• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [kwiecień 72, sen] Brenna w Krainie Czarów

[kwiecień 72, sen] Brenna w Krainie Czarów
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#1
07.02.2023, 22:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.03.2023, 17:41 przez Morgana le Fay.)  
Rozliczono - Brenna Longbottom - Pierwsze koty za płoty

Scenariusz sumy przypadków.

Odkryj wiadomość pozafabularną
Nie wiesz do końca, dlaczego postanowiłeś iść za tym przedziwnym królikiem, ale po kilku minutach bardzo tego żałowałeś. Wprowadził cię w pułapkę, a mówiąc konkretniej - stanąłeś na zapadni. Spadałeś w dół kilka długich minut… Kurczę, właściwie to spadałeś o wiele za długo. Później ciemność, jaka otaczała cię do tej pory, zamieniła się w czerwień, a na końcu wylądowałeś na wielkim grzybie. Znalazłeś się w świecie z Alicji w Krainie Czarów. Co gorsza - twoi znajomi, zarówno przyjaciele, jak i wrogowie, odgrywali tutaj role niczym w teatrze. Po jakimś czasie udało ci się ocknąć. Na szczęście to nie była prawda, tylko wytwór twojej wyobraźni po tym, jak upadłeś, biegnąc za królikiem i uderzyłeś się w głowę. Powinien cię obejrzeć uzdrowiciel.

- WRACAJCIE!!! GAŁGAN!!!!!!
Do licha ciężkiego!
Brenna goniła za białym królikiem. Czy też raczej goniła za swoim psem – to znaczy jednym z rodzinnych psów – który gonił białego królika. Wiedziała, po prostu wiedziała, że zabieranie na spacer całej trójki na raz to zły pomysł, ale była akurat sama w domu, a Łatek zawsze był tak spokojny… Wystarczyła jednak chwila, mignięcie białej kity i Gałgan, najżywszy i najbardziej energiczny z całej trójki psów Longbottomów, rzucił się w szaleńczą pogoń. A dwa pozostałe psy, oczywiście, nie mogły nie przyłączyć się do takiej zabawy, prawda
Normalnie zmieniłaby się w wilka i w ten sposób może udałoby się jej powstrzymać Gałgana przed dopadnięciem biednego zwierzaka, który wyglądał raczej na domowego ulubieńca niż dzikiego mieszkańca lasu, ale problem polegał na tym, że całkiem niedaleko widziała mugolskie dzieci z wioski.
Nie mogła zamienić się w wilka na oczach mugolskich dzieci wyłącznie z powodu królika.
Brenna w pełnym pędzie wpadła więc między drzewa, rozpaczliwie nawołując psy. Różdżkę trzymała w pogotowiu, zamierzając przemienić się, gdy tylko będzie pewna, że nie wypatrzy jej żaden mugol. Gdzieś pomiędzy liśćmi migała jej biała sierść, to królika, którego ścigała, to Gałgana. Gnając przez las potknęła się nagle, a potem…
…poleciała w dół.
*

…spadała.
I spadała, i spadała, i spadała…
Przez pierwsze trzydzieści sekund serce podchodziło jej do gardła. Przez kolejną minutę zdążyła zrobić cały przegląd swojego dotychczasowego życia (i stwierdzić, że było chyba bardzo nudne, to znaczy pomijając te fragmenty, w których próbowali ją zabić śmierciożercy albo rzucała tarcze, by przeklęte artefakty nie wybuchły jej w twarz). Potem, gdy już zaczęła się przyzwyczajać do tego wiecznego upadku i może nawet trochę się znudziła, otaczająca ją dotąd czerń zamieniła się nagle w intensywną czerwień i Brenna wylądowała na czymś miękkim.
Przesunęła dłonią po chropowatej powierzchni, odnotowując, że siedzi na czerwono – białym kapeluszu wielkiego muchomora. Z jakichś powodów nie wydawało się jej ani trochę dziwne ani to, że spadła na wielki grzyb, ani że nagle nie miała już na sobie swoich powycieranych jeansów i starej bluzy, a błękitną sukienkę i biały fartuszek. Brenna rozejrzała się dookoła i pośród wielu innych, wielkich grzybów, mignął jej biały, króliczy ogon.
- Hej, czekaj! – zawołała, zeskakując z muchomora. Rzuciła się w pogoń, między białymi nóżkami muchomorów, wysokich niczym chaty, pośród trawy, która z jakichś powodów sięgała jej ponad głowę. Była pewna, że jeśli chce stąd wyjść, musi podążać za białym królikiem.
- Spóźnię się, spóźnię się, jestem tak bardzo spóźniony!
Krzyk królika dobiegł ją gdzieś spomiędzy trawy, a jego głos z każdą chwilą coraz bardziej się oddalał. Zgubił po drodze rękawiczki i wachlarz: minęła je jednak obojętnie, choć gdzieś w głowie odbiła się myśl, że chyba powinna je podnieść i trochę się powachlować. Gdzieś między trawą mignęła jej mysz, która jednak zaraz znikła i Brenna zdążyła tylko zastanowić się, czy nie była to przypadkiem Dandelion.
Przykucnęła, gdy dotarła do muru i przecisnęła się przez niewielkie drzwi. Po drugiej stronie, w oddali, dostrzegła doskonale sobie znany budynek strażnicy: z zewnątrz zrujnowany, doskonale kryjący sekrety Zakonu Feniksa. Biały królik, który stał przy drzwiach obrócił się ku niej i okazało się, że to żaden królik: to był jej brat Erik, odziany w elegancką kamizelkę, jeszcze bardziej elegancki kapelusz, z białą kitą przyprawioną do spodni. Uniósł zegarek i zastukał w niego, jakby chcąc dać jej znać, że powinna się spieszyć.
- Zaraz się zaczyna, Bren! Spóźnisz się na cytrynowe dropsy!
Znikł za drzwiami, nim zdążyła odpowiedzieć. Podbiegła do budynku, ale drzwi zamknęły się za Erikiem, a kołatka, zawsze przecież rozpoznająca Brennę bez żadnego problemu, tego dnia zamarła i jak na złość – udawała całkowicie zwykłą, niemagiczną kołatkę.
- Przecież to oczywiste, że potrzebujesz klucza.
Znajomy głos dobiegł gdzieś z góry – i gdy Brenna zadarła głowę, dostrzegła, że z najbliższego muchomora spogląda na nią Salem. Kiedy się uśmiechnął, ukazał w tym uśmiechu rząd aż nazbyt ostrych zębów.
- Gdzie znajdę tę klucz?
- Musisz obejść strażnicę i iść w lewo… a może to było w prawo?
– zastanowił się Salem. – W każdym razie, gdzieś na rozstaju. Może pomoże ci Szalony Kapelusznik. Tylko uważaj, bo Król Kier może ci ściąć głowę.
- Królowa Kier
– poprawiła Brenna odruchowo, choć jako żywo, do tej pory nigdy nie napotkała ani Króla Kier, ani Królowej Kier, i choć Szalony Kapelusznik coś jej mówił, za nic nie mogła sobie przypomnieć, gdzie słyszała to imię…
- Nie. Królowa Kier została zdetronizowana. Teraz rządzi Król Kier i szykuje swoją armię grzybożerców na wielką wojnę przeciwko Krainie Czarów – wyjaśnił Salem z powagą. – A tutaj pod wodzą Gąsiennicy szykują się do stawienia mu czoła. I tylko ty nie zdążyłaś na zebranie: jestem pewien, że skutki będą katastrofalne. Przecież miałaś przynieść na zebranie coś bardzo ważnego.
Brenna nie zdążyła spytać, co miała przynieść na zebranie. Salem zaczął znikać, rozpływał się powoli w powietrzu: aż w końcu został po nim tylko uśmiech, który po paru sekundach także zniknął. Nie pozostało jej nic poza ruszeniem dalej, ku wspomnianemu przez kota rozstaju dróg. Już z daleka dostrzegła wielkie drzewo, do którego przybito kilka tabliczek, z których każda wskazywała inną stronę. „Gdzieś”, „Którędy”, „Nigdzie”, „Nieklątwiny”, „Nora Nory” i „Okrutna śmierć” – to było tylko kilka z wielu napisów, ale część z nich zamazywała się, kiedy Brenna próbowała je odczytać. W lewo albo prawo, sugerował Salem – a że w lewo prowadziło do „Okrutnej śmierci”, a prawo do „Nieklątwin”, Brenna ostatecznie zdecydowała się ruszyć właśnie na prawo.
- No Bren, znowu się spóźnisz! Naprawdę, jeżeli nie będziesz się bardziej starać, nikomu nie pomożesz! – dobiegło gdzieś z góry. Kiedy uniosła głowę, zdążyła zobaczyć tylko kobiecą postać na miotle. Zdawało się jej, że mignęły jej rude włosy, ale nie mogła być tego pewna: dziewczyna błyskawicznie znikła jej z oczu.
Miała rację. Spóźni się, jak tak dalej pójdzie, strasznie się spóźni…
Brenna przyspieszyła, a świat wokół niej jakby się zamazał i po chwili nie była już na ścieżce, a stała obok stołu. Trwała tu wielka biesiada: za szczytem stołu siedzieli Castiel i Fergus, obaj bardzo elegancko ubrani, w wielkich kapeluszach. Przy stole Brenna widziała i inne znajome twarze, jej wzrok przyciągnęła jednak skrzyneczka, tkwiąca na samym środku blatu, otoczona przez cienie.
- Co tu robicie?
- Jak co? Świętujemy nieklątwiny, Bren
– odparł Castiel. – To znaczy, świętujemy, że dziś żadnemu z nas klątwa nie odebrała ręki.
- To już trzecie nieklątwiny z rzędu
– dodał Fergus.
- To znaczy, że trzy dni temu komuś klątwa odebrała rękę?
- Potrzebował kluczyka i niestety, skrzynka pożarła mu dłoń
– przytaknął Flint. – Siądziesz z nami?
- Ale ja też potrzebuję kluczyka!
- Och
– zmartwił się Fergus. Uniósł ramię i zamachał do niej ciemnym kikutem. – To niedobrze, Bren. Kluczyk jest w środku. Ale zobacz, ta skrzyneczka ledwo trzy dni temu pożarła mi rękę. Naprawdę potrzebujesz tego klucza? Przecież możesz zostać tutaj z nami i doskonale się bawić.
- Oczywiście, potem pojawią się grzybożercy i zjedzą wszystkie grzyby, ale kto by się przejmował
– powiedział ktoś przy stole.
- Albo weź kluczyk od Mavelle: wzięła go już wcześniej, i nawet udało się jej zachować rękę, sprytnej dziewczynie, tylko pobiegła o tam, bo Walet Kier obiecał jej, że nauczy się, jak zamieniać się w psa. Podobno nie może zostać prawdziwym członkiem waszej rodziny, dopóki nie zamieniasz się w psa lub wilka – stwierdził ktoś, kogo twarz była znajoma, ale jakby zamazana, tak, że Brenna nie mogła skojarzyć, z kim rozmawia. – Te osoby, które tego nie potrafią, nie mogą jeść z wami przy stole i okrutnie je zadręczasz.
- Ja?
– zdumiała się Brenna.
- Nie udawaj, że nie. Całe dni muszą oddzielać groch od soczewicy w waszej piwnicy…
- Gdzie jest Mavelle?
– spytała Brenna w desperacji. Jeżeli faktycznie okrutnie dręczyła Mavelle, musiała natychmiast ją znaleźć i przeprosić. I powiedzieć, że wcale nie musi oddzielać grochu od soczewicy, przecież w ich domu nawet nikt za bardzo nie przepadał za grochem.
- Nigdzie.
- Jak to nigdzie?!
- Poszła do nigdzie. Naprawdę, Brenno, dlaczego ty nigdy niczego nie rozumiesz? Zawsze za wolno łączysz fakty, a potem ktoś rzuca klątwy na twojego brata i przeklina wasze miotły…

Brenna nie słuchała już dalej – zawróciła, biegnąc, jak miała nadzieję z powrotem do drzewa na rozstaju dróg. Była prawie pewna, że pośród przybitych na nim drogowskazów, przynajmniej jeden wskazywał na „nigdzie”. Zdyszana dotarła tam i obrała właściwy kierunek, i po chwili biegła już nie po trawie, a we mgle, a wokół siebie poza tą mgłą… nie mogła dostrzec niczego.
- Mav! Mav! – nawoływała w panice. – Kochanie, możesz zostawić ten groch i soczewicę!
- Teraz mi to mówisz?! Ja już prawie skończyłam! Przez ciebie obie nie poszłyśmy na zebranie i zobaczysz, że jeśli coś się stanie, to będzie twoja wina!

Pełen oburzenia głos kuzynki dobiegł gdzieś z przodu. Brenna znalazła Mavelle siedzącą na stołku, a u jej nóg znalazły się dwa wielkie wiadra. Bones spojrzała na nią z irytacją, a potem kopnęła jedno z wiader, i jego zawartość zaczęła się wysypywać… i było jej tak dużo, że ta sypała się, i sypała, aż w końcu przewróciła Brennę i choć ta próbowała się wycofać, nie zdołała. Soczewica, która okazała się ostatecznie kolorowymi kamieniami, porwała ją, obaliła i…

*
…Brenna obudziła się.
Bardzo, bardzo bolała ją głowa, a na nosie czuła coś wilgotnego.
Brenna jęknęła i spróbowała na ślepo odepchnąć coś, co właśnie dotykało jej twarzy. Dłoń natknęła się na miękkie futro i gdy wreszcie Brygadzistka otworzyła oczy, ujrzała tuż nad sobą dwa psie pyski. Gałgan i skamlący Łatek, które dopiero co zostały przez nią wyprowadzone na spacer, najwyraźniej zainteresowały się tym, dlaczego ich pani zamiast biegać wraz z nimi, leży zwinięta na mchu. Przez gałęzie drzewa prześwitywały promienie słońca, już blade. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi – odkąd wyszła z domu, musiała minąć przynajmniej godzina.
- Gdzie Ponurak? – wykrztusiła Brenna, jakby któryś z psów mógł jej odpowiedzieć. Odepchnęła pysk Gałgana, który w przypływie troski, radości z tego, że się obudziła albo ogólnych uczuć spróbował znowu polizać ją po nosie, i ostrożnie obamacała swoją głowę. Kiedy przesunęła ręką po czole, na palcach została krew. Kręciło się jej w głowie, rozcięcie nieznośnie piekło, a gdy spróbowała usiąść, cały świat zawirował.
Świetnie. Ledwo parę dni temu spadła z miotły i złamała sobie nogę, a teraz…
…teraz co?
Zamrugała, przypominając sobie to wszystko: pogoń za królikiem, Salema o ostrych zębach, Erika – królika, Brygadzistkę na miotle, swoją kuzynkę, Fergusa i Castiela świętujących nieklątwiny, Mavelle z jakichś powodów porządkującej groch i soczewicę…
- Wiecie co? Mama ma rację. Czytam za dużo mugolskich książek… i na litość Merlina, już nigdy więcej nie zjem soczewicy – poinformowała psy, co Ponurak, na szczęście czający się w pobliżu w cieniu drzewa, skwitował basowym szczeknięciem. Brenna przypomniała sobie, że przecież ledwo wczoraj, gdy porządkowała pokój, zerknęła na Alicję w Krainie Czarów i przeczytała parę akapitów… ten sen najwyraźniej był skutkiem po części uderzenia w głowę, po części właśnie tej lektury. A podobno lektura rozwijała wyobraźnie. Nikt tylko nie wspomniał, że mogła też przyprawiać o takie koszmary.
Rozejrzała się i na szczęście na mchu wypatrzyła swoją różdżkę. Dostrzegła także przyczynę swojego upadku: wyglądało na to, że jakiś mugol postanowił porzucić w lesie butelkę po alkoholu. Musiała się o nią potknąć i wyrżnęła głową prosto w jakiś korzeń albo kamień.
- Wracamy do domu, kochani – westchnęła kobieta. Objęła psy za szyję, przepełniona ulgą, że szalony sen był tylko szalonym snem, a potem puściła je i z pewnym trudem podniosła się, podpierając o drzewo. Nie mogła się po prostu teleportować. Nie, kiedy nawet zrobienie kroku zdawało się jej bardzo trudnym przedsięwzięciem. Była pewna, że jeśli spróbuje w takim stanie, trafi gdzieś na jakieś mgliste mokradła, a nie pod sad Longbottomów. Nie wspominając już o tym, że musiałaby zostawić zwierzaki same w lesie, a to nie wchodziło w grę, choćby musiała czołgać się z powrotem…
Objęła na moment pień, gdy znów zakręciło się jej w głowie. Oj, chyba tego obrażenia nie uda się ukryć przed rodziną. Wyglądało na to, że ostatnio Brenna była bardziej pechowa niż Nora…
- Chyba bardzo potrzebuję uzdrowiciela. A najlepiej to uzdrowiciela i eee… zaraz, co mają mugole, psychiatrów czy coś takiego… – wymamrotała do siebie i powoli ruszyła przez knieję Godryka ku posiadłości swojej rodziny…
A biały królik?
Krył się gdzieś w norze pod drzewem: i może był tylko zwykłym, białym królikiem, a może wcale nie…
Koniec sesji


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Brenna Longbottom (2175)




Wiadomości w tym wątku
[kwiecień 72, sen] Brenna w Krainie Czarów - przez Brenna Longbottom - 07.02.2023, 22:59

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa