06.06.2025, 22:42 ✶
Chyba znowu wyglądałem normalnie. Ludzko. Ale wewnątrz… było tylko gorzej. Jakbym się staczał coraz niżej, zagłębiał w tych niegodnych myślach, jakbym tracił kontakt ze sobą.
Zawsze tak było. Wystarczyła iskra. Myśl o krwi. Drobna. Ledwie muśnięcie. I już mój umysł leciał w tym kierunku z obłędem, nie do zatrzymania, nie do odratowania. Choćbym krzyczał, błagał, zaprzeczał... Nic nie działało. Czy znowu miało być za późno?
KREW. KREW. KREW.
– To nie ja – wychrypiałem zbolały, jakbym mógł się jeszcze odciąć, udowodnić niewinność. Jakbym mógł zapomnieć. Nie myśleć. Nie myśleć. NIE MYŚLEĆ.
Ale... moje ciało… wiedziało swoje. Pragnęło. Potrzebowało. Wysuwało się ku temu łakomie, błagalnie, choć ja sam próbowałem trzymać je na smyczy. Objawiało się jego pożądanie, a następnie dawało ujście w podłych gestach, pokusach, manipulacjach. Na koniec również w bólu. W kradzieży. Zawsze w kradzieży.
Nie chciałem taki być.
Las milczał. Jakby też się bał. Nie było żadnego dźwięku, żadnej kotwicy, której mógłbym się chwycić. Dryfowaliśmy w czerni. Czy byliśmy już zgubieni?!
– To ta moja druga natura… on… ten egoistyczny dupek… – zasyczałem, osuwając się na kolana. – Pragnie krwi. Mąci mi w głowie... ciągle kusi i szepcze, że mogę, że jest okazja, tak na wyciągnięcie ręki... – wyznałem, zakrywając uszy dłońmi, jak dziecko, które chce odgonić potwora spod łóżka. Jakbym mógł złapać te myśli między palce. Przygnieść je, uciszyć. Nie wypuszczać. Miałem przeogromną nadzieję, że może były jak motyle. A może jak ćmy, bo była noc. A ja przecież byłem dzieckiem nocy…
Ech, nie pomagało. Nie pomagało. Nie pomagało. Nic nie pomagało.
– Chciałbym pić i pić… Wypić wszystko – wyrzuciłem z siebie, a potem zasyczałem z bólu, z nienawiści. Wbiłem palce w ziemię. Głowa nie pomaga. To może ziemia. Może gleba. Mech. Natura. Może mnie umocni… Umocni… Umocni!
– Matka… Matka jest ze mną… Otuli mnie. Powstrzyma. Nie pozwoli... czynić zła… - zacząłem jakby się modlić, choć z reguły nie przejmowałem się zanadto kowenami, wybierając imprezowanie. Ale... może tym razem? Może na końcu swej drogi miałem odnaleźć odkupienie?! OBY!!!
Bo to bolało. Wszystko bolało.
Zacisnąłem zęby tak mocno, że kły rozcięły mi dolną wargę. Czułem paskudny smak własnej krwi – starej, gęstej, obojętnej. Nie chciała nawet wypłynąć. Zastanawiała się, czy warto. Czy ma to jakiś sens. Nie, krwio, nie miało.
Jedyny sens miała świeża krew.
Uniosłem wzrok. Geraldine. Była jedynym kolorem w tym czarno-szarym świecie. Spojrzałem na nią z nadzieją. Plugawą, obleśną nadzieją. Może pozwoli mi choć spróbować? Mówiła, że nie będzie smaczna. A ja wiedziałem, że będzie najsmaczniejsza.
Podniosłem się. I ruszyłem. Nagle, gwałtownie, jak do sprintu. Jakbym startował w maratonie śmierci. Im mniej się domyśli, tym lepiej. Chciałem ją przewrócić z zaskoczenia. Przygnieść do ziemi. Przytrzymać. Poczuć puls pod moimi palcami. Zdobyć dominację. Wygrać.
| Rzucam na AF w celu przewrócenia Ger na ziemię.
Zawsze tak było. Wystarczyła iskra. Myśl o krwi. Drobna. Ledwie muśnięcie. I już mój umysł leciał w tym kierunku z obłędem, nie do zatrzymania, nie do odratowania. Choćbym krzyczał, błagał, zaprzeczał... Nic nie działało. Czy znowu miało być za późno?
KREW. KREW. KREW.
– To nie ja – wychrypiałem zbolały, jakbym mógł się jeszcze odciąć, udowodnić niewinność. Jakbym mógł zapomnieć. Nie myśleć. Nie myśleć. NIE MYŚLEĆ.
Ale... moje ciało… wiedziało swoje. Pragnęło. Potrzebowało. Wysuwało się ku temu łakomie, błagalnie, choć ja sam próbowałem trzymać je na smyczy. Objawiało się jego pożądanie, a następnie dawało ujście w podłych gestach, pokusach, manipulacjach. Na koniec również w bólu. W kradzieży. Zawsze w kradzieży.
Nie chciałem taki być.
Las milczał. Jakby też się bał. Nie było żadnego dźwięku, żadnej kotwicy, której mógłbym się chwycić. Dryfowaliśmy w czerni. Czy byliśmy już zgubieni?!
– To ta moja druga natura… on… ten egoistyczny dupek… – zasyczałem, osuwając się na kolana. – Pragnie krwi. Mąci mi w głowie... ciągle kusi i szepcze, że mogę, że jest okazja, tak na wyciągnięcie ręki... – wyznałem, zakrywając uszy dłońmi, jak dziecko, które chce odgonić potwora spod łóżka. Jakbym mógł złapać te myśli między palce. Przygnieść je, uciszyć. Nie wypuszczać. Miałem przeogromną nadzieję, że może były jak motyle. A może jak ćmy, bo była noc. A ja przecież byłem dzieckiem nocy…
Ech, nie pomagało. Nie pomagało. Nie pomagało. Nic nie pomagało.
– Chciałbym pić i pić… Wypić wszystko – wyrzuciłem z siebie, a potem zasyczałem z bólu, z nienawiści. Wbiłem palce w ziemię. Głowa nie pomaga. To może ziemia. Może gleba. Mech. Natura. Może mnie umocni… Umocni… Umocni!
– Matka… Matka jest ze mną… Otuli mnie. Powstrzyma. Nie pozwoli... czynić zła… - zacząłem jakby się modlić, choć z reguły nie przejmowałem się zanadto kowenami, wybierając imprezowanie. Ale... może tym razem? Może na końcu swej drogi miałem odnaleźć odkupienie?! OBY!!!
Bo to bolało. Wszystko bolało.
Zacisnąłem zęby tak mocno, że kły rozcięły mi dolną wargę. Czułem paskudny smak własnej krwi – starej, gęstej, obojętnej. Nie chciała nawet wypłynąć. Zastanawiała się, czy warto. Czy ma to jakiś sens. Nie, krwio, nie miało.
Jedyny sens miała świeża krew.
Uniosłem wzrok. Geraldine. Była jedynym kolorem w tym czarno-szarym świecie. Spojrzałem na nią z nadzieją. Plugawą, obleśną nadzieją. Może pozwoli mi choć spróbować? Mówiła, że nie będzie smaczna. A ja wiedziałem, że będzie najsmaczniejsza.
Podniosłem się. I ruszyłem. Nagle, gwałtownie, jak do sprintu. Jakbym startował w maratonie śmierci. Im mniej się domyśli, tym lepiej. Chciałem ją przewrócić z zaskoczenia. Przygnieść do ziemi. Przytrzymać. Poczuć puls pod moimi palcami. Zdobyć dominację. Wygrać.
| Rzucam na AF w celu przewrócenia Ger na ziemię.
Rzut PO 1d100 - 77
Sukces!
Sukces!
Rzut PO 1d100 - 43
Sukces!
Sukces!