09.06.2025, 08:30 ✶
Na ulicy narastał harmider. Z okolicznej kawiarni dało się usłyszeć paniczny jazgot. Umbriel wcale się temu nie dziwił – sama jego obecność musiała wywoływać wśród mieszkańców Magicznych Dzielnic głębokie przerażenie, a z każdą kolejną minutą ataki Śmierciożerców narastały. Opadały w dół rolety, zasłaniano witryny kotarami. Czarodzieje radzili sobie jak mogli i liczyli na to, że zły los nie wybierze ich – nikt przecież nie chciał stać się przypadkową ofiarą zamachu.
Mogli liczyć ze strony Umbriela na współpracę.
Przypadkowe ofiary go nie interesowały. Interesowało go przerażenie, interesowało go wiele złych emocji, które dało się utkać w sztukę, którą chciał tworzyć. Nijakość i przypadek nie pasowały do klasycznych brzmień – nie potrafił się tym inspirować, a więc dostrzegał w tych działaniach najzwyklejszą w świecie stratę czasu. Jego motywacje do siania destrukcji w tym miejscu były jasne: potrzebował pieniędzy, a zawód miał... kontrowersyjny? Nie wam to oceniać!
Ale ta noc była jeszcze młoda – wiele miało się wydarzyć podczas Emberfall i spodziewał się odnalezienia w zgliszczach Londynu wielu nowych kompozycji. Kolejne drzwi uderzył więc barkiem z myślą, że nie można było zebrać plonów, jeżeli nie zasiało się pola.
I kolejny czar – znów ciśnienie wymierzone w newralgiczne miejsce konstrukcji. I znów brak reakcji ze strony przerażonych ludzi, którzy woleli stracić część dobytku aniżeli życie. Nie do końca im się dziwił, chociaż pojawiały się myśli: po cóż Śmierciożercy mieliby niszczyć Sieć Fiuu, jeśli nie po to, aby później mordować ich, pozbawiwszy połowę Pokątnej możliwości ucieczki?
Ostatni ze sklepów mijanych przez Umbriela po drodze do Bellatrix miał zamknięte drzwi, ale właściciel nie zasunął żadnej kotary. Degenhardt ugryzł to więc inaczej – zasłonił twarz maską na wypadek, gdyby szkło oddzielające go od kominka pękło, następnie wymierzył to samo zaklęcie przez przeszkloną witrynę.
A później jego oczy i oczy Bellatrix spotkały się mimo osłonięcia się przed światem i nie mógł zareagować inaczej niż śmiechem.
– Przez moment myślałem, że stamtąd nie wyjdziesz – powiedział wprost. Nie zamierzał się z nią przekomarzać, nawet sprawdził, czy dziewczynie nic nie jest, zanim chwycił ją za przedramię i zaciągnął w jedną z bocznych alejek, nie słuchając ani słowa sprzeciwu. Umbriel nie był jednak człowiekiem, który darowałby sobie lekką drwinę z jej niepowodzeń. – Odsuwamy się, druga para już nadchodzi. – Uniósł palec w górę, zwracając jej uwagę na już całkowicie zasłonięte chmurami niebo. Opadający na nich popiół już od kilkudziesięciu minut wzniecał coraz to intensywniejsze pożary na mapie Anglii. – Wiem, że mieliśmy nie wciągać masek, żeby tego nie wdychać, ale cholernie potrzebuję zapalić.
Więc zapalili. W tej samej kamienicy, w której na początku tej wielkiej katastrofy, jak gdyby nigdy nic tańczyli razem walca.
Mogli liczyć ze strony Umbriela na współpracę.
Przypadkowe ofiary go nie interesowały. Interesowało go przerażenie, interesowało go wiele złych emocji, które dało się utkać w sztukę, którą chciał tworzyć. Nijakość i przypadek nie pasowały do klasycznych brzmień – nie potrafił się tym inspirować, a więc dostrzegał w tych działaniach najzwyklejszą w świecie stratę czasu. Jego motywacje do siania destrukcji w tym miejscu były jasne: potrzebował pieniędzy, a zawód miał... kontrowersyjny? Nie wam to oceniać!
Ale ta noc była jeszcze młoda – wiele miało się wydarzyć podczas Emberfall i spodziewał się odnalezienia w zgliszczach Londynu wielu nowych kompozycji. Kolejne drzwi uderzył więc barkiem z myślą, że nie można było zebrać plonów, jeżeli nie zasiało się pola.
I kolejny czar – znów ciśnienie wymierzone w newralgiczne miejsce konstrukcji. I znów brak reakcji ze strony przerażonych ludzi, którzy woleli stracić część dobytku aniżeli życie. Nie do końca im się dziwił, chociaż pojawiały się myśli: po cóż Śmierciożercy mieliby niszczyć Sieć Fiuu, jeśli nie po to, aby później mordować ich, pozbawiwszy połowę Pokątnej możliwości ucieczki?
Rzut Z 1d100 - 70
Sukces!
Sukces!
Ostatni ze sklepów mijanych przez Umbriela po drodze do Bellatrix miał zamknięte drzwi, ale właściciel nie zasunął żadnej kotary. Degenhardt ugryzł to więc inaczej – zasłonił twarz maską na wypadek, gdyby szkło oddzielające go od kominka pękło, następnie wymierzył to samo zaklęcie przez przeszkloną witrynę.
Rzut Z 1d100 - 85
Sukces!
Sukces!
A później jego oczy i oczy Bellatrix spotkały się mimo osłonięcia się przed światem i nie mógł zareagować inaczej niż śmiechem.
– Przez moment myślałem, że stamtąd nie wyjdziesz – powiedział wprost. Nie zamierzał się z nią przekomarzać, nawet sprawdził, czy dziewczynie nic nie jest, zanim chwycił ją za przedramię i zaciągnął w jedną z bocznych alejek, nie słuchając ani słowa sprzeciwu. Umbriel nie był jednak człowiekiem, który darowałby sobie lekką drwinę z jej niepowodzeń. – Odsuwamy się, druga para już nadchodzi. – Uniósł palec w górę, zwracając jej uwagę na już całkowicie zasłonięte chmurami niebo. Opadający na nich popiół już od kilkudziesięciu minut wzniecał coraz to intensywniejsze pożary na mapie Anglii. – Wiem, że mieliśmy nie wciągać masek, żeby tego nie wdychać, ale cholernie potrzebuję zapalić.
Więc zapalili. W tej samej kamienicy, w której na początku tej wielkiej katastrofy, jak gdyby nigdy nic tańczyli razem walca.
// uzależnienie I, uparciuch I, tworzenie dzieł sztuki II
Postać opuszcza sesję
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me