10.06.2025, 02:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.06.2025, 02:15 przez Paracelsus.)
I cóż, że ze Szwecji?
Otóż nic. Nic nie miało z niej być. Przynajmniej nie w przypadku starań Bellatrix, by posłać tam swoje sygnały dymne. Petersburg zresztą również miał pozostać nieświadomy jej zamiarów.
Black przejęła swoją dolę. Jeszcze nie wiedziała, że nie tylko materialną, gdy odebrała porcję substancji. Nie było jej przesadnie dużo, ale w tym wypadku nie chodziło o ilość. Chodziło o efekt. Zaś ten miał być spektakularny. No właśnie: miał być.
Wewnątrz szkła, smocza oliwa poruszała się leniwie, niemal zmysłowo, przelewając się jak płynne złoto. Czasem ciemniejsze, czasem lśniące lekko rdzawo. Gęsta ciecz przelewała się powoli, muskając ścianki fiołki, nawet wtedy, kiedy Bellatrix ustawiła ją między ścianami w przesmyku. Zawartość fioleczki błyszczała w świetle ognia, jakby żyła własnym spokojnym życiem, czekając cierpliwie na moment, w którym wreszcie zostanie uwolniona. Miała zapłonąć już za chwilę.
Jeden oddech, przymknięcie powiek, złapanie koncentracji. To zawsze działało, czyż nie?
W zasadzie, to było kilka oddechów. Niewyraźne obrazy pod powiekami. To mogło być odbicie łuny pożarów, światło bijące przez delikatną skórę, ale zadziwiająco mocno przypominało czyjeś kształty. Znajome, tak, bardzo znajome, jednak zniknęły równie szybko, co się ukazały. Odegnał je dźwięk. Cichy, pojedynczy. Ktoś mógłby powiedzieć, że zabrzmiał trochę...
...chrapliwie? Nie, nie chrapiąco, choć...
...czy aby...?
...nie, nie.
Kiedy Bellatrix znowu otworzyła oczy, miała wrażenie, że nic się nie zmieniło. To była mikroskopijna drzemka. Tycia. Malutka. W jej odbiorze, rzeczywiście zupełnie tak, jakby po prostu zamrugała.
Ale jej ciało mówiło co innego. Ręce były cięższe, ruchy bardziej spowolnione. Dla niej to był ułamek sekundy. Dla świata? Niewiele więcej. Może jedna czwarta, może jedna trzecia minuty, nie dłużej, ale to w zupełności wystarczyło, żeby pokrzyżować dziewczynie plany. Jej dola właśnie się dopełniała. Gdy Bella przeszła do wykonania zadania, była lekko otumaniona, nie tak skupiona, jakby tego chciała.
Zaklęcie uderzyło. Rzeczywiście opuściło różdżkę Bellatrix, o dziwo, nie chybiając. No, przynajmniej nie tak do końca. Trafiło. Tyle tylko, że kilka centymetrów bliżej. Nie dokładnie tam, gdzie miało trafić. Uderzyło w coś szklanego, to prawda. Dźwięk pękającego szkła poniósł się echem pomiędzy ścianami kamienic i przez chwilę, tylko przez moment wszystko zamarło w oczekiwaniu.
Ułamek sekundy. Jeszcze krótszy od tego, na który Bella przymknęła oczy. A raczej, na który wydawało jej się, że je zamknęła. Tak czy inaczej, teraz minęła sekunda. Później druga. Trzy sekundy i...
...nic się nie stało.
Nie było niepowstrzymanych, żarłocznych płomieni trawiących wszystko dookoła. Nie. Nie było widoku, który powinni dostrzec. Nie było i nie miało być, bowiem w rzeczy samej - zaklęcie nie chybiło. Uderzyło w szkło, tyle tylko, że nie w to, w które miało uderzyć.
Małpka, małpeczka, dla niektórych szczeniak albo setunia. Niepozorny ślad po innym, ewidentnie bardziej udanym wieczorze, opróżniona resztka po cudzej biesiadzie, po czyimś triumfie. Śmieć, na który dziewczyna nie zwróciła uwagi, gdy wybierała miejsce.
Bo i czemu by miała? Celowała w fiolkę, nie w porzuconą trochę bliżej buteleczkę po tanim alkoholu, której ktoś nie chciał posprzątać, mimo tego, że tuż obok stał pusty kosz na śmieci. O ironio, najwyraźniej dla tej osoby wciąż był za daleko. Dla niej? To wszystko znajdowało się niemal w tym samym miejscu. Blisko, bliziutko.
Kawałki szklanych ścianek pękły na kilka części. Jeden kawałek uderzył w but Bellatrix. Zatrzymał się tak, że gdy płomienie nie ogarnęły okolicy, mogła doskonale zobaczyć, co w istocie wydało dźwięk tłukącego się szkła. Zarówno to, jak i fakt, że oliwy już...
...nie było.
Inny kawałek po małpce przekornie odbił się od wykrzywionej kostki brukowej, lekko trącając prawdziwy cel panny Black. To wystarczyło, żeby fiolka zmieniła położenie, w zaledwie ułamek sekundy turlając się w stronę kratownicy skrywającej podziemny właz. Ciche plumk! nie było słyszalne. Może to i dobrze?
Bella nie potrzebowała sygnałów dźwiękowych, żeby dotarło do niej, że jej najważniejsze narzędzie siania zagłady właśnie zsunęło się w ciemność podziemi.
Smocza oliwa już spływała kanałami. Nie wiadomo dokąd, nie wiadomo gdzie. Dalsze fiolki losy były już nieznane. Nie miały być, bo nigdy nie miała wzniecić żadnego pożaru. Może zatrzyma się pod piwnicą warzywniaka trzy ulice dalej. A może popłynie dalej, ku rzece, ku portowi, w świat. Do Szwecji? Może. Do Petersburga? Czemu nie. Może nawet trochę dalej, jeśli prąd będzie tak łaskawy.
Zawiało, panno Black, ależ ten wiatr zawiał. Może ten smród wreszcie cię rozbudzi?
Otóż nic. Nic nie miało z niej być. Przynajmniej nie w przypadku starań Bellatrix, by posłać tam swoje sygnały dymne. Petersburg zresztą również miał pozostać nieświadomy jej zamiarów.
Black przejęła swoją dolę. Jeszcze nie wiedziała, że nie tylko materialną, gdy odebrała porcję substancji. Nie było jej przesadnie dużo, ale w tym wypadku nie chodziło o ilość. Chodziło o efekt. Zaś ten miał być spektakularny. No właśnie: miał być.
Wewnątrz szkła, smocza oliwa poruszała się leniwie, niemal zmysłowo, przelewając się jak płynne złoto. Czasem ciemniejsze, czasem lśniące lekko rdzawo. Gęsta ciecz przelewała się powoli, muskając ścianki fiołki, nawet wtedy, kiedy Bellatrix ustawiła ją między ścianami w przesmyku. Zawartość fioleczki błyszczała w świetle ognia, jakby żyła własnym spokojnym życiem, czekając cierpliwie na moment, w którym wreszcie zostanie uwolniona. Miała zapłonąć już za chwilę.
Jeden oddech, przymknięcie powiek, złapanie koncentracji. To zawsze działało, czyż nie?
W zasadzie, to było kilka oddechów. Niewyraźne obrazy pod powiekami. To mogło być odbicie łuny pożarów, światło bijące przez delikatną skórę, ale zadziwiająco mocno przypominało czyjeś kształty. Znajome, tak, bardzo znajome, jednak zniknęły równie szybko, co się ukazały. Odegnał je dźwięk. Cichy, pojedynczy. Ktoś mógłby powiedzieć, że zabrzmiał trochę...
...chrapliwie? Nie, nie chrapiąco, choć...
...czy aby...?
...nie, nie.
Kiedy Bellatrix znowu otworzyła oczy, miała wrażenie, że nic się nie zmieniło. To była mikroskopijna drzemka. Tycia. Malutka. W jej odbiorze, rzeczywiście zupełnie tak, jakby po prostu zamrugała.
Ale jej ciało mówiło co innego. Ręce były cięższe, ruchy bardziej spowolnione. Dla niej to był ułamek sekundy. Dla świata? Niewiele więcej. Może jedna czwarta, może jedna trzecia minuty, nie dłużej, ale to w zupełności wystarczyło, żeby pokrzyżować dziewczynie plany. Jej dola właśnie się dopełniała. Gdy Bella przeszła do wykonania zadania, była lekko otumaniona, nie tak skupiona, jakby tego chciała.
Zaklęcie uderzyło. Rzeczywiście opuściło różdżkę Bellatrix, o dziwo, nie chybiając. No, przynajmniej nie tak do końca. Trafiło. Tyle tylko, że kilka centymetrów bliżej. Nie dokładnie tam, gdzie miało trafić. Uderzyło w coś szklanego, to prawda. Dźwięk pękającego szkła poniósł się echem pomiędzy ścianami kamienic i przez chwilę, tylko przez moment wszystko zamarło w oczekiwaniu.
Ułamek sekundy. Jeszcze krótszy od tego, na który Bella przymknęła oczy. A raczej, na który wydawało jej się, że je zamknęła. Tak czy inaczej, teraz minęła sekunda. Później druga. Trzy sekundy i...
...nic się nie stało.
Nie było niepowstrzymanych, żarłocznych płomieni trawiących wszystko dookoła. Nie. Nie było widoku, który powinni dostrzec. Nie było i nie miało być, bowiem w rzeczy samej - zaklęcie nie chybiło. Uderzyło w szkło, tyle tylko, że nie w to, w które miało uderzyć.
Małpka, małpeczka, dla niektórych szczeniak albo setunia. Niepozorny ślad po innym, ewidentnie bardziej udanym wieczorze, opróżniona resztka po cudzej biesiadzie, po czyimś triumfie. Śmieć, na który dziewczyna nie zwróciła uwagi, gdy wybierała miejsce.
Bo i czemu by miała? Celowała w fiolkę, nie w porzuconą trochę bliżej buteleczkę po tanim alkoholu, której ktoś nie chciał posprzątać, mimo tego, że tuż obok stał pusty kosz na śmieci. O ironio, najwyraźniej dla tej osoby wciąż był za daleko. Dla niej? To wszystko znajdowało się niemal w tym samym miejscu. Blisko, bliziutko.
Kawałki szklanych ścianek pękły na kilka części. Jeden kawałek uderzył w but Bellatrix. Zatrzymał się tak, że gdy płomienie nie ogarnęły okolicy, mogła doskonale zobaczyć, co w istocie wydało dźwięk tłukącego się szkła. Zarówno to, jak i fakt, że oliwy już...
...nie było.
Inny kawałek po małpce przekornie odbił się od wykrzywionej kostki brukowej, lekko trącając prawdziwy cel panny Black. To wystarczyło, żeby fiolka zmieniła położenie, w zaledwie ułamek sekundy turlając się w stronę kratownicy skrywającej podziemny właz. Ciche plumk! nie było słyszalne. Może to i dobrze?
Bella nie potrzebowała sygnałów dźwiękowych, żeby dotarło do niej, że jej najważniejsze narzędzie siania zagłady właśnie zsunęło się w ciemność podziemi.
Smocza oliwa już spływała kanałami. Nie wiadomo dokąd, nie wiadomo gdzie. Dalsze fiolki losy były już nieznane. Nie miały być, bo nigdy nie miała wzniecić żadnego pożaru. Może zatrzyma się pod piwnicą warzywniaka trzy ulice dalej. A może popłynie dalej, ku rzece, ku portowi, w świat. Do Szwecji? Może. Do Petersburga? Czemu nie. Może nawet trochę dalej, jeśli prąd będzie tak łaskawy.
Zawiało, panno Black, ależ ten wiatr zawiał. Może ten smród wreszcie cię rozbudzi?