05.06.2025, 13:38 ✶
Zaśmiałem się. Kpiąco, z nutą żałości. Musiałem wyglądać, jakbym wył do księżyca, choć to przecież nie ta bajka. Księżyc był tylko niemym świadkiem. Dawał mi cień, dyskrecję, odrobinę prywatności. Jeśli Geraldine zniknie w tym lesie, może będą mnie oskarżać. Ale nie znajdą dowodów. Albo znajdą, gdy mnie już dawno nie będzie.
...i oto była ta sławetna druga szansa. Szansa na bycie potworem. Z pokorą pozdrawiam.
– Świetnie. Rozumiem, że i ty byłabyś wdzięczna, gdyby potwór zamienił cię w potwora? To przecież druga szansa, prawda? Mogę zabijać pod jego flagą, zdobywać łaski, przypodobać się. Może mnie adoptuje? Może będzie mi bardziej ojcem niż Gerard kiedykolwiek był?! – wyrzuciłem z siebie, głosem pełnym jadu i żalu. Ani przez chwilę nie zamierzałem dołączać do tego, który mnie stworzył. Przemienił. Zabił. A może zabił i dopiero potem przemienił? Nigdy bym do niego nie dołączył. Sama myśl, że mógłby po mnie wrócić, wywoływała dreszcze strachu i obrzydzenia. Jakby nie patrzeć, pokonał mnie i upokorzył. Zdominował.
– Dziwne... Bo wielokrotnie widziałem, jak wbijasz mi kołek w serce. Jeszcze częściej, jak mnie dekapitujesz. I to wersje całkiem realistyczne. Jak najbardziej możliwe do zaistnienia, czyż nie? – zauważyłem lodowato, sycząc z wściekłością. Zachowywałem się dziko. Świat mnie rozpraszał, a jednocześnie nie istniał. Coś we mnie pulsowało. Bestia poruszała się niespokojnie tuż pod skórą. Zęby zaczynały mrowić. Pazury drżały z niecierpliwości.
Łapać. Szarpać. Zgasić myśl. Wgryźć się w życie - szeptała.
Nie chciałem tego. Nie chciałem być potworem. Ale to było silniejsze ode mnie. Było we mnie. Było mną.
– Jadłem, kurwa, przed chwilą jadłem... A znowu... – zacisnąłem powieki, jęknąłem przez zęby. Mruknąłem. Syknąłem. Dźwięki mieszały się w moim gardle. Las rozmazywał się przed oczami. Tylko Geraldine pozostawała wyraźna. Ona i jej puls. Czułem wyobraźnią jej smak na języku... Wyobraźnia pod tym kątem była dla mnie bezwzględna.
Czy świat serio zniknął? Czy po prostu zamilkł w oczekiwaniu?
– Zjadłbym cię. Och, jakbym cię zjadł... – wyznałem niemal z namaszczeniem. – Świeża krew... jest o niebo lepsza od tej z worków. Tamta to zimne paskudztwo. Ale świeża... rozświetla mnie od środka. Na moment czuję się żywy, Geraldine. Mam wrażenie, że wtedy płynie we mnie krew, że czuję wszystko. I wiem też, że moja ofiara cierpi – urwałem, przełykając ślinę. Myśli zalewały mi głowę. Krew, krew, krew – jedyna rzecz, której teraz naprawdę pragnąłem. Podniecała mnie. Wabiła. Prowokowała.
– Może powinienem na ciebie zapolować... – wyszeptałem po dłuższej ciszy, niemal czułym, intymnym tonem. Jakby Bestia szeptała to tuż obok mojego ucha, przekonując mnie, że to wcale nie byłby zły pomysł. Wręcz okazja.
Pokręciłem głową. Kręciłem głową, próbując wyrzucić z głowy te myśli. Nie chciałem ich. Niech sobie pójdą. Niech ulecą. Niech znikną i nie wiercą mi dziury w głowie.
...i oto była ta sławetna druga szansa. Szansa na bycie potworem. Z pokorą pozdrawiam.
– Świetnie. Rozumiem, że i ty byłabyś wdzięczna, gdyby potwór zamienił cię w potwora? To przecież druga szansa, prawda? Mogę zabijać pod jego flagą, zdobywać łaski, przypodobać się. Może mnie adoptuje? Może będzie mi bardziej ojcem niż Gerard kiedykolwiek był?! – wyrzuciłem z siebie, głosem pełnym jadu i żalu. Ani przez chwilę nie zamierzałem dołączać do tego, który mnie stworzył. Przemienił. Zabił. A może zabił i dopiero potem przemienił? Nigdy bym do niego nie dołączył. Sama myśl, że mógłby po mnie wrócić, wywoływała dreszcze strachu i obrzydzenia. Jakby nie patrzeć, pokonał mnie i upokorzył. Zdominował.
– Dziwne... Bo wielokrotnie widziałem, jak wbijasz mi kołek w serce. Jeszcze częściej, jak mnie dekapitujesz. I to wersje całkiem realistyczne. Jak najbardziej możliwe do zaistnienia, czyż nie? – zauważyłem lodowato, sycząc z wściekłością. Zachowywałem się dziko. Świat mnie rozpraszał, a jednocześnie nie istniał. Coś we mnie pulsowało. Bestia poruszała się niespokojnie tuż pod skórą. Zęby zaczynały mrowić. Pazury drżały z niecierpliwości.
Łapać. Szarpać. Zgasić myśl. Wgryźć się w życie - szeptała.
Nie chciałem tego. Nie chciałem być potworem. Ale to było silniejsze ode mnie. Było we mnie. Było mną.
– Jadłem, kurwa, przed chwilą jadłem... A znowu... – zacisnąłem powieki, jęknąłem przez zęby. Mruknąłem. Syknąłem. Dźwięki mieszały się w moim gardle. Las rozmazywał się przed oczami. Tylko Geraldine pozostawała wyraźna. Ona i jej puls. Czułem wyobraźnią jej smak na języku... Wyobraźnia pod tym kątem była dla mnie bezwzględna.
Czy świat serio zniknął? Czy po prostu zamilkł w oczekiwaniu?
– Zjadłbym cię. Och, jakbym cię zjadł... – wyznałem niemal z namaszczeniem. – Świeża krew... jest o niebo lepsza od tej z worków. Tamta to zimne paskudztwo. Ale świeża... rozświetla mnie od środka. Na moment czuję się żywy, Geraldine. Mam wrażenie, że wtedy płynie we mnie krew, że czuję wszystko. I wiem też, że moja ofiara cierpi – urwałem, przełykając ślinę. Myśli zalewały mi głowę. Krew, krew, krew – jedyna rzecz, której teraz naprawdę pragnąłem. Podniecała mnie. Wabiła. Prowokowała.
– Może powinienem na ciebie zapolować... – wyszeptałem po dłuższej ciszy, niemal czułym, intymnym tonem. Jakby Bestia szeptała to tuż obok mojego ucha, przekonując mnie, że to wcale nie byłby zły pomysł. Wręcz okazja.
Pokręciłem głową. Kręciłem głową, próbując wyrzucić z głowy te myśli. Nie chciałem ich. Niech sobie pójdą. Niech ulecą. Niech znikną i nie wiercą mi dziury w głowie.