Był to ten osobliwy moment wieczoru, który nie tyle zwiastował koniec dnia, co jego drugie, mniej oficjalne otwarcie. Słońce zaczynało chylić się ku zachodowi, malując niebo w odcieniach pomarańczu, różu i fioletu, a chociaż wyszło tylko na chwilę, na sam koniec dnia, zdążyło rzucić kilka gustownych promieni na wszystko, co znalazło się na zewnątrz domu, około pół kilometra od zabudowań. A było tego dużo, aż za dużo. Alkoholu i jedzenia, jak na jego oko, starczyłoby, co najmniej, na trzy takie okazje, a nie miał w zwyczaju skąpić na takich rzeczach.
Cornelius byłby się może jeszcze odrobinę nad tym poznęcał w myślach, powywracałby oczami nad ekscesywnymi ilościami napitków i pokarmów, i sposobem, w jaki niektórzy wchodzili w rolę gospodarzy wieczoru, nie będąc nimi, za to robiąc wszystko z przesadną teatralnością i pasją, jakby byli kolejnym Wielkim Gatsbym, tylko w mikro skali. Tak, może by to zrobił, gdyby nie fakt, że coś innego przykuło jego uwagę i to z siłą, której się nie spodziewał.
To było jezioro, o nie chodziło, o jezioro tam, gdzie go nigdy wcześniej nie było. Znajdowało się miejscu, które Cornelius znał dobrze, wielokrotnie je przemierzał, nie spodziewając się niczego poza znajomym, suchym zagłębieniem terenu, może lekko porośniętym mchem, może z jakimś niezbyt zielonym źdźbłem trawy, bądź dwoma, ale teraz... Tam było jezioro, tafla wody odbijała światło rozpalającego się ogniska, o którego organizacji, w przeciwieństwie do lokalizacji, Corio wiedział, za to... Tak, to otoczenie wokół sprawiło, że mężczyzna usiadł na pierwszym leżaku, jaki zastał, częściowo ogłupiały, częściowo w osłupieniu, po części nie wiedząc, czy ma się śmiać, czy płakać, czy zacząć kogoś opierdalać, a jak tak, to kogo dokładnie.
Jezioro, jasna cholera, jezioro, o którym nikt mu nie powiedział, nawet, jeśli było na jego własnej działce. No, na działce ciotki Ursuli, ale rezydencja była również częścią jego majątku, w który Lestrange wkładał swoje galeony i swój czas, tymczasem nikt, naprawdę, nie powiedział mu ani słowa, zanim tu nie przyszli, nie rzucił zapowiedzi, ani wzmianki o tym, że miał zamiar wyczarować cały zbiornik wodny, jakby to był najzwyklejszy dodatek do atmosfery wieczoru. Parasoleczki, leżaczki, hamaczki, stoliczki, krzesełka, 561 300 000 literków wody tam, gdzie jej nie było, miał wrażenie, jeszcze rano...
Lestrange jeszcze nie spytał, kto to zrobił, nie to, że nie miał takiego zamiaru, tylko chwilowo próbował przetworzyć zmiany. No, tak, milczał, bo nie mógł uwierzyć, że nikt mu wcześniej nie zapowiedział, że takie coś się wydarzy i zamiast wykorzystać już istniejący zbiornik, wyczarują im tu jezioro, które, choć w oczach mężczyzny, przyzwyczajonego do kawału łąki, zupełnie nie pasowało do tego miejsca, wyglądało jakby od wieków miało tam swoje miejsce, między tymi jeżynami i dębami, należało do tego pejzażu, a nie było tu, bo ktoś postanowił, żeby tak było... Po prostu - oto było, zmaterializowane, a wszyscy wokół, poza nim, zdawali się przyjmować to jako coś zupełnie naturalnego i oczywistego, jak coś, co przecież musiało tu być od zawsze. No, nie, nie było...
Corio siedział tam, na skraju tego nowo powstałego bajora, obok ogniska, wpatrując się z niedowierzaniem w to, co się działo wokół niego, bo sam nie potrafił do końca zrozumieć, jak to wszystko się wydarzyło. Klasyczne: [i]„jak do tego doszło, nie wiem”, przez chwilę poczuł ukłucie nerwowości, coś na kształt zapowiedzi epizodu maniakalnego, chwilowej niepoczytalności w związku z tym, że nikt mu nic nie powiedział, nie zapytał, nawet nie raczył rzucić półsłówkiem, że będzie tu nowy zbiornik wodny, nawet tymczasowy... Tu, w tym miejscu. Analizując to w swojej głowie, niby musiał przyznać, że nawet, jeśli nie było to spodziewane, to wyszło, bez wątpienia, wyszło im to jezioro, nie byle nędzne bajorko, nie jakaś tam zarośnięta sadzawka z błotem i komarami, tylko jezioro z prawdziwego zdarzenia, o tafli gładkiej jak lustro. Bezbłędnie im wyszło, no, naprawdę, było piękne, kuszące, spokojne, idealne, sprawdzało się, jako tło dla takiego wydarzenia albo, jeśli ktoś miał wyjątkowo złośliwy nastrój, a on mógł taki mieć, do przypadkowego pchnięcia kogoś, kto przesadził z entuzjazmem lub alkoholem. Nie, żeby Lestrange miał takie plany, oczywiście, ale sama możliwość była... Pokrzepiająca.
Zwłaszcza, gdy Cornelius patrzył na Romulusa, bo Ambroise'a nie było, a Elias wyglądał na niewinnego, który zachowywał się, jak pani dworu na otwarciu sezonu imprez towarzyskich. Tak, Potter dosłownie lśnił dumą z siebie, brakowało mu tylko szaty obszytej pierzem i boa z pawich piór owiniętego wokół szyi. Nie można było powiedzieć, że wczuwając się w rolę, adekwatnie się nie postarał, no, nie, ale... ALE.
Wdech-wydech.
Procenty były, pianki były, palmy były, choć skąd wzięły się palmy, o to Corio już nawet nie chciał pytać, leżaki i hamaki były, obecne i strategicznie rozlokowane, z wyraźnym zamysłem estetyczno-praktycznym, który sugerował, że ktoś, Romulus ktoś, naprawdę się przyłożył, może aż za bardzo, do tej „spontanicznej atmosfery”, o której wspomniano mu już kilka razy. Niczego nie brakowało, prócz kilku pozostałych osób, nawet pogoda, podejrzanie łaskawa, dopełniała obrazu sielankowego wieczoru. Było niemal za idealnie, tylko to bajoro, jezioro, te litry wody i palmy... Palmy! Jezioro! Palmy nad jeziorem! W samym środku września, w Wielkiej Brytanii!
- Roman, możesz tu na chwilę, hmmm? - Wreszcie spytał, starając się brzmieć spokojnie, jak oaza, nie, jak całe bajoro spokoju.