdżkę, kierując ją ku płycie chodnikowej i... [u]Ruszył szybkim krokiem w głąb ulicy. Przyświecała mu tylko jedna myśl: dostać się do bezpiecznego miejsca. Do azylu. Kiedy ta noc dobiegnie końca... Pomyśli o tej sąsiadce. O tym, że być może zawdzięczała mu życie, ale najprawdopodobniej nigdy się o tym nie dowie. A on też zapewne nigdy się do tego przed nią nie przyzna. To jest, o ile oboje dożyją do końca tej okropnej nocy. Teraz wszystko pozostawało w rękach losu. Jak zwykle zresztą. |
Postać opuszcza sesję |