07.02.2023, 22:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.07.2023, 13:21 przez Florence Bulstrode.)
Florence Bulstrode nie była członkinią Zakonu. Nie była nawet świadoma jego istnienia. Za to była naprawdę dobrą klątwołamaczką, a przynajmniej za taką się uważała, pracowała w Mungu dziewięć lat, a wcześniej robiła tam staż, nigdy nie odmawiała nikomu leczenia. Poza tym była krewną Arabelli Bulstrode, a jeśli istniało coś, co liczyło się dla kobiety bardziej niż własna kariera i szpital, to tym kimś byli krewni.
Czy Florence dziwiło, że Cedric zamiast oficjalnie powiadomić szpital, ściągał ją, oraz dwójkę innych ludzi? Trochę. Teleportacja gdzieś w środek niczego dziwiła jeszcze mocniej i pewnie gdyby nie to, że chodziło o dobrego do szpiku kości Lupina, Bulstrode zrobiłaby się podejrzliwa. Mieszane towarzystwo, w jakim się znaleźli - jakiś młody chłopak, którego nie kojarzyła, podobno klątwołamacz, aurorka, też specjalizująca się w łamaniu klątw, magomedyk Cedric i wreszcie ona sama - tylko ogólną dziwność sytuacji zwiększało. Uzdrowicielka nie zadawała jednak pytań i zgodziła się na wszystko - chodziło w końcu o jej krewną.
Była gotowa do udania się do szpitala w momencie, gdy ją tutaj ściągnięto - nie zdążyła tylko jeszcze założyć szaty uzdrowicielki. Wyglądała więc nienagannie, może nawet nieco nazbyt perfekcyjnie, bo Florence przykładała do takich rzeczy ogromną wagę. Nie tyleż do wyglądania pięknie, ile schludnie - nie była umalowana, ale z warkocza nie wystawał ani jeden kosmyk, jakby potraktowano go jakimś zaklęciem. Ciemna spódnica i biała bluzka nie zmięły się w ani jednym miejscu, jakby ledwo co zostały wyprasowane. Nie wspominając już o tym, że każdy element ubioru - od spódnicy, przez torebkę aż po buty i spinkę do włosów - został do siebie dobrany. W wyglądzie Florence nic nie było przypadkowe.
- Florence, uzdrowiciel - przedstawiła się krótko, kiedy zrobiła to aurorka, choć akurat Lucy była z nią na roku w Hogwarcie, więc Florence ją kojarzyła. Nie zwracała może jakiejś ogromnej uwagi na uczniów, ale pamiętała osoby ze swojego roku (i większość Krukonów z sąsiadujących roczników). Najwyraźniej jednak sama Longbottom nie zapamiętała, za kim siedziała w szkolnej ławce na kursach transmutacji, zaklęć i OPCM dla zaawansowanych w szóstej oraz siódmej klasie.
Gdy znaleźli się w domu, Florence nie poświęciła uwagi dalszym wyjaśnieniom, co do tego, gdzie nauczyli się klątwołamania, po prostu chcąc wierzyć, że nie znaleźli się tu przypadkowo. Nie obchodził jej tutejszy wystrój (chociaż zazwyczaj pewnie kręciłaby na niego nosem, bo to miejsce nie dorównywało jej bardzo wyśrubowanym standardom). Florence nie wykazała też żadnego zainteresowania książkami: o klątwach uczyła się przez ostatnie dwanaście lat i jeśli do tej pory nie miała wystarczającej wiedzy i umiejętności, aby poradzić sobie z tym konkretnym przekleństwem, to - była pewna - nie nabędzie go w ciągu najbliższych piętnastu minut. Poza tym dostali przecież już informacje, jak złamać tę klątwę (i Florence w głębi ducha zastanawiała się, kto udzielił im tych informacji: to nie było proste przekleństwo). Przyczyną zignorowania i słów Lucy, i książek, był jednak prosty fakt.
Wystarczył jeden rzut oka na chorą, aby wiedzieć, że ta wkrótce umrze. Czarne plamy ogarniające powoli jej ciało najlepiej świadczyły o tym, że czarnomagiczna klątwa - na litość Merlina, jak Arabella mogła paść jej ofiarą? - powoli ją pochłania. Ten widok sprawił, że na krótką chwilę krew niemal ścierpła w żyłach Florence. Przez ułamek sekundy nawet widać było to na jej twarzy, zapanowała jednak nad sobą stosunkowo szybko.
Gdy Lupin egzaminował stan Arabelli, Florence milczała, zbyt wstrząśnięta stanem kobiety, aby mieć ochotę na jakiekolwiek pogawędki i nazbyt pochłonięta myślą o tym, by ją uratować, żeby zwracać dużą uwagę na otoczenie. Wzięła się jednak w garść dość szybko, bo przecież widywała już ludzi w gorszym stanie. (Nie bez powodu nie powinno się leczyć swoich krewnych. Teraz odzyskanie zwykłego spokoju było nieco trudniejsze niż w przypadkach, gdy nie znała pacjenta.) Florence wyciągnęła ze swojej torebki specjalne rękawiczki: ostatnie, czego potrzebowała, to żeby to paskudztwo rozprzestrzeniło się i na nią, i zaczęła sprawdzać, czy symptomy rzeczywiście pasują do tego, o czym mówił wcześniej młody Lupin.
- Zaklęcia wzmacniające? - spytała, słowa kierując do Cedrica. Może nie był klątwołamaczem, ale uzdrowicielem już tak i wierzyła, że po sprawdzeniu stanu kobiety będzie wiedział, czy te należy rzucić.
- Bardzo zły - mruknęła na pytanie Nicholasa, spoglądając, jak daleko sięgnęły ciemne plamy. Biegły z kończyn, ku torsowi, ze wszystkich stron... pnąc się ku sercu... - Kiedy ta czerń dojdzie do serca, umrze. A to oznacza, że nie ma już czasu. Macie czyśćduszę?
Spojrzała tam, gdzie Lupin wskazywał, że jest wszystko potrzebne do zdjęcia klątwy, poszukując zielska. Wiedziała, w jaki sposób tę klątwę można zdjąć. Jak ją rzucono – już za żadne skarby. Otrzymała tylko tyle informacji, ile przekazał jej Lupin, a on z przyczyn oczywistych nie dzielił się sekretami Zakonu. Nie miała pojęcia, że czar rzucili śmierciożercy. Nie była więc w stanie odpowiedzieć Figgowi - w końcu te informacje przekazano tylko im, członkom Zakonu, nie jej.
Chociaż, bogini Florence świadkiem: zadawała sobie to pytanie. W co wplątała się Arabella? Kto jej to zrobił? I dlaczego transport dla Munga, najwyraźniej, mógł być dla niej niebezpieczny?
Czy Florence dziwiło, że Cedric zamiast oficjalnie powiadomić szpital, ściągał ją, oraz dwójkę innych ludzi? Trochę. Teleportacja gdzieś w środek niczego dziwiła jeszcze mocniej i pewnie gdyby nie to, że chodziło o dobrego do szpiku kości Lupina, Bulstrode zrobiłaby się podejrzliwa. Mieszane towarzystwo, w jakim się znaleźli - jakiś młody chłopak, którego nie kojarzyła, podobno klątwołamacz, aurorka, też specjalizująca się w łamaniu klątw, magomedyk Cedric i wreszcie ona sama - tylko ogólną dziwność sytuacji zwiększało. Uzdrowicielka nie zadawała jednak pytań i zgodziła się na wszystko - chodziło w końcu o jej krewną.
Była gotowa do udania się do szpitala w momencie, gdy ją tutaj ściągnięto - nie zdążyła tylko jeszcze założyć szaty uzdrowicielki. Wyglądała więc nienagannie, może nawet nieco nazbyt perfekcyjnie, bo Florence przykładała do takich rzeczy ogromną wagę. Nie tyleż do wyglądania pięknie, ile schludnie - nie była umalowana, ale z warkocza nie wystawał ani jeden kosmyk, jakby potraktowano go jakimś zaklęciem. Ciemna spódnica i biała bluzka nie zmięły się w ani jednym miejscu, jakby ledwo co zostały wyprasowane. Nie wspominając już o tym, że każdy element ubioru - od spódnicy, przez torebkę aż po buty i spinkę do włosów - został do siebie dobrany. W wyglądzie Florence nic nie było przypadkowe.
- Florence, uzdrowiciel - przedstawiła się krótko, kiedy zrobiła to aurorka, choć akurat Lucy była z nią na roku w Hogwarcie, więc Florence ją kojarzyła. Nie zwracała może jakiejś ogromnej uwagi na uczniów, ale pamiętała osoby ze swojego roku (i większość Krukonów z sąsiadujących roczników). Najwyraźniej jednak sama Longbottom nie zapamiętała, za kim siedziała w szkolnej ławce na kursach transmutacji, zaklęć i OPCM dla zaawansowanych w szóstej oraz siódmej klasie.
Gdy znaleźli się w domu, Florence nie poświęciła uwagi dalszym wyjaśnieniom, co do tego, gdzie nauczyli się klątwołamania, po prostu chcąc wierzyć, że nie znaleźli się tu przypadkowo. Nie obchodził jej tutejszy wystrój (chociaż zazwyczaj pewnie kręciłaby na niego nosem, bo to miejsce nie dorównywało jej bardzo wyśrubowanym standardom). Florence nie wykazała też żadnego zainteresowania książkami: o klątwach uczyła się przez ostatnie dwanaście lat i jeśli do tej pory nie miała wystarczającej wiedzy i umiejętności, aby poradzić sobie z tym konkretnym przekleństwem, to - była pewna - nie nabędzie go w ciągu najbliższych piętnastu minut. Poza tym dostali przecież już informacje, jak złamać tę klątwę (i Florence w głębi ducha zastanawiała się, kto udzielił im tych informacji: to nie było proste przekleństwo). Przyczyną zignorowania i słów Lucy, i książek, był jednak prosty fakt.
Wystarczył jeden rzut oka na chorą, aby wiedzieć, że ta wkrótce umrze. Czarne plamy ogarniające powoli jej ciało najlepiej świadczyły o tym, że czarnomagiczna klątwa - na litość Merlina, jak Arabella mogła paść jej ofiarą? - powoli ją pochłania. Ten widok sprawił, że na krótką chwilę krew niemal ścierpła w żyłach Florence. Przez ułamek sekundy nawet widać było to na jej twarzy, zapanowała jednak nad sobą stosunkowo szybko.
Gdy Lupin egzaminował stan Arabelli, Florence milczała, zbyt wstrząśnięta stanem kobiety, aby mieć ochotę na jakiekolwiek pogawędki i nazbyt pochłonięta myślą o tym, by ją uratować, żeby zwracać dużą uwagę na otoczenie. Wzięła się jednak w garść dość szybko, bo przecież widywała już ludzi w gorszym stanie. (Nie bez powodu nie powinno się leczyć swoich krewnych. Teraz odzyskanie zwykłego spokoju było nieco trudniejsze niż w przypadkach, gdy nie znała pacjenta.) Florence wyciągnęła ze swojej torebki specjalne rękawiczki: ostatnie, czego potrzebowała, to żeby to paskudztwo rozprzestrzeniło się i na nią, i zaczęła sprawdzać, czy symptomy rzeczywiście pasują do tego, o czym mówił wcześniej młody Lupin.
- Zaklęcia wzmacniające? - spytała, słowa kierując do Cedrica. Może nie był klątwołamaczem, ale uzdrowicielem już tak i wierzyła, że po sprawdzeniu stanu kobiety będzie wiedział, czy te należy rzucić.
- Bardzo zły - mruknęła na pytanie Nicholasa, spoglądając, jak daleko sięgnęły ciemne plamy. Biegły z kończyn, ku torsowi, ze wszystkich stron... pnąc się ku sercu... - Kiedy ta czerń dojdzie do serca, umrze. A to oznacza, że nie ma już czasu. Macie czyśćduszę?
Spojrzała tam, gdzie Lupin wskazywał, że jest wszystko potrzebne do zdjęcia klątwy, poszukując zielska. Wiedziała, w jaki sposób tę klątwę można zdjąć. Jak ją rzucono – już za żadne skarby. Otrzymała tylko tyle informacji, ile przekazał jej Lupin, a on z przyczyn oczywistych nie dzielił się sekretami Zakonu. Nie miała pojęcia, że czar rzucili śmierciożercy. Nie była więc w stanie odpowiedzieć Figgowi - w końcu te informacje przekazano tylko im, członkom Zakonu, nie jej.
Chociaż, bogini Florence świadkiem: zadawała sobie to pytanie. W co wplątała się Arabella? Kto jej to zrobił? I dlaczego transport dla Munga, najwyraźniej, mógł być dla niej niebezpieczny?