Gdyby nie skupiła na dłuższą chwilę wzroku na swoim kuzynie, najpewniej mogłaby dostrzec ten błysk w oczach Roberta, który wskazywał, że nie spodobała mu się odpowiedź Malfoya. Wówczas z całą pewnością możnaby się spodziewać na twarzy Henrietty lekkiego grymasu zadowolenia. Każda, nawet najmniejsza jego porażka, w jakiś sposób ją satysfakcjonowała. Choć oczywiście w pewnych granicach, bowiem co złego dla Roberta, tym mogło być równie złe dla ich rodziny. Niemniej — Lenore poświęciła dłuższą uwagę swego spojrzenia właśnie na Elliottcie, chwilowo traktując swego małżonka jedynie jako dodatek do jej osoby.
Gdy Robert szarpnął ją do przodu, spodziewała się tego. W końcu ani Malfoy ani jego żona nie okazali mu ani szacunku nie tańcząc w takt jego pytania. Gdy składał jej reprymendę, na twarzy Henrietty wyraźnie zagościł uśmieszek. W tym miejscu, wśród innych członków socjety, nie mógł jej niczego zrobić. Uśmiechała się więc z satysfakcją, a jednocześnie tak, by wyglądało to jak na rozmowę dwojga kochanków. Choć przecież nikt by ich nie podejrzewał choćby o skrawek jakichkolwiek uczuć! Afektem ich relacji były wręcz odczuwalne opary wzajemnej niechęci. Nie odpowiedziała mu też — jej spojrzenie i ten charakterystyczny układ warg były nazbyt wymowne w tej sytuacji.
Gdy znów ją pociągnął, tym razem ledwo nadążyła, albowiem Henriettcie w zamyśleniu o mało co nie wyleciał kieliszek z whisky. Trudno orzec czy rzeczywiście wiedział w jakich trunkach się lubuje — w jej pokoju można było dostrzec niejedną porządną butelkę single malta. Gdy Elliott wygłosił toast, upiła dwa niewielkie łyki, by posmakować alkoholu i ocenić co trzyma w swej dłoni. Niestety nie była aż takim koneserem, by od razu po zapachu i kolorze ocenić jaką whisky konkretnie ma w ręku. Toast był krótki, aczkolwiek na tyle, na ile dobrze znała swego kuzyna, to nie rzucał on zbytnio niepotrzebnie wypełniających słów.
Henrietta również wsłuchała się w utwór Stelli doceniając muzykę klasyczną. To chyba było jedyne, co ją łączyło z małżonkiem. Co zaś się samej Stelli tyczy, to nie miała wobec niej określonych odczuć. Była dla niej tak samo obojętna jak większość zgromadzonych tu person. Gdy znów została szarpnięta, na jej twarzy pojawił się wyraźny grymas irytacji. Kiedy więc podchodzili do Panny Avery, ta mogła opacznie zrozumieć jej reakcję na swój występ. Teraz dopiero można było powiedzieć, że nie jest zadowolona z sytuacji, w jakiej się znalazła.
Mocą wypitego drinka miała przemożną chęć zapytać Roberta kiedy jego kolej na pogrzeb, jednak miała na tyle taktu, aby powstrzymać się od tego zapytania w towarzystwie Stelli (lub kogokolwiek innego, kto znalazłby się zbyt blisko tej dwójki). Dlatego też odczekała aż będą względnie sami i mocniej zaciskając rękę na na ramieniu Mulcibera, by go do siebie przyciągnąć, spojrzała mu w oczy i rzekła spokojnie, acz wymownie. — Mężu mój, kiedy zaś twoja kolej na pogrzeb, hm? — To już chyba była ich codzienność — dawanie sobie przytyków, które każde z nich do jakiegoś stopnia tolerowało. Bo równie każde wiedziało, że jedno próbuje drugiego wyprowadzić z równowagi.