Prue nie odzywała się już do Romulusa. Nie było sensu wchodzić z nim w dalszą dyskusję, bo nie rozumiał jej punktu widzenia. Nie, żeby ją to specjalnie zdziwiło. Uznał, że jest czarnym charakterem tej historii, trudno było walczyć z czymś takim, kiedy ktoś ujebał sobie to, aż tak mocno. Nie spoglądała na niego, nie obserwowała go. Raczej po prostu pozostawało jej jakoś doczekać do rana, siedząc przy tym pniu, który sobie wybrała.
Wiedziała, że nie zaśnie. Od zawsze miewała problemy z zasypianiem w obcych miejscach, tak właściwie to nawet nie w obcych, a i w tych znajomych, noce przesypiała spokojnie tylko i wyłącznie w swoim własnym łóżku. Kolejne jej dziwactwo, na które nie miała wpływu. W domu Ursuli nie było najgorzej, zważając na to, że była zmęczona to udało jej się zmrużyć oczy na dłużej. Tutaj jednak? Wiedziała, że nie będzie to możliwe. Zapewne będzie czuwać, aż wstanie słońce. Tylko, czy to coś zmieni? W dzień również nie umieli się stąd wydostać. Czy zostaną tutaj na zawsze? Nie była to zbytnio optymistyczna perspektywa, ale fakty raczej świadczyły o tym, że tak się stanie.
Była skołowana, obraz się jej rozmazywał, bo zmęczenie również dawało o sobie znać, a do tego te dziwne papierosy... To wszystko powodowało, że Bletchley zdecydowanie nie była sobą, już dawno straciła kontrolę i była w tym wszystkim zagubiona. Zaklęcie Romulusa przestało działać, litery nie wirowały już dłużej wokół niej, przestały odwracać jej uwagę.
Objęła ramionami swoje kolana, przyciągnęła je do podbródka i siedziała bez ruchu, ciągle spoglądała w niebo, które skutecznie odwracało jej uwagę od tego, gdzie się znajdowała. Skupiła się na tym, co było przyjemne, wolała nie zwracać uwagi na towarzystwo w którym się znalazła, bo ono tylko podnosiło jej poziom stresu, czy okolicę - ciemny las nie był miejscem, które wzbudzało w niej spokój. Nie wiedziała bowiem, co jeszcze mogło się w nim czaić.
W ustach nadal czuła posmak przejrzałych jeżyn, miała wrażenie, że ten zapach się ciągle nad nią unosił. Nie sądziła, że jej fajki mogły okazać się być czymś przesiąknięte, że wcale nie były jej. Wariowała, powoli. Do tego nie myślała jasno, właściwie to chyba wcale nie myślała. Po prostu patrzyła w niebo.
Czy spodziewała się tego, że nie są tutaj sami? No nie. W ogóle nie zwracała uwagi na to, co działo się wokół, a Benjy potrafił się kamuflować jak nikt inny. Nie domyśliłaby się, że tu jest, nie wpadłaby na to. Nie była w najlepszej formie, a pewnie nawet gdyby była to i tak nie umiałaby go dostrzec. Posiadał pewne umiejętności, których można byłoby mu pozazdrościć.
Usłyszała głos, gdzieś z zza siebie, znajomy głos. Czyżby śniła? Nie, nie mogła tutaj zasnąć. Nie spodziewała się tego, że ktoś może tu być, umysł płatał jej figle? To było prawdopodobne, po tym wszystkim, co się tutaj wydarzyło. Nie pisnęła, chociaż się wystraszyła, zamiast tego przesuneła się nieco w bok, uniosła głowę w stronę mężczyzny, który wyłonił się zza drzewa, o które jeszcze przed chwilą się opierała. Przesunął się, stanął obok. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło.
- To sen, w końcu nie koszmar. - Powiedziała cicho, bardziej do siebie samej. Mrugnęła pospiesznie dwa razy, przy okazji uszczypnęła się w nadgarstek, żeby sprawdzić, czy miała rację, tyle, że poczuła ten delikatny ból, a on nie zniknął, więc faktycznie stał tu przed nimi?
To jednak nie był sen. Benjy stał tutaj w całej okazałości. Znalazł ich w tym ciemnym lesie. Był ich ratunkiem, znowu? Jak to możliwe, że zawsze pojawiał się wtedy, kiedy działo się coś złego. To było dziwne, ale nie był to pierwszy raz, znowu ją znalazł, ich znalazł, Romulus bowiem bardzo szybko przypomniał o tym, że i on się tutaj znajdował. Krzyczał tak głośno, znowu dramatyzował. Bletchley przymknęła oczy. Nie była gotowa na te jego ponowne krzyki.
Za dużo bodźców... miała wrażenie, że dźwięk głosu Pottera uderzał w nią niczym ostrze, nie była na to gotowa. Siedziała więc nadal na ziemi, nie podnosiła się jeszcze, nie widziała takiej potrzeby. Najwyraźniej Romulus postanowił przedstawić to, co się im wydarzyło, nie miała zamiaru wtrącać się w jego wersję. Była zmęczona, nie chciało jej się wracać do przerzucania się swoimi racjami, bo to niczego nie zmieniało.
- Próbowałam go zabić, ale nic mu się nie stało. - Dorzuciła swoje trzy grosze, kiedy Romulus skończył swój wywód, uważał ją za wariatkę - proszę bardzo, właśnie to potwierdzała. Gdyby faktycznie próbowała coś mu zrobić, to na pewno by jej się to udało, wiedziała przecież, gdzie powinna uderzyć, aby odebrać życie. - Dlatego jestem niebezpieczną wariatką. - Ton jej głosu był całkiem lekki i spokojny jak na to, o czym rozmawiali, nie wydawała się specjalnie przejmować opinią swojego pobudzonego nieprzyjaciela.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control