11.06.2025, 01:45 ✶
Atreus nie pamiętał, kiedy ostatni raz oglądał matkę w czerni. Czy w ogóle ją kiedykolwiek taką widział. Enida wolała przecież kolory; żywe i intensywne, dokładnie takie same jak ona, przykuwające uwagę i wręcz krzyczące by na nią patrzeć kiedy tylko się dało. Ale teraz ten ciemny, nieprzenikniony kolor w który była ubrana, zdawał się pogłębiać tylko cienie pod oczami i kryjące się w spojrzeniu wspomnienie niedawnego płaczu.
Przez ostatnie dni płakała bardzo dużo, ale nigdy samotnie, za najlepsze towarzystwo mając kieliszek wina, który nawet teraz ściskała między szczupłymi palcami, jakby był drugą najlepszą rzeczą na całym świecie, która pozwalała jej jakoś zakotwiczyć się w rzeczywistości.
Dla jej młodszego syna, ostatnie dni były jakimś dziwacznym zlepkiem niewyraźnych scenek, w których ewidentnie brał udział, ale wszystko wydawało się tak cholernie odległe i nierealne. Żadna z nich nie odgrywała się na trzeźwo, bo robił z ochotą dokładnie to, czego zakazywał każdy uzdrowiciel, mieszając z nabożnością eliksiry przeciwbólowe, odbudowujące kościec i alkohol. Znajdował się w innym świecie, a mimo to wciąż napisał listy, posłał nekrolog, zamówił mszę... Lata nałogu jak widać na coś się przydały, pozwalając mu funkcjonować o tyle o ile; wystarczająco sprawnie, by czymś się zająć i nie być bezużyteczną kulą u nogi, a jednak w wystarczająco odrealniony sposób, by nie czuć wszystkiego tego, czego tak bardzo nie chciał.
Wiadomość o śmierci Florence uderzyła w niego z dewastującą mocą i nagle te wszystkie momenty, kiedy ósmego września zapewniał się że była w szpitalu, wydały mu się zwyczajnie głupie. Zamiast spychać wtedy wątpliwości na bok, powinien się martwić. Powinien sprawdzić dom w pierwszej kolejności, nie bacząc na zalecenia. Powinien znaleźć siostrę. Powinien ją uratować. A zamiast tego bawił się w bohatera i to takiego cholernie miernego, bo o mało nie stracił nogi, drugą natomiast prawie sobie rozrywając w pół.
Z pedantyczną wręcz starannością próbował nie spoglądać podczas pogrzebu na członków swojej rodziny, nie tyle unikając interakcji z nimi co patrzenia na ich aury. Trzecie oko swędziało, garnąc się do tego by chłonąć wszystko co działo się dookoła, szczególnie tę feerię rozpaczy, a on wiedział że jeśli sobie na to pozwoli, będzie tylko gorzej.
Kiedy tylko już mógł, wstał od stołu odsuwając się na bok i zbliżając do okien wychodzących na taras i ogrody, szukając spokoju w krajobrazie - tak przyjemnie pozbawionego ludzkich emocji - i w szklance ognistej, którą ściskał w dłoni.
Przez ostatnie dni płakała bardzo dużo, ale nigdy samotnie, za najlepsze towarzystwo mając kieliszek wina, który nawet teraz ściskała między szczupłymi palcami, jakby był drugą najlepszą rzeczą na całym świecie, która pozwalała jej jakoś zakotwiczyć się w rzeczywistości.
Dla jej młodszego syna, ostatnie dni były jakimś dziwacznym zlepkiem niewyraźnych scenek, w których ewidentnie brał udział, ale wszystko wydawało się tak cholernie odległe i nierealne. Żadna z nich nie odgrywała się na trzeźwo, bo robił z ochotą dokładnie to, czego zakazywał każdy uzdrowiciel, mieszając z nabożnością eliksiry przeciwbólowe, odbudowujące kościec i alkohol. Znajdował się w innym świecie, a mimo to wciąż napisał listy, posłał nekrolog, zamówił mszę... Lata nałogu jak widać na coś się przydały, pozwalając mu funkcjonować o tyle o ile; wystarczająco sprawnie, by czymś się zająć i nie być bezużyteczną kulą u nogi, a jednak w wystarczająco odrealniony sposób, by nie czuć wszystkiego tego, czego tak bardzo nie chciał.
Wiadomość o śmierci Florence uderzyła w niego z dewastującą mocą i nagle te wszystkie momenty, kiedy ósmego września zapewniał się że była w szpitalu, wydały mu się zwyczajnie głupie. Zamiast spychać wtedy wątpliwości na bok, powinien się martwić. Powinien sprawdzić dom w pierwszej kolejności, nie bacząc na zalecenia. Powinien znaleźć siostrę. Powinien ją uratować. A zamiast tego bawił się w bohatera i to takiego cholernie miernego, bo o mało nie stracił nogi, drugą natomiast prawie sobie rozrywając w pół.
Z pedantyczną wręcz starannością próbował nie spoglądać podczas pogrzebu na członków swojej rodziny, nie tyle unikając interakcji z nimi co patrzenia na ich aury. Trzecie oko swędziało, garnąc się do tego by chłonąć wszystko co działo się dookoła, szczególnie tę feerię rozpaczy, a on wiedział że jeśli sobie na to pozwoli, będzie tylko gorzej.
Kiedy tylko już mógł, wstał od stołu odsuwając się na bok i zbliżając do okien wychodzących na taras i ogrody, szukając spokoju w krajobrazie - tak przyjemnie pozbawionego ludzkich emocji - i w szklance ognistej, którą ściskał w dłoni.